Tokarnia czyli (mama) kocha skanseny

Tokarnia, a właściwie znajdujące się w nim Muzeum Wsi Kieleckiej było na moim celowniku od 7 lat. Wtedy jadąc do Kielc zobaczyłam wyłaniające się zza drzew dwa ogromne wiatraki. A że skanseny po prostu uwielbiam, wiedziałam, że w końcu i do tego dotrzemy. Dzieci też spokojnie można zabrać, dla nich przygotowano kilka tras z questami, czeka więc na nich kilka przygód. Niestety my nie do końca korzystaliśmy z atrakcji muzeum – pokonała nas temperatura, trafiliśmy na prawie 40-stopniowy upał. Skutek? Musimy wrócić…

Chęciny i okolice czyli jednodniówka idealna

Chęciny – pewnie słyszeliście o tej miejscowości w województwie świętokrzyskim. Od lat jej atrakcją są ruiny zamku. Od niedawna niedaleko ruin (choć droga jest bardzo kręta i prowadzi do sąsiedniej miejscowości – Podzamcza) jest jeszcze jedno świetne miejsce, wg mnie dużo bardziej atrakcyjne niż sam zamek (jednak „wolę”  nasz jurajski Olsztyn) – Centrum Nauki Leonardo da Vinci. I te dwa miejsca tworzą jednodniówkę idealną, nie tylko dla rodzin z dziećmi. Zapraszamy na wycieczkę.

Malbork – rodzinne zwiedzanie z audioprzewodnikiem

Malbork mijaliśmy z dzieciakami kilkukrotnie jadąc lub wracając znad morza. Nigdy się nie zatrzymaliśmy, bo a) dzieci spały, b) spieszyliśmy się do domu, c) byliśmy zmęczeni (urlopem, hehe), d) bo nie… Tym razem pojechałam tam z dziećmi pociągiem z Gdańska. Wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy, że z Trójmiasta to niecała godzina jazdy. Sama na ten pomysł nie wpadłam, skusiłam się na wyjazd, gdy powiedziano mi, że zamkowych korytarzy nie trzeba zwiedzać z grupą i przydzielonym przewodnikiem. Od jakiegoś czasu dostępna jest tam trasa stworzona z myślą o rodzinach z dziećmi. Pomyślałam, że czas ją przetestować.

Na tropie Tomka czyli Muzeum Śląskie dla dzieci

Na tropie Tomka to nowa (można ją zwiedzać od czerwca 2017 r.) wystawa Muzeum Śląskiego. Jeśli wiecie czym jest katowicka Strefa Kultury to nie dziwi was fakt, że jej nowa atrakcja sprawiła, że po raz kolejny (już nie liczę który) zabrałam dzieciaki właśnie tam. Tym razem wyjazd był wyjątkowy – to pierwsza wycieczka Antoniego.

Muzeum piernika w Toruniu – które wybrać?

Muzeum piernika to pierwsze, poza gotykiem i Kopernikiem, moje turystyczne skojarzenie z Toruniem. Na pewno nie ominą go przyjeżdżające do miasta rodziny z dziećmi (podobnie jest w Poznaniu jego Rogalowego Muzeum). Sami też planowaliśmy od niego zacząć i gdy chciałam zarezerwować bilety okazało się, że MUZEA SĄ DWA! Nie powiem, zaskoczona zaczęłam przeglądać znajome blogi, by zdecydować się na jedno z nich, dopytałam też na Facebooku. Większość głosów była za Żywym Muzeum Piernika, tam więc też poszliśmy na warsztaty. Były świetne. Gdy jednak samochód odmówił z nami współpracy i ugrzęźliśmy w Toruniu na kolejny dzień, stwierdziłam, że i Muzeum Toruńskiego Piernika odwiedzimy, choćby dla porównania i wyrobienia sobie własnej opinii. I wiecie co? Też było super! Które więc muzeum wybrać, gdy ma się dwie godziny na zwiedzanie? Hmmm…

Hanna studentka!

Hania jest studentką! Serio!!! Od niedawna w Rybniku działa Dziecięcy Uniwersytet Przyrodniczy. Z inicjatywy ukochanej przez nasze dzieciaki (kto zna ten doskonale wie, kto w tym mieście jest autorytetem ;p) Pani Ani, Hanula i inne dzieciaki poznają tajniki przyrody. 

Zajęcia są w Rybniku, ale też poza nim. Całkiem niedawno Hania wyruszyła w swoją PIERWSZĄ SAMODZIELNĄ (czyt. bez mamy i taty, a nawet Huba!) podróż. Wielkim autobusem pojechała do Mikołowa. Dobra, nawet nie 50 km, ale przeżywała, a ja na parkingu prawie się popłakałam, że mi córka odjeżdża. A Hubo wrzeszczał, że… on nie jedzie z nią 😉


Wraz z innymi rodzicami pognaliśmy w samochodowy pościg za uniwersyteckim busem. Na miejscu dzieci jednak nie zwróciły na nas większej uwagi… Pobiegły na zajęcia – do lasu, a potem do Śląskiego Ogrodu Botanicznego (który Hania doskonale zna – klik). Wróciły po chyba 3 godzinach… 


Do końca nie wiem co w tym lesie wyprawiali, relacje Hanki są szczątkowe, a ze zdjęć wszystkiego tez się nie dowiem. Wiem jednak, że dzieciaki były zachwycone.




Dwa tygodnie później był wyjazd do Katowic, do uniwersyteckiego laboratorium. Było jeszcze poważniej – rodzice mieli zostać w Rybniku. I tu pojawił się problem, bo Hanka przed odjazdem urządziła taką scenę, że… została z tatą na parkingu. Następne zajęcia były w Rybniku, ale… również nastąpił ich bojkot. Mam nadzieję, że wkrótce Hanula za swoim uniwersytetem zatęskni, bo na dzieciaki czeka kilka naprawdę ciekawych zajęć. No i najważniejsze – wycieczka w góry (z rodzicami, żeby nie było aż tak ekstremalnie).

* * *
A po co to piszę? Może i w waszych miejscowościach są takie świetne inicjatywy? Szukajcie ich, bo naprawdę warto! :) Jeśli jesteście z Rybnika i okolic i nie załapaliście się na ten semestr, nic straconego. Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy – we wrześniu ruszy kolejna tura zajęć! 😉 Więcej o Uniwersytecie znajdziecie na Fb.

Podpłomyki w Chlebowej Chacie

Spodziewaliście się wpisu poweekendowego? Będzie, ale dopiero za jakiś czas. Dziś jeszcze wspomnienie majówki. Jedno z lepszych 😉 W Chlebowej Chacie byłam dawno temu, pisałam nawet o niej w Maszketach, a tym razem były tam i dzieciaki. W końcu, bo wyjazd był kilkukrotnie odwoływany (te choroby…). Chaty, choć budynek jest dość niepozorny i schowany za innymi zabudowaniami, nie da się ominąć. Jadąc główną drogą przez Górki Wielkie trafi się na pewno. 



My – oczywiście – byliśmy trochę spóźnieni, więc od razu zasiedliśmy na drewnianych ławach, by wysłuchać dość długiej pogadanki o tym, jak to dawniej się żyło. Pomimo, że wszystko trwało z pół godziny (może i więcej), dzieciaki się nie nudziły. Po pierwsze nasza gospodyni mówiła bardzo ciekawie, co chwilę pokazując zgromadzone w kuchni przedmioty.

Po drugie – kompletnie nie przeszkadzało jej (innym zwiedzającym, w zdecydowanej większości przybyłym również z dziećmi, ale starszymi.. również) ADHD Huba, który musiał wejść pod ławę i spenetrować najdalsze zakątki izby (no przecież musiał sprawdzić, czy w byfyju kogoś nie zamknięto…).

Po kilkunastu minutach jego uwagę przyciągnął stojący w centralnej części kuchni piec… Trafiła nam się nie lada gratka – Panie akurat wkładały do niego bochenki chleba. Te wcześniej upieczone można było kupić pod koniec zwiedzania (pyszny był ten chleb!).

Po części pierwszej, ciekawej acz teoretycznej, było coś co nie tylko moje dzieci lubią najbardziej – warsztaty! Zrobione przez nich podpłomyki były banalnie proste. A w połączeniu z domowym masłem miodem lub smalcem i zbożowe kawą – niebo w gębie!

Dzieciaki z ochotą przystąpiły do pracy. Hubo niestety przesolił, ale rodzice i tak zjedli podpłomyki z apetytem 😉

Cieniutkie placki były tylko na chwilkę wkładane do wielkiego kaflowego pieca. Od razu zrobiły się w nich napompowane „poduszeczki”. Dzieciaki z zaciekawieniem oglądały ten proces 😉 A potem czym prędzej zabrały się do konsumpcji. I my też!

Zajadaliśmy chętnie, szczególnie, że do podpłomyków podano domowe smakołyki – miód z własnej pasieki, przepyszny smalec i masło. Do tego zbożowa kawa, która mnie przypomniała czasy zerówki (też piliście ją w przedszkolu?). Nie obyło się bez dokładek 😉

Najedzeni poszliśmy dalej, do stodoły. Nasze miejskie dzieci zobaczyły różne rodzaje zbóż i stare rolnicze narzędzia, a mama została zagoniona do prac polowych!

W programie mieliśmy jeszcze zapoznanie z życiem pszczół i sposobem wytwarzania miodu, ale Hubo był już marudny i odpuściliśmy. Na koniec dzieciaki oglądały zwierzątka, ale Hubo ubłagał naszego gospodarza żeby jednak jednego króliczka wyjął z klatki (ja nie wiem jak on to robi, ale zawsze udają mu się takie akcje ;p). Oj była zabawa.

Na pewno do Chlebowej Chaty wrócimy gdy Hubo będzie mniej broił i więcej korzystał z kulinarnych atrakcji miejsca. Mam nadzieję, że już za rok 😉

* * *
Informacje praktyczne:

Chlebowa Chata, ul. Breńska 113, Górki Wielkie, www.chlebowachata.pl
Bilety: 7, 14 lub 20 zł w zależności od wybranej wersji zwiedzania (samo „gadanie”, dodatkowo podpłomyki, a w wersji full wypas – również ubijanie masła, oddzielanie śmietany od mleka i robienie twarogu). Czas zwiedzania oscyluje pomiędzy 1,5 a 3 godziny. Turyści indywidualni są dołączani do grup (musi być co najmniej 10 osób).