Hania poznaje Poznań

Poznań to miasto, z którym wiążą się moje bardzo miłe wspomnienia – mieszkałam tam rok, studiowałam to, co naprawdę chciałam, poznałam fajnych ludzi. Zawsze wracam tam z uśmiechem. Tak było też tym razem. Nie przeszkodziły nam nawet niezbyt pomyślne prognozy pogody – jak się okazało nie było aż tak źle i nawet nie korzystaliśmy z planu „B” czyli atrakcji do zobaczenia „pod dachem”.

Śladami rodziców – Ostrava

Już za niedługo cała nasza czwórka będzie miała dowody osobiste (klik), można więc zacząć planować pierwszy zagraniczny wyjazd Hubcia. W części będzie śladami rodziców, w części… Hani (klik)! W Ostravie głównym punktem programu jest zawsze zoo, warto jednak odwiedzić też tamtejszy park miniatur. Dla mnie jest on wyjątkowy, bo wśród przedstawionych w nim miniatur – oprócz światowych atrakcji turystycznych – są i charakterystyczne budynki ze Śląska. Jest więc i Biblioteka Śląska, i terminal pyrzowickiego lotniska. Przyznacie chyba, że to raczej niecodzienny wybór, prawda?


Uroku parkowi dodaje – oczywiście też miniaturowa – kolejka elektryczna, która jeździ pomiędzy misternymi budowlami. Hania jeszcze tam nie była, ale jestem pewna, że gdy już tam dojedziemy, będzie się jej podobało 😉

Oprócz parku miniatur w Ostravie polecam odwiedzenie starówki i – jeśli starczy wam czasu – spacer w stronę tamtejszego zamku (choć ten nie porywa ;)). Można kupić jeden wspólny bilet do tych wszystkich atrakcji.

Śladami rodziców – Opole

Śladami rodziców, a jak! W końcu, gdyby nie to miasto to… Hani i Huberta by nie było 😉 Tam się poznaliśmy (nie, nie żadna romantyczna historia z festiwalem w tle… studiowaliśmy razem), tam też wymyśliliśmy imiona dla naszych przyszłych dzieci 😉 Hania w Opolu była już sporo razy, nigdy jednak nic nie widziała, bo pogoda nas nie rozpieszczała. Tym razem – w końcu! – było inaczej. Prawie 20 stopni, po prostu idealnie 😉

Poznawanie miasta mała miała zacząć od pięknych widoków. W planach była wspinaczka na wieżę piastowską, czyli jedyną pozostałość dawnego opolskiego zamku. Gdy jest sprzyjająca pogoda, widać z niej panoramę (prawie) całego miasta. Niestety plan pozostał planem, bo… wieża była jeszcze nieczynna 😉 No cóż, może naszą wyprawę powtórzymy już w sezonie. Tak więc wszystko co mieliśmy zobaczyć z tarasu widokowego musieliśmy „ogarnąć” w trakcie spaceru 😉

Widzieliśmy rynek, zielony mostek i kaczki i… akademik, w którym kiedyś mieszkaliśmy 😉 Ale zacznijmy od początku. Nasza opolska przechadzka rozpoczęła się na Placu Kopernika. Przy kolorowym (obrzydliwym, ale to kwestia gustu…) budynku uniwersytetu jest malowniczy skwerek, a na nim kilka znanych chyba wszystkim postaci –  m. in. Osiecka, Niemen, Grechuta, Starsi Panowie.

Dalej poszliśmy w stronę rynku. Po drodze weszliśmy na teren uniwerku, żeby zobaczyć studnię św. Wojciecha. 

Potem był już rynek (+ lody 😉 ), plac wolności i jeden z moich ulubionych zakątków – Zielony Mostek. Tuż przy nim jest naleśnikarnia, w której często na studiach jedliśmy (po drodze do biblioteki, która jest tuż za mostkiem, już na wyspie Bolko 😉 ).

Ze zdumieniem odkryłam, że Opole dołączyło do wielu miast dla zakochanych – przy kolejnej wizycie powiesimy sobie na mostku i naszą kłódkę 😉

Przy tym samym mostku nakarmiliśmy kaczki i poszliśmy brzegiem rzeki aż do kolejnego – tym razem żółtego – mostku. Minęliśmy wieżę piastowską i „opolską Wenecję” (kilka ładnie odnowionych kolorowych kamieniczek, nazwa nadana „lekko” na wyrost, ale brzmi ładnie, prawda?). Znowu znaleźliśmy się na rynku i tym zakończyliśmy zwiedzanie Opola.

 

Potem Hania zobaczyła jeszcze „nasz” akademik. Oj, ale było wspomnień 😉

  

A to zdjęcie zrobiła nam córa 🙂

W sumie od czasu naszego wyjazdu z Opola (matko, to już prawie 7 lat!!!) wiele się tam zmieniło, wszystko na lepsze. Wciąż czuję się tam bardzo dobrze i cieszę się, że w końcu dopisała nam pogoda i Hania mogła zobaczyć kilka bliskich nam miejsc 😉 I strasznie zazdroszczę moim znajomym, którzy tam mieszkają – dawno nie byłam w mieście, w którym tak dużo jest atrakcji dla dzieci.

* * *
Za „przypomnienie” nam Opola dziękujemu Kasi, Tomkowi i Eli – było super! 🙂

Śladami rodziców – Sztokholm

Zaczynamy nową serię – Hania śladami rodziców to prezentacje miejsc idealnych na rodzinne wyprawy, choć przez nas odwiedzonych w jeszcze w „przeddzieciowych” czasach 🙂 Sami mieliście zdecydować, czy zaczynamy od Polski, czy zagranicy. Wasz wybór padł na te dalsze podróże. No to ZACZYNAMY! 😉

Sztokholm – to był naprawdę spontaniczny wyjazd. Jakimś cudem (pisałam już kiedyś, że ogólnie mam w życiu farta?) dostałam darmowe bilety na prom i z dnia na dzień się zdecydowaliśmy. Wyprawa spontaniczna, to i z założenia niskobudżetowa (jeśli tak można nazwać trasę Rybnik-Trójmiasto samochodem ;P).

Wypływaliśmy z Gdańska, przy okazji więc spędziliśmy trochę czasu w Trójmieście. Teraz te same miejsca odwiedzamy z Hanią. Podróż promem była długa, no ale darowanemu koniowi…

Do samego Sztokholmu dotarliśmy pociągiem. Od początku byliśmy mile zaskoczeni – serdecznością ludzi, tym, że wszyscy mówią po angielsku, w końcu (to bardziej ja, takie już zboczenie zawodowe ;p) – organizacją informacji turystycznej, której pracownik polecił nam tani nocleg (szkoda tylko, że ten „tani” nocleg stanowił połowę naszego budżetu, za to spaliśmy… na łodzi ;p).

 
Gamla Stan, czyli sztokholmskie Stare Miasto, jest małe i urokliwe. Wśród kolorowych kamieniczek spacerują tłumy turystów. Obowiązkowym punktem spaceru jest pomnik św. Jerzego, do którego i my oczywiście dotarliśmy (ale zdjęcia nie mamy ;p).

Zobaczyliśmy też pałac królewski Tre Kronor (Trzy Korony). Do dziś jest on wykorzystywany przez szwedzką rodzinę królewską.

No ale przecież miało być o atrakcjach dla dzieci (jak widać dorosły bez dziecka też się na nie skusi ;P)! Jak się okazuje stolica Szwecji ma ich całkiem sporo 😉 My najpierw poszliśmy do Sparvagsmuseet, czyli do Muzeum Transportu. Można tam zobaczyć stare wagony – kolejowe, tramwajowe, samochody, w tym np. strażackie. Co ważne, do wielu pojazdów można wejść (tego mi brakuje w naszych muzeach, m. in. w teoretycznie wprost stworzonym dla dzieci Centralnym Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach). Można też zmierzyć się z symulatorem jazdy autobusem ;p

Muzeum Transportu jest połączone z Muzeum Zabawek (jeden bilet, a właściwie zabawki w cenie biletu „transportowego”). W gablotach jest tam mnóstwo zabawek – od pluszaków, poprzez składane modele samolotów i statków, aż po setki Smerfów. Oj można tam sobie przypomnieć o swoich przyjaciołach z dzieciństwa 😉

Jednak prawdziwym rajem dla dzieci jest Wyspa Djurgarden – to dawne tereny łowieckie króla Szwecji, które dziś pełnią rolę wielkiego miejskiego parku narodowego. Już płynąc na nią promem (trochę kropiło, więc zrezygnowaliśmy ze spaceru, choć to blisko centrum Sztokholmu) zauważyliśmy wielki lunapark.

Nie planowaliśmy tam odwiedzin (szczególnie, gdy zobaczyliśmy ceny biletów wstępu), ale jednak się skusiliśmy (taaa… a potem 2 dni w Sztokholmie o chlebie i wodzie były ;)). Furorę robi tam wielki rollercoaster. Wjeżdża się tam na wysokość 80 m a potem… spada na dół (prawie w pionie) z prędkością nawet 100 km na godzinę! Bajer 😉 O tak sobie można upaść na głowę 😉

Na wyspę popłynęliśmy jednak nie z powodu lunaparku, a czegoś na pierwszy rzut oko mało dziecięcego – chcieliśmy zobaczyć Vasamuseet, który jest chyba największą muzealną atrakcją Sztokholmu. W muzeum tak naprawdę jest jeden „eksponat”. Ale za to jaki!!! Vasa to wielki okręt wojenny, który zatonął w XVII w. tuż po wypłynięciu z portu (płynął na wojnę z Polską!). Po ponad 300 latach został w całości wyciągnięty (w doskonałym stanie) i trafił do muzeum. Ogromny statek (62 m długości i 50 m wysokości) można oglądać z kilku poziomów. W muzealnej hali zobaczyć też można wiele wyjętych z galeonu przedmiotów oraz dokładny model statku. Jeśli ktoś ma więcej czasu (my tam spędziliśmy chyba z 3 godziny) to w osobnej salce do zobaczenia jest kilka filmów m. in. z akcji wydobywania galeonu z morza. Jestem przekonana, że w tym muzeum dzieciom bardzo się podoba (zresztą było to widać po minach najmniejszych turystów, Hanka byłaby zachwycona, mimo panującego tam półmroku).

Przepraszam za fatalną jakość zdjęć, ale były robione w ciemności i w dodatku baaaardzo starym telefonem ;p

Wspomniany model galeonu:

* * *
Jeśli wybierzemy się do Sztokholmu z Hanią i Hubertem to z pewnością na Djurgarden spędzimy sporo czasu. Oprócz wspomnianych wyżej atrakcji warte odwiedzenia są Skansen na świeżym powietrzu czy Junibacken – magiczny dom bajek, w którym można spotkać Pippi Langstrump (jest tam też teatr, w którym codziennie są przedstawienia dla dzieci).