Rudy i… czosnek

Do Doliny Chochołowskiej wszyscy jeżdżą oglądać słynne krokusy, w Cieszynie prawdziwą przyjemnością jest spacer Szlakiem Magnolii, a w Rudach… wszędzie jest dziki czosnek. Kto się zdecyduje na spacer? 😉

Naprawdę warto, trzeba tylko uzbroić się w jakieś środki przeciwko owadom. Jak co roku plaga muszek i komarów już nas tam dopadła. Sezon pogryzień uważam za otwarty 🙁

W ogóle w Rudach jest coraz ładniej. Super, że mam je tak blisko (w wąskotorówce też trwają prace, wkrótce i o niej co nieco wrzucę).

Nasz pierwszy raz w… tężni

Mieliśmy pojechać do uzdrowiskowego Ustronia, a wylądowaliśmy w… Radlinie. Kto by pomyślał, prawda? Jak się okazuje kilka kilometrów od domu mamy tężnię. To pierwsze takie miejsce nie tylko w okolicy Rybnika, ale ogólnie na Górnym Śląsku, więc wybraliśmy się z ciekawości. I nie żałujemy 😉


Tężnia to drewniany pawilon. Niezbyt duży (budynek ma 7 m wysokości i 21 m długości), ale i tak atrakcyjny. Dorośli mogą usiąść na ławeczkach, a dzieciaki pobiegać wokół 😉 


Jak napisano na stronie internetowej, inhalacje przy tężniach solankowych pozwalają na „odtrucie” organizmu, który na co dzień narażony jest na kontakt z zanieczyszczonym powietrzem. Jak się to robi? Cała konstrukcja budynku wyłożona jest tarniną, po której spływa solanka (w Radlinie wykorzystywana jest ta ze słynnego Ciechocinka). W ten sposób tworzy się solnakowa mgiełka, którą wdychają przebywający przy tężni ludzie. Faktycznie, już po kilku minutach byliśmy było lekko „słoni”, a i inaczej się nam oddychało. O leczniczych właściwościach solanki przeczytacie tutaj. 


Godzinna dawna zawartego w solance jodu porównywalna jest z… trzydniowym pobytem nad morzem… Pod znakiem zapytania stanął więc sens naszego całkiem niedawnego trzytygodniowego pobytu w sanatorium (czytaliście?) 😉

  
Hubert, jak to Hubert, spokojnie oddychać nie mógł 😉 

Przy tężni jest też źródełko, można się napić i oczywiście pochlapać (okropne, że ludzie piją wodę wprost z tego kubka… bleeee ;)).


Wokół niej już wkrótce powinny być zagospodarowane tereny rekreacyjne, teraz jest tam trochę ścieżek i jeszcze nieobsiana trawą ziemia, ale z pewnością na tym nie koniec inwestycji. Moim tygrysom najbardziej podobały się duże pnie drzew, po których można się było wspinać (i z nich zeskakiwać, oczywiście ;p).




* * *
Informacje praktyczne:
Tężnia solankowa, ul. Wypandów, Radlin, www.teznia.radlin.pl
Wstęp wolny, czynne całą dobę, otwarta sezonowo.

Tężnia znajduje się blisko industrialnego Szlaku Emmy i Marcela w Radlinie, można do niej dojechać rowerem np. znad rybnickiego Zalewu.

Spacerkiem po Bielsku

Bielsko-Biała – miasto nie bez powodu zwane małym Wiedniem (także Manchesterem, ale chyba tamtejsza architektura jest bardziej znana niż przemysł włókienniczy ;p). Jest przepięknie położone wśród gór (Hania „zaliczyła” dwa tamtejsze szczyty – Szyndzielnię i ostatnio Kozią Górę). Jest tam świetny teatr, jest Studio Filmów Rysunkowych, które mam nadzieję za niedługo zwiedzimy (do dziś mam folie z Bolkiem i Lolkiem przywiezione z wycieczki z podstawówki). Ale i tak wszyscy wiedzą, że do Bielska jeździ się… przytulić Reksia 😉

…i jeszcze Bolka i Lolka 😉

Główny cel został osiągnięty po krótkim spacerze, nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wyciągnęła rodziny na trochę dłuższą wędrówkę 😉 Szliśmy obok ratusza, który Hania dobrze już znała, bo przy nim odbywały się „moje” Śląskie Smaki (klik).

Potem przechodziliśmy obok górującego nad jedną z głównych bielskich ulic zamku Sułkowskich.

Przy zamku zachowały się resztki murów obronnych, gdy je minęliśmy naszym oczom ukazały się kamienice i rynek.

Rynek nie jest w centrum miejskiego życia Bielska, toczy się ono raczej przy wielu tamtejszych centrach handlowych (nie wiem czy nadal jest to aktualne, ale kilka lat temu na mieszkańca Bielska przypadała największa w Polsce powierzchnia handlowa ;p). Pomimo tego jest tam dość przyjemnie 😉

Potem nastąpił w tył zwrot i wróciliśmy do samochodu, bo Hubi już się niecierpliwił. Jak na pierwszą wizytę w Bielsku wystarczy (kolejna jeszcze w tym roku, bo BB jest pięknie oświetlone w czasie świąt).

Spacerkiem po Pszczynie

Do znudzenia będę pisała o Pszczynie, no co zrobię, że często tam jestem ;p Tym razem zrobiłam sobie pociągową wycieczkę z dzieciakami. W sumie głównym celem było… sprawdzenie nowej restauracji 😉 Przy okazji dzieci co nieco pozwiedzały, nawet Hania widziała coś nowego. Hubi w Pszczynie był pierwszy raz.

Pszczyna jest świetnym miejscem na spacer. Taki zwykły, relaksujący, wśród zieleni i w ciszy. W środku tygodnia w pszczyńskim parku (ten wokół zamku, w którym jest i zagroda żubrów, i skansen) jest naprawdę cicho i spokojnie. Można spacerować, pojeździć na rowerze lub wypożyczonym na miejscu trójkołowcem dla dzieci (ku rozpaczy Hani tym razem nie skorzystaliśmy, bo nie było gdzie zostawić wózka).

Można pokarmić kaczki…

… niektórym dokładnie się przyjrzeć.

Na trasie naszej wycieczki mieliśmy dwa punkty – Skansen i Zagrodę Żubrów (o nich będzie w osobnych wpisach, muszę przecież o czymś wam napisać za tydzień ;p). Całą trasę Hania pokonała na własnych nogach!

Zdjęcie z zamkiem zawsze jest obowiązkowym punktem programu. Nie weszliśmy do środka za co Hania zrobiła mi awanturę 
(- Mamo, a co jest w tym zamku? 
– Muzeum
– No to idziemy
– Nie, dziś nie idziemy
– No jak to??? Przecież my chodzimy do muzeum!!!). 
Narzekać nie mogę, sama sobie takie dziecko wychowałam 😉

W kategorii przekąsek w Pszczynie zawsze królują oblaty. Dziś są śląskie, ale moze niektórzy z was pamiętają, że pierwotnie były one właśnie pszczyńskie (za to do dziś w Pszczynie są produkowane).

Gdy się zmęczyliśmy przyszedł czas na piknik. W wielkim parku miejsc do rozłożenia się z kocem jest naprawdę sporo (i wydaje mi się, że nikt za ten proceder nie jest karany jak to była np. w miejskich parkach).

Po pikniku przyszedł czas na obiad. Trzeba było wrócić się na rynek (ooo, znowu zamek ;p).

Na rynku atrakcją dla dzieci (choć nie tylko) jest ławeczka księżnej Daisy. To najsłynniejsza mieszkanka pszczyńskiego zamku. Z jej osobą związanych jest wiele opowieści, a (nie tylko) pszczynianie cały czas szukają jej zaginionych pereł.

Na końcu dotarliśmy na zasłużony posiłek, tym razem w Punkcie Gastronomicznym (tuż przy rynku). Knajpa jest naprawdę fajna (i nie piszę tego tylko dlatego, że znam właściciela), menu zaskakuje (jedliście kiedyś zupę selerową z białą czekoladą???), a dzieci mają swój kącik.

Jeszcze ostatni rzut okiem na pszczyńską starówkę i musieliśmy pomaszerować na dworzec. 7 godzin minęło baaardzo szybko 😉

Po takim kilkukilometrowym (nawet nie wiem czy nie kilkunasto) spacerze dzieciaki padły zaraz po wejściu do pociągu. Gdyby nie turkot pociągu mama miałaby godzinę spokoju 🙂 Dzień był naprawdę udany. I wam taką trasę polecam 😉