Polecieli, pojechali, wrócili!

Stało się! Dzieciaki w końcu leciały samolotem! Do tego, żeby było ciekawiej, „zaliczyły” 4 lotniska. Matka tak zaplanowała wyjazd, że najpierw z Pyrzowic lecieliśmy do Luton żeby spędzić kilka dni w Londynie (DuoLook, jeszcze raz dziękujemy!). Wracaliśmy z Glasgow prosto do… Modlina. Może i wszystko było „trochę” naokoło, ale co tam. Dzięki temu przejechaliśmy się nie tylko londyńskim, ale też warszawskim metrem (no sieć połączeń jednego z miast poraża ;p) i – co najważniejsze – wsiedliśmy w Pendolino (i wielkie wow!). Ale po kolei.
Pierwszy lot dzieci, nasz pierwszy od kilku lat 😉 Wizzair z Pyrzowic do Luton. Hania, pomimo małego przerażenia na początku (– A co zrobimy jak zabraknie paliwa?), była zachwycona, choć pod koniec już zaczęło jej się nudzić. Hubo – na szczęście – po starcie zasnął i obudził się tuż przed lądowaniem. Drugi lot – z Glasgow do Modlina, tym razem Ryanair (i magia, po szkockich zakupacah plecak z 20 kg stał się 15-kilowym bagażem ;p). Hania już zmęczona i dość marudna, ale przeżyła, ba!, nawet jej się podobało. Hubo – no cóż… Pełen energii najchętniej biegałby po pokładzie, niestety przeszkodziła mu w tym grupka skandalicznie zachowujących się Szkotów (naprawdę porażka).

Pociągiem przez CAŁĄ Polskę

Udało się! Dotarliśmy do Dąbek (w zasadzie już jesteśmy w Rybniku) Podróż trwała jakieś 13 godzin… Wybraliśmy chyba najdłuższą możliwość, ale było to przemyślane.
 

Dlaczego pociąg?

Po pierwsze, cena

Dzieci mają kolejową zniżkę 37%. Te do 4 lat jeżdżą w ogóle za darmo co nas bardzo cieszyło. Jest też zniżka rodzinna. Do tego, kupując bilet odpowiednio wcześnie otrzymuje się kolejne 30% zniżki. Wszystkie promocyjne ceny dotyczą tylko miejscówki. Do niej trzeba było dokupić bilet w wagonie sypialnym, tam już żadnych zniżek niestety nie ma (do wyboru są jeszcze kuszetki, ale z naszą ilością bagaży nie było szans na zmieszczenie się w niej, do tego spanie w pościeli jest jednak naprawdę wygodniejsze). Przyznaję, że w wagonie sypialnym jechałam pierwszy raz i myślę, że pomimo różnicy cenowej (ok. 50 zł za każde miejsce) nie zamienię go już na kuszetkę. W ostatecznym rozrachunku podróż pociągiem wyszła nas ponad połowę taniej niż ta sama trasa przejechana samochodem.

Pociągiem nad morze

Ponieważ blog założyłam jak Hania miała prawie 2 latka, wydaje mi się, że i tak nie ma sensu trzymać się chronologii. Wczoraj oglądałam zdjęcia z wakacji, które w tym roku spędziliśmy nad morzem. Ale nie o nich będę pisać.

Pierwszy raz morze (a w zasadzie Zatokę Gdańską) Hania zobaczyła prawie rok wcześniej, bo już w październiku 2011 r. Miała  wtedy niecały roczek i do Trójmiasta dotarła… nocnym pociągiem! Nie ma jak targać dziecko 12 godzin kuszetką;p Niestety Hania trafiła na matkę permanentnie wykorzystującą nadarzające się okazje. Ponieważ musiałam jechać do Gdyni w delegację, a Sopocie mam kuzynkę nie wyobrażałam sobie, by nie wykorzystać tej podróży na krótki odpoczynek (w końcu przynajmniej ja bilet miałam opłacony;p).

Tak więc w piękne, słoneczne październikowe popołudnie (było tak słonecznie jak jeszcze kilka dni temu) nasza trzyosobowa załoga zjawiła się na remontowanym dworcu w Katowicach. Widok był przeuroczy – mama, tata, dziecko, walizka, plecak, wózek… i to wszystko wpakowało się do kuszetki, w której na szczęście nikt więcej się nie pojawił.

Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale mieliśmy do dyspozycji tylko moją starą komórkę;p

Po godzinie 5 rano Hania i Kamil (i oczywiście wózek) wysiedli w Sopocie, ja pojechałam dalej do Gdyni i tam spędziłam cały dzień. Oni za to zaliczyli pierwszą wizytę na molo, gdzie wiało tak mocno, że głowy były prawie pourywane… (zdjęcie jest z następnego, już spokojniejszego dnia;p).

Następnego dnia była już piękna pogoda (normalnie, jakby czekała na mój wolny czas :)) Plan nadmorskiego weekendu nie był bardzo napięty, ale kilka miejsc było obowiązkowych do zobaczenia – centrum Gdańska z nowym (wtedy) Muzeum Bursztynu, gdyński port i Akwarium, no i oczywiście Sopot.
Hania na plaży stawiała swoje pierwsze kroki (jeszcze podtrzymywana za obie ręce, sama zaczęła chodzić dopiero jakieś 3 miesiące później). Nie mamy zdjęcia w obowiązkowym miejscu, a więc pod Neptunem, bo… nie było go! Jeśli ktoś wie, czy już wrócił to proszę o info 🙂

Muzeum Bursztynu – miałam co do niego wielkie oczekiwania i – przyznaję – trochę się zawiodłam. Niby multimedialne, a jednak jeszcze w starym stylu 🙁 Kilka fajnych multimediów znajdą dla siebie starcze dzieci. Ogólnie miejsce warte polecenia, ale nie należy się aż tak nastawiać jak ja;p

 Gdyńskie Akwarium – pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne! Miejsce wprost stworzone dla rodzin z dziećmi, dostępne były wózki, w których mogły siedzieć małe dzieci, w toalecie przewijak… Sama wystawa już raczej takiej prorodzinności nie wykazuje, mimo to Hani rybki bardzo się podobały 🙂 No i największe załamanie z mojego punktu widzenia (choć wielu rodziców pewnie jest z tego powodu szczęśliwych;p) – ani grama sklepiku, w którym można dziecku zakupić akwariowy gadżet…

Szczegóły:
Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie, Aleja Jana Pawła II, www.gdynia.akwarium.pl

ps. w Gdyni byłam w jednym z bardziej profesjonalnie prowadzonych punktów informacji turystycznej nad morzem (czego np. o jednym z punktów w Gdańsku powiedzieć nie mogę).

pps. będąc w Gdyni odwiedźcie tamtejszy szlak kulinarny – to pierwszy miejski szlak kulinarny w Polsce, bardzo fajnie zorganizowany, są na nim każdego rodzaju lokale, zarówno te przyjazne, jak i zupełnie nieprzyjazne rodzinom z dziećmi – wszystkie lokale i ich wyróżniki na www.kulinarnagdynia.pl.