Akwarium w Gdyni czyli taaaaaka ryba!

Akwarium w Gdyni odwiedziliśmy nie pierwszy raz, wcześniej byliśmy tam z Hanią (klik). Tym razem zawitaliśmy tam i z Hubim. Mały tak samo żywo reagował na pływające w wielkich akwariach ryby. A oglądać było co – to największy tego typu obiekt w Polsce (choć wierzyć się w to nie chce…). W akwariach żyje ponad 1000 zwierząt morskich i wodno-lądowych, łącznie 190 gatunków z całego świata.

Sanatoryjna wyprawa

Życie w sanatorium jest dość monotonne. Szczególnie po sezonie. Nawet gdybym chciała na potęgę wydawać pieniądze to nie miałam gdzie 😉 W wolną od zabiegów Hani niedzielę wybraliśmy się „do miasta”. 

Darłowo – bo o nim mowa – jest od Dąbek oddalone o niecałe 10 km. W zasadzie poza sezonem i tam nie ma nic ciekawego (oprócz plaży i jodu oczywiście). Naszym celem była latarnia morska. Miałyśmy z Hanią nadzieję na piękny widok na całą okolicę (prognozy pogody jak na listopad były bardzo optymistyczne). No cóż, prognozy pogody się nie sprawdziły, a latarnia była zamknięta 😉 Ale wycieczka i tak była udana, szczególnie, że sanatoryjna koleżanka Hani przeżyła swój autobusowy debiut 😉

Najpierw lokalnym PKS-em (pozdrawiamy niezwykle miłego i pomocnego Pana Kierowcę, szkoda, że jego kolega po fachu z prywatnej linii był już zupełnie inny…) dojechałyśmy do Darłowa. Z dworca ruszyliśmy w stronę centrum. Przeszliśmy obok (oczywiście zamkniętego ;p) Muzeum Książąt Pomorskich, minęliśmy rzekę, przy której cumowały stateczki, którymi w sezonie popłynęlibyśmy do latarni. Tym razem musieliśmy się przejechać busem.

W drodze na przystanek minęliśmy darłowski rynek.

Po krótkim spacerze do kolejnego przystanku (w zasadzie do sygnalizującego go znaku, prawie go minęliśmy), skąd busik (kursował co godzinę, to jakiś ewenement, bo w końcu było po sezonie ;p) zabrał nas już do samego Darłówka (swoją drogą nie wiedziałam, że Darłówko jest dzielnicą Darłowa). Po przejściu przez bulwar (zgadnijcie – czy coś było tam otwarte? ;p). Przez zwodzony most (matko, ile było pytań…) przeszliśmy do latarni.

Niepozornej,  niskiej (jedna z najniższych na polskim wybrzeżu, ma 22 metry wysokości i zasięg 15 mil morskich), w końcu… zamkniętej 😉

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć (i zjedzeniu pierwszej porcji wycieczkowych owoców) poszliśmy „w morze”. 


Po drodze zobaczyliśmy Xavera, czyli… 5-tonowy (!) betonowy blok, który w 2013 r., w trakcie grudniowego sztormu, morze wyrzuciło na falochron. Niesamowite!

Spacer był krótki – było dość chłodno i wietrznie, Hubi zasnął, busik czekał. Z Dąbek wyjechaliśmy po śniadaniu, wróciliśmy dokładnie na obiad. Wycieczka krótka, ale wrażeń było sporo. Powtórzymy ją jeszcze kiedyś, w sezonie, jak będzie cieplej 😉

Dąbki po sezonie

Kurorty po sezonie… hmmm… no za dużo się tam nie dzieje. Nam to nie przeszkadzało, bo nie po atrakcje do Dąbek jechaliśmy, my raczej po jod. A jego (podobno, nie widziałam) było pod dostatkiem. Do tego ta pogoda. Przyznaję, że gdyby przed wyjazdem ktoś mi powiedział, że w listopadzie zdarzy mi się spacerować po plaży w… samym swetrze to bym go wyśmiała. A tu taka niespodzianka.

W Domu Rybaka

Nasz krótki wrześniowy wypad do Władysławowa był bardzo udany m. in. dlatego, że pogoda była boska. Mimo to odwiedziliśmy Dom Rybaka(chyba jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków w okolicy), w którego wieży znajdują się w zasadzie wszystkie atrakcje na niepogodę tego miasteczka. Do wyboru jest Muzeum Motyli, interaktywna wystawa Magiczny Zawrót Głowy i tarasy widokowe.

Muzeum Motyliznajduje się na III piętrze. Przyznaję, że myślałam, że atrakcja będzie zrobiona na siłę, baaaardzo się myliłam. Muzeum nie jest duże, ale jest w nim naprawdę wiele do zobaczenia. Wśród gablot, w których prezentowane są motyle i inne owady (łącznie 3 000 okazów z całego świata), ukryte są i inne „okołomotyle” rzeczy.

Hania oglądała „motyle” zabawki i uczyła się wiersza o chrząszczu, ja z lekkim przerażeniem oglądałam pudełka produktów spożywczych, do których wyrobu używa się jakiś motylich soków…

Razem rozwiązałyśmy też test o cyklu życia owadów. Były też filmy, ale na ich oglądanie nie miałyśmy już czasu (pod wieżą czekali tata i śpiący Hubo).

Muzeum jest dostosowane do zwiedzania z dziećmi – są tam ikeowe schodki, dzięki którym nie musiałam Hani podnosić do wyższych witryn, jest kilka elementów zrobionych (przynajmniej tak sądzę) z myślą o najmłodszych (wierszyk na dzień dobry, gablota z „motylimi” zabawkami, gra, no i pamiątki w sklepiku ;p).

Dwa piętra wyżej znajduje się interaktywna wystawa Magiczny Zawrót Głowy. I tam zajrzałyśmy, choć jest to raczej przeznaczone dla dorosłych i nieco starszych niż Hania dzieci. Mimo to z kilku stanowisk i mała skorzystała. Optyczne złudzenia uwolniły lawinę pytań, na które niekoniecznie znałam odpowiedź – przed odwiedzeniem następnej takiej wystawy trzeba się będzie nieźle zastanowić 😉

Tarasy widokowe(45 i 63 m n.p.m.) sobie odpuściliśmy, tego dnia i tak nic byśmy nie zobaczyli.
* * *
Informacje praktyczne:
Wieża Widokowa w Domu Rybaka, ul. Gen. Hallera 19, Władysławowo
Muzeum Motyli, III piętro, www.muzeummotyli.pl

Magiczny Zawrót Głowy, V piętro, www.muzeumiluzji.pl

Sprawdziliśmy – Pensjonat Wojciech we Władysławowie

Jak może kojarzycie, jakiś czas temu wygrałam w konkursie rodzinny weekend we Władysławowie (teraz jest kolejny konkurs, ale coś czuję, że tym razem już tak łatwo nie będzie). Oczywiście, gdy tylko nadarzyła się okazja, nad morze się wybraliśmy. Jak się okazało, Pensjonat Wojciech, w którym wygrałam nocleg ze śniadaniem, jest wprost stworzony dla rodzin z dziećmi (zresztą chyba wszyscy goście byli z maluchami).