Rezydencja Pod Ochorowiczówką, jedziemy do Wisły!

Rezydencja Pod Ochorowiczówką to jeden z setek obiektów noclegowych w Wiśle. Nie znałabym go, gdyby nie zaproszenie. Do tej pory nie zdarzało nam się w Wiśle nocować (dobra, raz spałam jak byłam służbowo), przecież mamy je rzut beretem od domu. Czasem jednak trzeba wyjechać gdziekolwiek, byleby tylko naładować akumulatory. Dzięki temu z czystym sumieniem mogę wam polecić kolejne fajne miejsce. Do tego przyjazne rodzinom, bo prowadzone właśnie przez rodzinę, której część mieliśmy okazję poznać. Wiedzą na co zwracać uwagę.

Wisła, coś więcej niż słynny deptak

Chyba nie ma osoby, która nie słyszała o Wiśle, przecież to chyba jedna z najpopularniejszych górskich miejscowości, co roku odwiedzana przez setki tysięcy turystów, w tym przede wszystkim rodzin. No właśnie… Ta popularność była jednym z powodów, przez które ja raczej „Perłę Beskidów” omijałam szerokim łukiem. Jakoś nie w głowie był mi spacer wiślańskim deptakiem czy zabawa z dziećmi w wiślańskim parku atrakcji. Zupełnie zapominałam, że atrakcje „zrobione” pod rodziny z dziećmi to tylko jedna z twarzy tej wypoczynkowe miejscowości. Dlatego, gdy dostaliśmy zaproszenie do Rezydencji Pod Ochorowiczówką, zawahałam się. Czy na pewno chcę jechać właśnie do Wisły? Po namyśle stwierdziliśmy, że pojedziemy, na wszelki wypadek już po sezonie. I co? I chyba tam wrócimy!

Wisła – siła płynie z gór

Wisła to jedna z najbardziej znanych beskidzkich miejscowości. Nie trzeba jakiejś specjalnej okazji, by były tam tłumy. One są tam zawsze, dlatego miejscowość ta nie należy do moich ulubionych (choć jest uważana za jedną z lepszych propozycji dla rodzin z dziećmi). Ty większe było zdziwienie moich znajomych, gdy dowiadywali się, że właśnie w Wiśle będziemy w weekend, w dodatku w długi weekend (wiecie, gdzie pojechała połowa śląskiej metropolii? 😉 ). Tak! Przyznaję! 2 dni długiego czerwcowego weekendu spędziłam w najpopularniejszej i chyba najbardziej skomercjalizowanej miejscowości w okolicy. Nie do końca był to mój wybór, bo pierwszy dzień upłynął mi na „czynnościach służbowych” – właśnie w Wiśle organizowaliśmy X Festiwal „Śląskie Smaki” (mam nadzieję, że ktoś z was się skusił i wpadł choć na chwilę). Tym, którzy nie byli pokażę tylko dania, które wygrały konkurs kulinarny 😉 

fot. https://www.facebook.com/SlaskieSmaki, arch. Śląskiej Organizacji Turystycznej

A jak się powiedziało A, to potem było łatwiej i zostaliśmy, szczególnie, że spać było gdzie 😉


Staraliśmy się być jak najdalej od wiślańskiego deptaka, na którym skupia się życie tego turystycznego miasteczka. Właśnie tam przebywa zdecydowana większość turystów. My też go przeszliśmy, ale tylko po to, by dojść do Amfiteatru. Dzień wcześniej dzieciaki były zachwycone (nie tylko one) występem Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny. Tym razem same dały popis na scenie 🙂

Poznały też samego Hadynę, założyciela zespołu Śląsk i patrona wiślańskiego Amfiteatru.

Po występach poszliśmy nad Wisłę – dzieci, by się potaplać w rzece, ja – żeby w końcu na żywo zobaczyć dość często komentowane wiślańskie miniatury. Tuż obok jest plac zabaw i ścianka wspinaczkowa, ale  tym atrakcjom podziękowaliśmy (było z 30 stopni…).

Bardzo długo oglądaliśmy miniatury kilkunastu wzniesionych nad rzeką Wisłą, m. in. Wawelu, Zamku Królewskiego w Warszawie, Zamek w Sandomierzu, Pałac w Puławach czy gdański Żuraw. Faktycznie – są inne i przyciągają uwagę. Mnie nie zachwyciły, dzieciom podobały się bardzo (- Mamo! a jak one się świecą! (w słońcu się mieniły ;p).

Jednak jeszcze bardziej podobało im się nad wodą, pomimo tego, że była lodowata (myślę, że prawie 30 stopni też zrobiło swoje). Niestety w centrum Wisły nie ma najlepszego zejścia do… Wisły, musieliśmy więc cały czas być w wodzie z Hanką i Hubem. Zeszliśmy dość stromym brzegiem i potem spacerowaliśmy przy wodnym uskoku. Radości było co niemiara, szczególnie, gdy obiecaliśmy, że za chwilę pojedziemy trochę dalej, w jedno z miejsc, w którym bez problemu można wejść do płytkiej wody i brodzić ile się chce.

Upał i wszechobecne tłumy (jak to w Wiśle) sprawiły, że bardzo szybko postanowiliśmy pojechać gdzieś dalej (a właściwie bliżej – domu). By naszemu komercyjnemu weekendowi było za dość poszliśmy jeszcze na gofry i góralskie zakupy – Hania nabyła spódnicę, ja koszulkę, a Hubo drewniany gwizdek (Kamil – jak zawsze – obszedł się smakiem 😉 ). 

Już jechaliśmy nad wodę, ale… dzieciaki zaraz po ruszeniu z miejsca zasnęły… No to pojechaliśmy do domu (przynajmniej ominęły nas długoweekendowe korki), odpocząć po 3 intensywnie spędzonych dniach 😉
* * * 
PS. Oczywiście pokazałam dzieciom też czekoladowego Małysza, który chyba już trochę w Wiśle jest zapomniany, a szkoda (ten prawdziwy, czekoladowy nadal cieszy się dużą popularnością wśród turystów, nie tylko tych z dziećmi). Swoją drogą… zawsze dziwił mnie ten pomysł, a Was?