Spacerkiem po Pszczynie

Do znudzenia będę pisała o Pszczynie, no co zrobię, że często tam jestem ;p Tym razem zrobiłam sobie pociągową wycieczkę z dzieciakami. W sumie głównym celem było… sprawdzenie nowej restauracji 😉 Przy okazji dzieci co nieco pozwiedzały, nawet Hania widziała coś nowego. Hubi w Pszczynie był pierwszy raz.

Pszczyna jest świetnym miejscem na spacer. Taki zwykły, relaksujący, wśród zieleni i w ciszy. W środku tygodnia w pszczyńskim parku (ten wokół zamku, w którym jest i zagroda żubrów, i skansen) jest naprawdę cicho i spokojnie. Można spacerować, pojeździć na rowerze lub wypożyczonym na miejscu trójkołowcem dla dzieci (ku rozpaczy Hani tym razem nie skorzystaliśmy, bo nie było gdzie zostawić wózka).

Można pokarmić kaczki…

… niektórym dokładnie się przyjrzeć.

Na trasie naszej wycieczki mieliśmy dwa punkty – Skansen i Zagrodę Żubrów (o nich będzie w osobnych wpisach, muszę przecież o czymś wam napisać za tydzień ;p). Całą trasę Hania pokonała na własnych nogach!

Zdjęcie z zamkiem zawsze jest obowiązkowym punktem programu. Nie weszliśmy do środka za co Hania zrobiła mi awanturę 
(- Mamo, a co jest w tym zamku? 
– Muzeum
– No to idziemy
– Nie, dziś nie idziemy
– No jak to??? Przecież my chodzimy do muzeum!!!). 
Narzekać nie mogę, sama sobie takie dziecko wychowałam 😉

W kategorii przekąsek w Pszczynie zawsze królują oblaty. Dziś są śląskie, ale moze niektórzy z was pamiętają, że pierwotnie były one właśnie pszczyńskie (za to do dziś w Pszczynie są produkowane).

Gdy się zmęczyliśmy przyszedł czas na piknik. W wielkim parku miejsc do rozłożenia się z kocem jest naprawdę sporo (i wydaje mi się, że nikt za ten proceder nie jest karany jak to była np. w miejskich parkach).

Po pikniku przyszedł czas na obiad. Trzeba było wrócić się na rynek (ooo, znowu zamek ;p).

Na rynku atrakcją dla dzieci (choć nie tylko) jest ławeczka księżnej Daisy. To najsłynniejsza mieszkanka pszczyńskiego zamku. Z jej osobą związanych jest wiele opowieści, a (nie tylko) pszczynianie cały czas szukają jej zaginionych pereł.

Na końcu dotarliśmy na zasłużony posiłek, tym razem w Punkcie Gastronomicznym (tuż przy rynku). Knajpa jest naprawdę fajna (i nie piszę tego tylko dlatego, że znam właściciela), menu zaskakuje (jedliście kiedyś zupę selerową z białą czekoladą???), a dzieci mają swój kącik.

Jeszcze ostatni rzut okiem na pszczyńską starówkę i musieliśmy pomaszerować na dworzec. 7 godzin minęło baaardzo szybko 😉

Po takim kilkukilometrowym (nawet nie wiem czy nie kilkunasto) spacerze dzieciaki padły zaraz po wejściu do pociągu. Gdyby nie turkot pociągu mama miałaby godzinę spokoju 🙂 Dzień był naprawdę udany. I wam taką trasę polecam 😉

Hania poznaje Poznań

Poznań to miasto, z którym wiążą się moje bardzo miłe wspomnienia – mieszkałam tam rok, studiowałam to, co naprawdę chciałam, poznałam fajnych ludzi. Zawsze wracam tam z uśmiechem. Tak było też tym razem. Nie przeszkodziły nam nawet niezbyt pomyślne prognozy pogody – jak się okazało nie było aż tak źle i nawet nie korzystaliśmy z planu „B” czyli atrakcji do zobaczenia „pod dachem”.

Buszowanie w Łazienkach

No to zaczynamy serię wakacyjnych wpisów 🙂 Na początek… Warszawa. I to w plenerze, tego jeszcze nie było! Nie było, dlatego że my tak jakoś zawsze przelotem przez tą naszą stolicę, a teraz miałyśmy 1,5 dnia do zagospodarowania, co za rozpusta ;P No i tłum przewodników – dziewczyny, dziękujemy!!!

Zanim jednak dotarłyśmy na miejsce odbył się niecodzienny piknik. W autobusie jajeczko musi być ;P Ponieważ jechałyśmy z ciocią Darią nie obyło się bez wpadnięcia w pętlę czasu – Polski Bus był na miejscu pół godziny po czasie.

Po ogólnym ogarnięciu się pojechałyśmy na mały rekonesans w centrum (tak, Hania widziała wielką palmę ;p). Przeszłyśmy się Krakowskim Przedmieściem, zobaczyłyśmy Barbakan.

Spacer zakończyłyśmy przy fontannach. Na pokaz było jeszcze za wcześnie, Hani jednak w zupełności wystarczyła wersja mini. Dzieciaki miały tam naprawdę wielką frajdę, bo nie dość, że woda jest ładnie podświetlona, to jeszcze co chwilę czeka na nie jakaś atrakcja – woda znikała, zmieniała się wysokość jej strumienia albo… przeskakiwała na drugą stronę. Fan był dopóki nie zaczęło kropić, a potem lać (Hani to specjalnie nie przeszkadzało, bardziej towarzyszącym jej dorosłym, którzy zarządzili odwrót).

Następnego dnia rano pogoda była już o niebo lepsza. Nasza warszawska ekipa udała się więc do Łazienek. W tak dużym parku Hania jeszcze nie była! Oj wybiegało mi się dziecko jak mało kiedy. A że za towarzysza miała kolegę Filipa, zabawa była naprawdę przednia.

Idąc do Łazienek miałam nadzieję, że spotkamy choć jedną wiewiórkę – opowiadałam o nich Hani, a potem nagle zaczęłam się zastanawiać, czy kojarzę je z Łazienek, czy z Wilanowa… A że moje dziecko jest dość pamiętliwe i obiecanych rzeczy stanowczo się domaga możecie sobie wyobrazić, że stres był dość duży 😉 Na szczęście udało się, na swojej drodze spotkaliśmy nie jedną, a kilka wiewiórek. Ich odwaga zawsze mnie zadziwia, dla orzeszka zrobią naprawdę wszystko 😉

Oprócz żywych wiewiór w całym parku porozstawiane były również kolorowe figurki tych gryzoni. Na początku nie wiedzieliśmy o co chodzi, potem jednak okazało się, że w całych Łazienkach odbywają się plenerowe koncerty. Sceny nazwane są wg kolorów, jakie mają towarzyszące im wiewiórki. Hani koncerty baaardzo się spodobały. W trakcie jednego leżała sobie w słońcu na leżaczku i słuchała z zamkniętymi oczami!

W trakcie koncertów można zbierać specjalne kolorowe naklejki (znowu od koloru „sceny” vel figurek wiewiórek). Sama ulotka kosztuje złotówkę, za to po zebraniu chyba 5 (teraz nie pamiętam już dokładnie) jej nabywca może wraz  z rodziną bezpłatnie zwiedzać budynki w Łazienkach. Myślę, że to fajna opcja dla warszawiaków – gdybym planowała dłuższy pobyt na pewno bym z tej okazji skorzystała, szczególnie że Hania ostatnio głośno domaga się wizyty w muzeum (mam wrażenie, że dziecko robiące afery, bo mama nie chce z nim iść do kolejnego muzeum jest swego rodzaju ewenementem ;)).

Oprócz koncertów przez całe lato bardzo blisko pałacu na wodzie jest strefa zabaw dla dzieci. Maluchy mogą zostać wirtualnymi dyrygentami (tego Hania jeszcze nie łapała), wziąć udział w warsztatach muzycznych (nie mieliśmy czasu, bo trwają bite dwie godziny, ale wyglądało, że są naprawdę fajne), w końcu pobawić się różnymi drewnianymi instrumentami czy porysować. Hania – jak zawsze ostatnimi czasy – wybrała kredki. Przy stanowiskach dzieci była animatorka, rodzice mogli więc spokojnie usiąść sobie z boku na specjalnie przygotowanym kanapach i siedziskach (z logo sponsora oczywiście;p). Brakowało tylko aromatycznej kawy…

PS. Na wspomnianą wyżej kawę poszliśmy na kawiarni za pałacem na wodzie – nie chodźcie tam! Nie dość, że kawa była niedobra, źle podana (do espresso nie dostałam wody), to jeszcze kelner nie wydał mi całej reszty, bo… nie miał drobnych. (za to gofry mieli dobre, ale złe kawowe wrażenie pozostanie we mnie na zawsze).

* * *
Na koniec ciekawostka – czy widzieliście kiedyś białego pawia? My już tak… Ale był dziwny 😉