Ostatnie jesienne dni w górach

Mimo niezbyt ciekawych początków mieliśmy jednak prawdziwą złotą polską jesień. Cieszę się, że pomimo końcówki ciąży i innych okoliczności udało mi się choć raz zabrać Hanię w góry. W końcu jesienią jest tam najpiękniej (a najpiękniejsze z najpiękniejszych są Bieszczady – plan na kolejną jesień ;p).

Celem naszej wędrówki była, już nie pierwszy raz zresztą (klik), Koszarawa, mała miejscowość położona na granicy województw śląskiego i małopolskiego. Lubię tam jeździć, bo nie ma tam nic wspólnego z turystyką 🙂 Pustki latem i zimą, prawie zerowy ruch samochodowy, więc Hanka może samodzielnie biegać, ładne trasy spacerowe. No i nad wsią góruje Babia Góra, na którą z Hanką wciąż się nie wybraliśmy, ale plany – jak to zawsze u nas – są ambitne ;p

No cóż, na moich amatorskich zdjęciach ta jesień jakaś taka za zielona wyszła, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że wycieczka odbyła się w drugiej połowie października 😉

Hania przyjechała do Koszarawy ze swoim magicznym aparatem „na niby”. Zdjęcia robiła wszystkim i wszędzie (mamy już cały album zdjęć na niby i świetną zabawę z tego jak rodzina wybiera najpiękniejsze ujęcie ;p).

Hania, jako rasowy zbieracz, musiała oczywiście z każdego spaceru przynieść tonę liści, szyszek, kamieni (jak kiedyś będziemy robić skalniak to kamienie już są…) i kijów. Tak, kije są ważne, bo jak bolą nóżki to można się na nich wesprzeć. Możemy prowadzić ich wypożyczalnię 😉

Trzy pokolenia bab, a w tle – ledwo widoczna, ale jednak – Babia Góra (1 725 m n. p. m.).

Na trasie 😉

A na koniec – odpoczynek w liściach 🙂

PS. Jadąc do Koszarawy od strony Katowic można zatrzymać się w Żywcu (Hania była tam w… browarze – klik) lub Bielsku (klik). I w ten sposób ma się już super plan na weekend 😉

Tatrzańska Łomnica, czyli wyżej Hania nie była…

Po tej wycieczce część znajomych uznała, że jesteśmy niepoważni, biorąc dziecko tak wysoko… Zupełnie niepotrzebnie, bo takich dzieci jak ona (10 miesięcy) było tam więcej i ich rodzice byli na takie podróże świetnie przygotowani. Ale zacznijmy od początku. Będąc na wakacjach w Bieszczadach postanowiliśmy, że do Rybnika wrócimy trochę dłuższą, a mimo to szybszą do pokonania drogą – przez Słowację. Po drodze jednak stwierdziliśmy, że może warto jeszcze coś pozwiedzać. No i wracaliśmy… 2 dni. Mijając Poprad (tam można dolecieć z Polski samolotem) stwierdziliśmy, że w Tatrach jednak warto zostać, szczególnie, że po stronie słowackiej nie ma tam takich tłumów jak u nas. Za cel obraliśmy drugi co do wysokości szczyt w Tatrach, czyli Łomnicę (2 634 m n.p.m.). Wyjście na szlaki i kolejkę, z której my skorzystaliśmy znajduje się w miejscowości Wysokie Tatry. Jak się później okazało (wybór tego miejsca oparty był tylko o znaki turystyczne, nie mieliśmy ze sobą nawet mapy…) był to strzał w dziesiątkę! Okolica nastawiona na turystów, pokoi do wynajęcia pod dostatkiem, informacja turystyczna czynna bardzo długo i mająca kompetentnych pracowników, którzy widząc brzdąca w nosidle sami proponują alternatywne wersje zwiedzania. Nie zdziwiło nas więc to, że właśnie tam wydaliśmy nasze ostatnie pieniądze (dosłownie co do grosza).

Pierwsza górska wędrówka czyli Ochodzita w Koniakowie

Istebna jest jedną z moich ulubionych górskich miejscowości. Pomimo tego, że ją (i całą Trójwieś) odwiedzają tłumy turystów, zachowała swoją „góralskość”. Folklor z wszechobecnymi koniakowskimi koronkami na czele, chyba najpiękniejsze widoki (warto pomęczyć się i przejechać chyba jedną z najbardziej zaniedbanych dróg, prowadzącą przez Koniaków – wrażenie wizualne naprawdę wszystko rekompensują) i pyszna kuchnia (ale o niej napiszę pewnie kiedy indziej). Przy okazji dostępne i dla rodzin z małymi dziećmi trasy, począwszy od niziutkiej góry Ochodzita, na którą bez problemu wdrapie się każde dziecko, na zboczach Kubalonki skończywszy.