To jaki był ten 2014?

Przez większość odwiedzanych przeze mnie blogów przetoczyły się wpisy podsumowujące 2014 r. Czytam głównie te podróżnicze i przyznaję, że ich autorzy naprawdę mają się czym chwalić (akurat mnie ich podróże, szczególnie te z dzieciakami w plecakach, bardzo imponują). Nawet nie próbuję się porównywać, bo i po co 😉 Ale może jakieś podsumowanie i u mnie się należy?
Z tym 2014 r. mam problem. Do listopada powiedziałabym, że naprawdę dobry. A potem był chyba najgorszy grudzień w historii. Jak zwykle u nas, nie było spektakularnych podróży (i nie była to tylko „wina” wiecznie ryczącego w aucie Hubika). Nie ruszaliśmy się z Polski. Ba, rzadko wyruszaliśmy poza województwo 😉 Pomimo tego cieszę się z naszych małych, często kilkugodzinnych wypadów. Hanka swoje najbliższe strony zna już bardzo dobrze.
Pomimo braku prawdziwego wakacyjnego wyjazdu dzieciaki miesiąc były nad morzem. Zaliczyliśmy dwa wyjazdy w części „sponsorowane” – skorzystaliśmy z zaproszenia i wygranej w konkursie. Poza nimi, jak zawsze, korzystaliśmy z gościnności rozsianych po Polsce znajomych (dziękujemy!!!). W tym roku zamierzamy działać na tej samej zasadzie 😉
Cieszy mnie fakt, że od czasu do czasu moje teksty pojawiają się i poza blogiem. W 2014 r. weszłam do redakcji świetnego magazynu śląskich blogerek – Maszkety. Jak łatwo się domyślić, opisuję tam miejsce idealne na wyprawę z małymi dziećmi. Od czasu do czasu coś mojego pojawia się też w portalu Dziecko w podróży. Mam nadzieję, że w tym roku ta współpraca się rozwinie – trzymajcie kciuki 😉
W 2014 r. napisałam 90 postów na blogu, niektóre podobno były ciekawe 😉 Mam nadzieję, że znaleźliście wśród nich choć jedną inspirację do ruszenia się z domu. Właśnie po to jest ten blog. Jeśli nie, w tym roku postaram się poprawić. Pomysłów na wycieczki mam (jak zwykle) aż za dużo 😉 Mam nadzieję, że z ich realizacją będzie lepiej niż w 2014.
Mam też jedno postanowienie – chciałabym więcej czasu spędzać w plenerze. W zeszłym roku w ogóle nie korzystaliśmy z uroków tak bliskich nam (i sercem, i odległością) Beskidów. To była wina Hubika, bo po górach z wózkiem łazić nie zamierzam. Na szczęście chłopak rośnie, mądrzej i coraz częściej gości w chuście czy nosidle. W tym roku sytuacja MUSI się więc zmienić.
Mam jeszcze jedno podróżnicze marzenie, ale jego wam nie zdradzę (i tak pewnie połowa znajomych wie o co chodzi 😉 ). Ale kciuki trzymajcie…