Ach ten Nikisz…

O wystawie w muzeum w nikiszowskim Maglu już pisałam tutaj (niestety już nie można jej oglądać). Dziś będzie o samym Nikiszowcu – chyba najbardziej znanym śląskim osiedlu. Tam swoje filmy kręcił Kazimierz Kutz, stąd pochodzą artyści Grupy Janowskiej (znacie?), to osiedle jest w końcu jednym z filarów Szlaku Zabytków Techniki. W ciągu kilku ostatnich lat wiele się tam zmieniło, klimat górniczego osiedla jednak pozostał (a może stał się jeszcze bardziej zauważalny?).

Jedzie Hania, jedzie…

Dziś wracamy do Rud! 🙂 Były Rudy na rowerze, teraz przedstawiamy wersję dla bardziej wygodnych – pociąg!

Stację Kolei Wąskotorowej (Szlak Zabytków Techniki) odwiedzamy z Hanką regularnie. Fajnie widzieć jak wszystko się tam rozwija. W porównaniu z naszą ostatnią wizytą (czerwiec 2012 r.) przybyła tam nowa atrakcja – park linowy Stacyjkowo i przytulna plenerowa kawiarenka Peron 2. No ale i tak nadal najważniejszy jest pociąg!

O kolejce nie ma co się rozpisywać. Ma co prawda długą historię, ale obecnie najważniejsze jest jedno – z roku na rok jest tam coraz więcej do zobaczenia. Wszystko dzięki grupie zapaleńców, którzy naprawdę kochają to miejsce. Niektórych z nich Hania miała okazję poznać, spotkała ich i tym razem, dzięki czemu dowiedziała się o stacji wielu ciekawych rzeczy 🙂

Ale i tak najwięcej emocji budził w niej podstawiony pod urokliwą stacyjne pociąg.

Gdy ruszył, najpierw mijaliśmy stację, a na niej m. in. stare, czekające na renowację maszyny…

…potem trasa pociągu (łącznie ok. pół godziny w dwie strony, nawet dla malucha trasa jest więc do przeżycia) biegłą lasem i polami.

My zawsze jedziemy trasą Rudy-Paproć-Rudy. Postój, w trakcie którego lokomotywa zmienia tor trwa dosłownie kilka minut, ale w jego trakcie dzieciaki mają niepowtarzalną okazję zrobienia sobie zdjęcia z Panem Maszynistą. I to wewnątrz lokomotywy!!! (szkoda, że z Hani taki straszek, jeszcze nie odważyła się na zrobienie takiego zdjęcia, ale może następnym razem będzie już chciała, byłaby super pamiątka ;p).

W trakcie postoju na wszystkie pytania Hani odpowiadał znany już jej „Wujek” Marek. Nie ma jak informacje z pierwszej ręki 😉

Na samej stacji na Hanię czekała jeszcze jedna niespodzianka! „Wujek” zabrał ją do hangaru, w którym kryją się różne industrialne skarby, nie tylko te związane w koleją. Nie zawsze można wejść 😉 Być może kiedyś w tym miejscu będzie m. in. kino? 🙂


Na pewno do Rud jeszcze nie raz wrócimy, choćby dla mini parku linowego. Niespełna 3-letnia Hanula jest jednak trochę za mała żeby przejść go sama, a w weekend nie można tam wchodzić z rodzicami. Co innego w tygodniu! Wtedy mama z chęcią będzie jej towarzyszyła 😉

* * *
Dzień był bardzo aktywny,  matka była wykończona, dziecko jakby trochę mniej 😉 Doładowało się po obiedzie (solidna porcja klusek śląskich z sosikiem) i lodach. Te ostatnie polecamy – jadąc od kolejki w stronę zabytkowego klasztoru Cystersów nie sposób nie zauważyć małej lodziarni, chwalącej się tradycyjnie przyrządzanymi smakołykami. Potwierdzamy! Byłyśmy tam co prawda pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Zabytkowa Stacja Kolejki Wąskotorowej (Szlak Zabytków Techniki Województwa Śląskiego), ul. Szkolna 1, Rudy, www.kolejkarudy.pl
Wagoniki kursują na dwóch trasach:
– Rudy-Paproć-Rudy
– Rudy-Stanica-Rudy.
Ceny biletów i rozkład jazdy można zobaczyć tutaj. Pociąg rusza jeśli kupione są bilety dla 10 dorosłych osób lub ich równowartość (w sezonie nie jest to jakiś trudny do osiągnięcia wynik, można być więc spokojnym co do powodzenia wyprawy).

Buszowanie w Łazienkach

No to zaczynamy serię wakacyjnych wpisów 🙂 Na początek… Warszawa. I to w plenerze, tego jeszcze nie było! Nie było, dlatego że my tak jakoś zawsze przelotem przez tą naszą stolicę, a teraz miałyśmy 1,5 dnia do zagospodarowania, co za rozpusta ;P No i tłum przewodników – dziewczyny, dziękujemy!!!

Zanim jednak dotarłyśmy na miejsce odbył się niecodzienny piknik. W autobusie jajeczko musi być ;P Ponieważ jechałyśmy z ciocią Darią nie obyło się bez wpadnięcia w pętlę czasu – Polski Bus był na miejscu pół godziny po czasie.

Po ogólnym ogarnięciu się pojechałyśmy na mały rekonesans w centrum (tak, Hania widziała wielką palmę ;p). Przeszłyśmy się Krakowskim Przedmieściem, zobaczyłyśmy Barbakan.

Spacer zakończyłyśmy przy fontannach. Na pokaz było jeszcze za wcześnie, Hani jednak w zupełności wystarczyła wersja mini. Dzieciaki miały tam naprawdę wielką frajdę, bo nie dość, że woda jest ładnie podświetlona, to jeszcze co chwilę czeka na nie jakaś atrakcja – woda znikała, zmieniała się wysokość jej strumienia albo… przeskakiwała na drugą stronę. Fan był dopóki nie zaczęło kropić, a potem lać (Hani to specjalnie nie przeszkadzało, bardziej towarzyszącym jej dorosłym, którzy zarządzili odwrót).

Następnego dnia rano pogoda była już o niebo lepsza. Nasza warszawska ekipa udała się więc do Łazienek. W tak dużym parku Hania jeszcze nie była! Oj wybiegało mi się dziecko jak mało kiedy. A że za towarzysza miała kolegę Filipa, zabawa była naprawdę przednia.

Idąc do Łazienek miałam nadzieję, że spotkamy choć jedną wiewiórkę – opowiadałam o nich Hani, a potem nagle zaczęłam się zastanawiać, czy kojarzę je z Łazienek, czy z Wilanowa… A że moje dziecko jest dość pamiętliwe i obiecanych rzeczy stanowczo się domaga możecie sobie wyobrazić, że stres był dość duży 😉 Na szczęście udało się, na swojej drodze spotkaliśmy nie jedną, a kilka wiewiórek. Ich odwaga zawsze mnie zadziwia, dla orzeszka zrobią naprawdę wszystko 😉

Oprócz żywych wiewiór w całym parku porozstawiane były również kolorowe figurki tych gryzoni. Na początku nie wiedzieliśmy o co chodzi, potem jednak okazało się, że w całych Łazienkach odbywają się plenerowe koncerty. Sceny nazwane są wg kolorów, jakie mają towarzyszące im wiewiórki. Hani koncerty baaardzo się spodobały. W trakcie jednego leżała sobie w słońcu na leżaczku i słuchała z zamkniętymi oczami!

W trakcie koncertów można zbierać specjalne kolorowe naklejki (znowu od koloru „sceny” vel figurek wiewiórek). Sama ulotka kosztuje złotówkę, za to po zebraniu chyba 5 (teraz nie pamiętam już dokładnie) jej nabywca może wraz  z rodziną bezpłatnie zwiedzać budynki w Łazienkach. Myślę, że to fajna opcja dla warszawiaków – gdybym planowała dłuższy pobyt na pewno bym z tej okazji skorzystała, szczególnie że Hania ostatnio głośno domaga się wizyty w muzeum (mam wrażenie, że dziecko robiące afery, bo mama nie chce z nim iść do kolejnego muzeum jest swego rodzaju ewenementem ;)).

Oprócz koncertów przez całe lato bardzo blisko pałacu na wodzie jest strefa zabaw dla dzieci. Maluchy mogą zostać wirtualnymi dyrygentami (tego Hania jeszcze nie łapała), wziąć udział w warsztatach muzycznych (nie mieliśmy czasu, bo trwają bite dwie godziny, ale wyglądało, że są naprawdę fajne), w końcu pobawić się różnymi drewnianymi instrumentami czy porysować. Hania – jak zawsze ostatnimi czasy – wybrała kredki. Przy stanowiskach dzieci była animatorka, rodzice mogli więc spokojnie usiąść sobie z boku na specjalnie przygotowanym kanapach i siedziskach (z logo sponsora oczywiście;p). Brakowało tylko aromatycznej kawy…

PS. Na wspomnianą wyżej kawę poszliśmy na kawiarni za pałacem na wodzie – nie chodźcie tam! Nie dość, że kawa była niedobra, źle podana (do espresso nie dostałam wody), to jeszcze kelner nie wydał mi całej reszty, bo… nie miał drobnych. (za to gofry mieli dobre, ale złe kawowe wrażenie pozostanie we mnie na zawsze).

* * *
Na koniec ciekawostka – czy widzieliście kiedyś białego pawia? My już tak… Ale był dziwny 😉

Majówkowe dylematy

Nie wiem jak jest u was, ale ja mam mnóstwo pomysłów na majówkowe jednodniowe wyjazdy (bo na dłużej nie wyjeżdżam z zasady – nie lubię odpoczywać w tłumie innych ludzi ;p). Problem w tym, że średnio co dwa dni moje plany ulegają zmianie, bo:
– nagle z zapowiadanych upałów nici i jednak będzie padać (a ja 3 dni w plenerze nam wymyśliłam)
– dzieci już chorują, jak nie Hania (odpukać, na razie lekki katar, ale to od ciągłego biegania na dworze – taka jest oficjalna wersja i jej się zamierzam trzymać), to dzieci znajomych, z którymi się umawiamy
– miejsca, które sobie wymyśliłam są… zamknięte (no to już w ogóle jakieś przegięcie, żeby branża turystyczna odpoczywała wtedy kiedy sezon w pełni…)

Przyznaję, że sama jestem ciekawa co z tych majówkowych planów wyjdzie. Może pojedziemy całkowicie spontanicznie (bo mimo wszystko cały czas mam nadzieję, że gdzieś się jednak wybierzemy). W końcu muszę wam na blogu coś opisać, prawda? Dlatego proszę o trzymanie kciuków za nas i wszystkie osoby, z którymi PLANUJEMY się spotkać!

A wy jakie macie plany na najbliższe wolne dni? Może i wy mnie zainspirujecie? 😉