Mamy rok!

Nie wiem kiedy to zleciało, ale dziś mija rok od napisania mojego pierwszego blogowo-podróżniczego posta!

https://www.facebook.com/fabrykotki.idyjotki?fref=ts

Od tego czasu dużo się zmieniło. Hania z ciągniętego na wszystkie wycieczki maluszka stała się super kompanem w podróży. Towarzyszem bardzo wymagającym, bo chcącym wiedzieć co, jak i dlaczego (no ale dlaczego, dlaczego, mamo, dlaczego, tato, dlaaaaczegooooooo???) 😉 Kilka fajnych miejsc już zobaczyła, niektóre z nich świetnie kojarzy i to nie tylko wtedy, gdy przeglądamy zdjęcia z naszych wycieczek (kolejka w Rudach to chyba po nocach jej się śni, bo co chwilę o niej wspomina). Świetnie czuje się i w sali zabaw, i w lesie, i w… muzeum.

W ciągu tego roku blog wzbogacił się o 73 wpisy. Dotyczą one przede wszystkim naszych lokalnych, najbliższych atrakcji. Bo przecież blisko nas jest naprawdę dużo do zobaczenia! Mam nadzieję, że również Wy, Czytelnicy tego bloga, których kilku w ciągu tego czasu się zebrało, zaczęliście takich małych i większych atrakcji dla swoich pociech szukać. To naprawdę lepszy sposób na spędzenie wolnego czasu niż nawet najlepsza edukacyjna zabawka (o telewizorze już nie wspomnę).

Blog miał już ponad 16 tysięcy wyświetleń, a 33 osoby go obserwują. Stronę Podróży Hani na Facebooku śledzi już ponad 250 osób, wiele z nich aktywnie uczestniczy w dyskusjach, mniej lub bardziej merytorycznych 😉 Może to nieskromne, ale uważam to za świetny wynik 🙂 Jeśli jeszcze Was tam nie ma, serdecznie zapraszam – jest tam zdecydowanie więcej o podróżach z maluchami niż na blogu.

Dziękuję Wam za ten rok i zapraszam do śledzenia naszych dalszych poczynań. Wkrótce szykuje się kilka zmian, więc myślę, że warto być na bieżąco. Fajnie, że jesteście z nami 🙂

Co do plecaka?

Ponieważ chorobowy pogrom w rodzinie Szympruchów trwa, zimowe wycieczki są zawieszone 🙁 Zamiast pisać o miejscach, w których byliśmy latem, wolę pociągnąć temat pakowania. W końcu zaczęły się ferie, pewnie więc wielu z Was już wyjechało/wkrótce wyjedzie na zimowy wypoczynek. Tygodniowy czy krótszy, i tak rzeczy do zabrania jest mnóstwo. O pakowaniu pisałam już tutaj. Dziś będzie o drugim po walizce najważniejszym pakunku – plecaku. Bez niego nie ma wyjazdów 😉

Nawet jeśli wyjeżdżacie na tydzień, bądź dwa, na codzienne wyjścia, choćby na miasto, bierze się i tak multum rzeczy. Na szczęście im większe dziecko, tym tych rzeczy jest mniej, mam więc nadzieję, że wkrótce wystarczy moja torebka. Na razie zawsze staramy się mieć ze sobą mały plecak. Mieści się w nim dużo, a przy okazji najłatwiej z nim się poruszać.

Co więc zawsze jest w plecaku?
– woda – mała butelka, najlepiej z „dziubkiem”
– jedzenie, a raczej jakieś przekąski (banan, mus jabłkowy (koniecznie z cynamonem;p), jakieś herbatniki czy „żujki”), kiedy Hania była mniejsza braliśmy też jakiś awaryjny słoiczek z obiadkiem
– mokre chusteczki – każda mama wie, że one przydają się zawsze;p
– awaryjna koszulka czy spodenki na przebranie + pampers (odpieluchowane dziecko to skarb, który na szczęście już posiadam, ale na wszelki wypadek pieluszkę jeszcze wozimy)
– książeczka do czytania lub wyklejania jako uspokajacz + mała maskotka (Zygmunt, kotek lub nowy przyjaciel, piesek Różowczyk)
– pieluszka tetrowa – to atrybut Hani, bez którego nie pójdzie spać i np. nie uspokoi się kiedy dzieje się coś dziwnego
– nosidło mai tei (chyba że jedziemy z wózkiem, ale ostatnio zdarza się to bardzo rzadko).

No, i to wszystko! 🙂 Zapewniam Was, że to akurat zawartość standardowego małego plecaka. Kamil sobie spokojnie z takim pakunkiem na plecach radzi (jeśli w użycie idzie nosidło to raczej na moje niż jego plecy, więc mam ciężej;p).

Jak się przygotować do drogi?

Kilka osób pytało mnie jak najlepiej przygotować się do podróżowania z małym dzieckiem. No to postanowiłam napisać kilka moich przemyśleń 🙂 Pewnie nie będzie to nic odkrywczego, ale może niektórych z Was przekona, że podróżowanie w maluchem to nic strasznego 🙂

Ogólnie, im mniejsze dziecko, tym wg mnie lepiej, szczególnie jeśli jest karmione piersią, a rodzice nie boją się chustowania. Po ostatniej wizycie w Warszawie po raz kolejny przekonałam się, że podróże z wózkiem nie mają sensu – nasze miasta naprawdę nie są do nich przystosowane. No, ale to już jest na miejscu, a jak się w ogóle wybrać?

Zazwyczaj wyjazdy z dzieckiem staram się planować dużo wcześniej, ale ma to raczej związek z ogólnym tempem życia, Kamila pracą (co druga sobota zajęta), no i dostosowaniem się do planów osób, które zamierzamy odwiedzić (zawsze, nawet przy okazji dwutygodniowych wakacji, staramy się „po drodze” spotkać z dawno nie widzianymi znajomymi). Tak więc na początku jest plan! Potem, potem to już nie zawsze 😉 Logistyka obejmuje miejsca do odwiedzenia, ceny biletów, potrzebne adresy. Reszta, szczególnie pakowanie, to już większy spontan…

Staram się, by na weekendowe wyjazdy brać tylko jedną małą walizkę na kółkach. Do tego plecak, do którego zmieści się jedzenie (woda + jakieś kanapki, owoce czy jogurty), zestaw ubranek dla Hani na zmianę, mokre chusteczki (te muszą być zawsze i wszędzie!) i nosidło (w naszym przypadku sztruksowy mei tai, ładnie się składa i upycha;p). Na dłuższe wyjazdy wiadomo – walizka jest już większa, ale baza jest zawsze ta sama.

Z rzeczy Hani ZAWSZE biorę ręcznik, jej kosmetyki (żel pod prysznic, krem, pasta i szczoteczka, grzebień), podstawowe ubranka (ale nie za dużo), mokre chusteczki, jakąś książeczkę, małą maskotkę i tetrową pieluszkę, bez której moje dziecko nie umie się obejść. Dużo wolnego miejsca robi się, gdy dziecko jest już odpieluchowane i nie trzeba brać pieluch (w końcu tego doświadczam :)). Zawsze profilaktycznie pakuję za to jakiś syrop przeciwgorączkowy i sól morską do noska, bo bardzo często w pomieszczeniach jest zbyt suche powietrze i Hania nie umie swobodnie oddychać. W zimniejszy czas pakuję też kocyk (dopiero od niedawna, wcześniej – kiedy nosiłam małą w chuście – to właśnie ona pełniła funkcję koca;p). I to jest wszystko, co musimy mieć ze sobą. Reszta to naprawdę rzeczy dodatkowe.

W dzień wyjazdu młoda zawsze jest ubierana na cebulkę, żeby część rzeczy miała już na sobie 🙂

W pierwszym roku życia Hani chyba jeszcze panikowałam i zawsze zabieraliśmy łóżeczko turystyczne, teraz już go nie pakujemy. Za to jeśli planowane są dłuższe posiedzenia przy stole (święta czy urodziny) to bierzemy krzesełko do karmienia (ikea, pięknie się składa;p). Gdy była maluchem brałam matę antypoślizgową pod prysznic, teraz już odpuszczam, szczególnie, że kąpiele są teraz dużo krótsze niż kiedyś (o wzięciu wanienki nigdy nie pomyślałam, ostatnio koleżanka o to pytała i zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia).

Wydaje mi się, że raczej jestem minimalistką, ale i tak najwięcej bagażu zajmują ubrania, przede wszystkim Hani (najgorzej jest zimą i jesienią, kiedy brudne tak szybko nie wyschną). Staram się jednak nie brać więcej  niż jedną koszulkę na każdy dzień (+ jedna zapasowa, która zawsze jest w plecaku). Nawet jak dziecko w trakcie urlopu się zbrudzi, co to? Na szczęście nie jeździmy do modnych kurortów, więc koszulka z wczoraj też uchodzi 😉

Z zasady na krótkie wyprawy nie biorę ze sobą też jedzenia, wszystko można przecież kupić po drodze (pakuję tylko kaszkę i robiony przeze mnie mus jabłkowy, który jest naszą zwyczajową przekąską). Jedynie na dłuższe wyjazdy zabieramy kilka słoików z wcześniej przygotowanymi posiłkami (Hania je to co i my). Niestety pomimo szczerych chęci w trakcie wakacji codziennie nie stołujemy się w knajpach, jakoś fundusze nie te ;p

Jak widać, nie ma jednej rady na sprawne pakowanie. Jedno jest pewne, każdy musi zabrać tyle rzeczy, żeby miał wewnętrzny spokój, że wszystko ma. Na szczęście mi wiele do osiągnięcia tego stanu trzeba 😉

Palmiarnia w Gliwicach czyli tropiki w centrum miasta

Zima w pełni. Nie wiem jak wy, ale ja się na razie cieszę (na razie, póki śniegu jest w sam raz, jest bielutki i można robić kulki). Sanki jeszcze nie miały swojej tegorocznej premiery, ale tata już dostał kulką w plecy. Ciekawe kiedy to białe szaleństwo nam się znudzi? Dla tych, którzy już tęsknią za letnimi dniami mam idealną propozycję – zapraszam do Palmiarni w Gliwicach! Hania odwiedziła ją jak miała jakieś pół roku, myślę, że w tym sezonie zimowym powtórzymy tą wyprawę. Palmiarnia znajduje się w samym sercu Gliwic, w Parku im. Chopina. Latem spokojnie można wokół niej spacerować, a w zimie urządzać śnieżne bitwy. Sam budynek jest charakterystyczny i nowoczesny, właśnie trwa jego rozbudowa i bodajże na wiosnę udostępniony zostanie nowy pawilon z akwariami.

Samoloty, helikoptery i inne cuda :)

Może moja postawa nie jest zbyt popularna, ale taka jest prawda – w przeciwieństwie do zdecydowanej większości Polaków nie jestem wielką fanką Krakowa (i Zakopanego, ale to już zupełnie inna historia…). Nie oznacza to jednak, że Hani tam nie zabiorę. Wręcz przeciwnie!

Na razie w Krakowie Hania była raz – w trakcie Euro, więc tłumy były jeszcze większe niż zazwyczaj ;p Niestety jego atrakcje oglądała tylko z tatą, mama w tym czasie była na szkoleniu. W każdym razie z powodu tłumu stacjonujących w mieście kibiców (akurat tego dnia był jakiś mecz) i niesamowitego upału (spokojnie było ponad 30 stopni) dzień taty i Hani był oddalony od centrum. Celem wycieczki było Muzeum Lotnictwa Polskiego. Jest fajne, bo większość „eksponatów” jest na świeżym powietrzu. Na letnie zwiedzanie w sam raz, ale myślę, że jest to równie dobre miejsce na jesienne i zimowe spacery z atrakcjami.

Nie wiem, czy na tych wszystkich maszynach są tabliczki, by ich nie dotykać – w każdym razie Hania miała z  tego wielką radochę 🙂

Prawie jak na pikniku 🙂

 

Szympruchy spędziły w muzeum kilka godzin. Chodzenia było dużo, upał ogromny, to trzeba było potem odpocząć.

Żeby nie było, że matka porzuciła rodzinę 🙂 Wybraliśmy się również na Rynek, ale upał jednak był zbyt duży… Szybki bieg do Smoka i… powrót do domu.

Informacje praktyczne:
Muzeum Lotnictwa Polskiego, www.muzeumlotnictwa.pl, Aleja Jana Pawła II 39, Kraków
Czynne: wtorek – niedziela, 9.00-17.00
Bilety: 10 zł – dorośli, 5 zł – dzieci (Hania mając 1,5 roku wchodziła za darmo). We wtorki wstęp wolny!

Myślę, że to miejsce jest równie fajne na zimowe wizyty – w końcu samolotu nie zasypie ;p A my się w Krakowie pojawimy już w styczniu – pojedziemy zobaczyć szopki 🙂