Muzeum piernika w Toruniu – które wybrać?

Muzeum piernika to pierwsze, poza gotykiem i Kopernikiem, moje turystyczne skojarzenie z Toruniem. Na pewno nie ominą go przyjeżdżające do miasta rodziny z dziećmi (podobnie jest w Poznaniu jego Rogalowego Muzeum). Sami też planowaliśmy od niego zacząć i gdy chciałam zarezerwować bilety okazało się, że MUZEA SĄ DWA! Nie powiem, zaskoczona zaczęłam przeglądać znajome blogi, by zdecydować się na jedno z nich, dopytałam też na Facebooku. Większość głosów była za Żywym Muzeum Piernika, tam więc też poszliśmy na warsztaty. Były świetne. Gdy jednak samochód odmówił z nami współpracy i ugrzęźliśmy w Toruniu na kolejny dzień, stwierdziłam, że i Muzeum Toruńskiego Piernika odwiedzimy, choćby dla porównania i wyrobienia sobie własnej opinii. I wiecie co? Też było super! Które więc muzeum wybrać, gdy ma się dwie godziny na zwiedzanie? Hmmm…

Hanna studentka!

Hania jest studentką! Serio!!! Od niedawna w Rybniku działa Dziecięcy Uniwersytet Przyrodniczy. Z inicjatywy ukochanej przez nasze dzieciaki (kto zna ten doskonale wie, kto w tym mieście jest autorytetem ;p) Pani Ani, Hanula i inne dzieciaki poznają tajniki przyrody. 

Zajęcia są w Rybniku, ale też poza nim. Całkiem niedawno Hania wyruszyła w swoją PIERWSZĄ SAMODZIELNĄ (czyt. bez mamy i taty, a nawet Huba!) podróż. Wielkim autobusem pojechała do Mikołowa. Dobra, nawet nie 50 km, ale przeżywała, a ja na parkingu prawie się popłakałam, że mi córka odjeżdża. A Hubo wrzeszczał, że… on nie jedzie z nią 😉


Wraz z innymi rodzicami pognaliśmy w samochodowy pościg za uniwersyteckim busem. Na miejscu dzieci jednak nie zwróciły na nas większej uwagi… Pobiegły na zajęcia – do lasu, a potem do Śląskiego Ogrodu Botanicznego (który Hania doskonale zna – klik). Wróciły po chyba 3 godzinach… 


Do końca nie wiem co w tym lesie wyprawiali, relacje Hanki są szczątkowe, a ze zdjęć wszystkiego tez się nie dowiem. Wiem jednak, że dzieciaki były zachwycone.




Dwa tygodnie później był wyjazd do Katowic, do uniwersyteckiego laboratorium. Było jeszcze poważniej – rodzice mieli zostać w Rybniku. I tu pojawił się problem, bo Hanka przed odjazdem urządziła taką scenę, że… została z tatą na parkingu. Następne zajęcia były w Rybniku, ale… również nastąpił ich bojkot. Mam nadzieję, że wkrótce Hanula za swoim uniwersytetem zatęskni, bo na dzieciaki czeka kilka naprawdę ciekawych zajęć. No i najważniejsze – wycieczka w góry (z rodzicami, żeby nie było aż tak ekstremalnie).

* * *
A po co to piszę? Może i w waszych miejscowościach są takie świetne inicjatywy? Szukajcie ich, bo naprawdę warto! :) Jeśli jesteście z Rybnika i okolic i nie załapaliście się na ten semestr, nic straconego. Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy – we wrześniu ruszy kolejna tura zajęć! 😉 Więcej o Uniwersytecie znajdziecie na Fb.

Podpłomyki w Chlebowej Chacie

Spodziewaliście się wpisu poweekendowego? Będzie, ale dopiero za jakiś czas. Dziś jeszcze wspomnienie majówki. Jedno z lepszych 😉 W Chlebowej Chacie byłam dawno temu, pisałam nawet o niej w Maszketach, a tym razem były tam i dzieciaki. W końcu, bo wyjazd był kilkukrotnie odwoływany (te choroby…). Chaty, choć budynek jest dość niepozorny i schowany za innymi zabudowaniami, nie da się ominąć. Jadąc główną drogą przez Górki Wielkie trafi się na pewno. 



My – oczywiście – byliśmy trochę spóźnieni, więc od razu zasiedliśmy na drewnianych ławach, by wysłuchać dość długiej pogadanki o tym, jak to dawniej się żyło. Pomimo, że wszystko trwało z pół godziny (może i więcej), dzieciaki się nie nudziły. Po pierwsze nasza gospodyni mówiła bardzo ciekawie, co chwilę pokazując zgromadzone w kuchni przedmioty.

Po drugie – kompletnie nie przeszkadzało jej (innym zwiedzającym, w zdecydowanej większości przybyłym również z dziećmi, ale starszymi.. również) ADHD Huba, który musiał wejść pod ławę i spenetrować najdalsze zakątki izby (no przecież musiał sprawdzić, czy w byfyju kogoś nie zamknięto…).

Po kilkunastu minutach jego uwagę przyciągnął stojący w centralnej części kuchni piec… Trafiła nam się nie lada gratka – Panie akurat wkładały do niego bochenki chleba. Te wcześniej upieczone można było kupić pod koniec zwiedzania (pyszny był ten chleb!).

Po części pierwszej, ciekawej acz teoretycznej, było coś co nie tylko moje dzieci lubią najbardziej – warsztaty! Zrobione przez nich podpłomyki były banalnie proste. A w połączeniu z domowym masłem miodem lub smalcem i zbożowe kawą – niebo w gębie!

Dzieciaki z ochotą przystąpiły do pracy. Hubo niestety przesolił, ale rodzice i tak zjedli podpłomyki z apetytem 😉

Cieniutkie placki były tylko na chwilkę wkładane do wielkiego kaflowego pieca. Od razu zrobiły się w nich napompowane „poduszeczki”. Dzieciaki z zaciekawieniem oglądały ten proces 😉 A potem czym prędzej zabrały się do konsumpcji. I my też!

Zajadaliśmy chętnie, szczególnie, że do podpłomyków podano domowe smakołyki – miód z własnej pasieki, przepyszny smalec i masło. Do tego zbożowa kawa, która mnie przypomniała czasy zerówki (też piliście ją w przedszkolu?). Nie obyło się bez dokładek 😉

Najedzeni poszliśmy dalej, do stodoły. Nasze miejskie dzieci zobaczyły różne rodzaje zbóż i stare rolnicze narzędzia, a mama została zagoniona do prac polowych!

W programie mieliśmy jeszcze zapoznanie z życiem pszczół i sposobem wytwarzania miodu, ale Hubo był już marudny i odpuściliśmy. Na koniec dzieciaki oglądały zwierzątka, ale Hubo ubłagał naszego gospodarza żeby jednak jednego króliczka wyjął z klatki (ja nie wiem jak on to robi, ale zawsze udają mu się takie akcje ;p). Oj była zabawa.

Na pewno do Chlebowej Chaty wrócimy gdy Hubo będzie mniej broił i więcej korzystał z kulinarnych atrakcji miejsca. Mam nadzieję, że już za rok 😉

* * *
Informacje praktyczne:

Chlebowa Chata, ul. Breńska 113, Górki Wielkie, www.chlebowachata.pl
Bilety: 7, 14 lub 20 zł w zależności od wybranej wersji zwiedzania (samo „gadanie”, dodatkowo podpłomyki, a w wersji full wypas – również ubijanie masła, oddzielanie śmietany od mleka i robienie twarogu). Czas zwiedzania oscyluje pomiędzy 1,5 a 3 godziny. Turyści indywidualni są dołączani do grup (musi być co najmniej 10 osób).

Zabawy z ogniem

To chyba najdłużej powstający post w historii bloga 😉 Gdy go zaczynałam pisać miejsce było absolutną nowością i miałam nadzieję, że ja pierwsza je opiszę 😉 Nie wiem, czy ktoś mnie wyprzedził, mam nadzieję, że tu przeczytacie o nim po raz pierwszy 😉

Jeśli jeździcie popularną na Śląsku „wiślanką” to z pewnością długo zastanawialiście się co takiego dziwnego przy niej budują… Niby wiadomo było od dawna, ale mało kto wierzył (ja też ;p), że coś z tego będzie. No i w końcu się udało – Muzeum Ognia w Żorach otwarto bodajże w grudniu 2014 r.

Przyznaję, że budynek zwraca na siebie uwagę :) Tak wygląda na wizualizacjach:

A tak naprawdę :)
auto: Andrzej Grygiel /PAP

My byliśmy tam na początku stycznia, w dniu, w którym… była awaria multimediów. Przyznacie, że w muzeum opartym na multimediach jest to mały problem 😉 Na szczęście po godzinie wszystko zaczęło działać.

Cała wystawa jest na poziomie -1. Na pierwszy rzut oka nie widać windy, ale jak się okazuje można do podziemi zjechać – winda jest w pomieszczeniu, w którym wyświetla się film, tuż przy schodach.

Wystawa naprawdę mi się podobała. Przywitali nas jaskiniowcy, których Hania oczywiście się śmiertelnie przeraziła. Zwiedzanie stanęło pod znakiem zapytania, ale udało się przejść obok naszych praprzodków i dowiedzieć się wielu rzeczy o tym jak ludzkość radziła sobie z ujarzmianiem ognia.

Cała wystawa opiera się na wyłowionych z nurtów historii faktach i ciekawostkach. Przy wejściu każdy zwiedzający otrzymuje blankiet z pytaniami – odpowiedzi szuka się na wystawie – są ukryte pod tabliczkami, w domku itp. Hania miała z tego szukania niezłą radochę, szkoda tylko, że części wystawy bez „podpowiedzi” po prostu omijała 😉

Muzeum składa się z 4 sal. W pierwszej przedstawiona jest historia ludzkości i ujarzmiania ognia. Opis opiera się na ciekawostkach, większości z nich nie znałam 😉

W gablocie pokazano czym przez stulecia krzesano ogień.

 

W drugiej sali skupiono się na pożarach… Był płonący dom, w którym ukryto informacje o najsłynniejszych pożarach w historii świata, Polski i Żor. Była też plątanina rur i pożar do zgaszenia. Przyznaję, że zadanie nie jest łatwe, trzeba trochę pogłówkować 😉

Trzecia sala była dużo spokojniejsza, choć wchodziło się do niej przez… ścianę ognia 😉

W ostatniej sali było to, co z Hanią baaardzo lubimy – eksperymenty 😉

Niestety… Pan Szalony Naukowiec Hankę oczywiście przeraził i z innych stanowisk dostępnych w tej sali już nie korzystaliśmy… Może następnym razem :)

W Muzeum Ognia spędziliśmy dość dużo czasu. Na koniec Hubi dzielnie odpowiadał na pytania o „ogniste” ciekawostki ukryte na wystawie. Hania oczywiście podpowiadała 😉 Strasznie wszystko pokreślili i przy sprawdzaniu odpowiedzi „Żorek” stwierdził, że większość naszych typów była zła (a to nieprawda! ;p).

Po tym quizowym blamażu humor poprawiła nam szafa grająca – do wyboru były oczywiście tylko kawałki z ogniem w tekście 😉

Na koniec Kamil stwierdził, że wszystko fajne, ale brakowało mu… prawdziwego ognia 😉 I wiecie co? Naprawdę coś w tym jest. Multimedia są fajne, takie muzea faktycznie zwiedza się z ciekawością. Ale gdybyśmy zorganizowali dzieciakom „zwykłe” ognisko to podejrzewam, że cieszyłyby się bardziej niż z tego widzianego na plaźmie 😉

* * *
Gdy pogoda będzie lepsza wybierzemy się jeszcze poszukać czterech figurek „Żorków”, będzie taki mały wstęp do wycieczki śladami wrocławskich krasnali 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Muzeum Ognia, ul. Katowicka 3, Żory. Strony internetowej na razie brak, muzeum jest na Fb.
Godziny otwarcia: wt-pt: 9.00-16.00, sb-ndz: 12.00-17.00.
Bilety: 12 i 16 zł.

Rybnicki park tematyczny

W końcu w Rybniku mamy coś fajnego. I to całkiem blisko nas. Tego parku ciekawa byłam już dawno, ale w dniu otwarcia Hubi miał gorączkę. No i Hania poszła beze mnie :( Ostatnio wszystko nadrobiliśmy.

Teren parku nad Nacyną jest dość duży, dzięki czemu pomimo tłumów nie było tam tłoczno. Urządzeń już tak wielu nie ma, ale na nasze potrzeby wystaczyło (szkoda, że nasi kochani lokalni wandale już dali o sobie znać i kilka stanowisk już nie było sprawnych…). Pierwsze kroki Hania skierowała oczywiście na plac zabaw. Jest niewielki, ale baaaardzo fajny, Przyznaję, że takich „kwiatkowych” huśtawek jeszcze nie widzieliśmy 😉

Straszne fajne jest to, że Hania i Hubert coraz częściej bawią się razem. Nie przypuszczałam, że mała będzie aż tak opiekuńczą starszą siostrą (szkoda, że ten nasz mały gadat odwdzięcza się jej gryzieniem, drapaniem i wyrywaniem włosów…).

Po placu zabaw przyszedł czas na zabawy wysokościowe. Ścianki sa trzy, jedna wyższa od drugiej, najlepsza oczywiście była ta… największa 😉

Park podzielony jest na kilka „zakątków”, w których ustawione są stanowiska do (jak mawia Hanula) „eksperymentów”. Są urządzenia akustyczne, ruchowe czy optyczne. Jest co robić, ale do większośći urządzeń są kolejki (byliśmy w weekend). Hania większość stanowisk już znała, poznawała je m. in, w Rydułtowach (klik).

Plusem dziecięcego placyku zabaw są huśtawki – z powodzeniem może z nich korzystać nawet taki malec jak nasz Hubi. A „kwiatowe” urządzenia widziałam po raz pierwszy, całkiem fajne są 😉

Poszczególne części parku oddzielone są od siebie ścieżkami, trawą i „elementami małej architektury”. Powstał z tego lekki misz masz, bo wszystkiego jest tam po trochu. Ale nie narzekajmy, ważne że powstało kolejne miejsce, w którym rodziny z dzieciakami miło mogą spędzić czas. My korzystamy z pięknej jesiennej pogody i jesteśmy tam dość często. Zresztą nie tylko my, bo w zasadzie codziennie popołudniami są tam tłumy.

Park położony jest prawie samym centrum miasta, tuż obok rybnickiego kampusu. Jego ofertę uzupełniają siłownia na wolnym powietrzu (Czy zauważyliście, że owe siłownie i ogrody doświadczeń postają ostatnio jak grzyby po deszczu? Zaraz będzie ich równie dużo jak parków dinozaurów ;p) i boiska. Jest tam całkiem przyjemnie, choć nie ukrywam, że inaczej sobie park wyobrażałam.

Gdyńskie eksperymenty

O wizycie w Centrum Nauki Experyment w Gdyni myślałam już w zeszłym roku, ale wtedy Hania była zdecydowanie za mała. Tym razem się wybraliśmy. Odczucia mamy… mieszane. Z jednej strony, miejsce prezentuje się dość imponująco, jest tam mnóstwo stanowisk i przestrzeni, jest kącik zabaw dla takich brzdąców jak Hubik. Z drugiej – większość zwiedzajacych (my czasem też) nie wie co robić przy niektórych stanowiskach, a pracownicy nie pałają chęcią pomocy (i to różni Experyment np. od Centrum Kopernik, o którym tez już pisałam – klik). Jak zawsze w takim przypadku ostateczną ocenę pozostawiam wam, sama zazwyczaj piszę głównie o superlatywach 😉 My, pomimo niektórych uwag, spędziliśmy tam kilka godzin 😉 A i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego.

Ekspozycja w Eksperymencie dzieli się na cztery działy:
– Hydroświat
– Akcja – Człowiek
– Drzewo życia
– Niewidoczne siły.

Zwiedzanie zaczęliśmy od hydroświata. Hania oczywiście wzystkiego musiała dotknąć i spróbować samodzielnie wykonać każde zadanie. Często się udawało 😉

Poszczególne wystawy nie są od siebie oddzielone, większość stanowisk znajduje się w jednej dużej hali. Jest przestrzeń, ale też niesie się hałas. Na szczęście my nie mieliśmy wielu współziedzających 😉

W kolejnej części wystawy – dotyczącej człowieka – Hanka szalała. Część stanowisk już mogła znać, były i w warszawskim Koperniku, i (choć starsze wersje) we wrocławskim Humanitarium (klik). Rozpoznawała zapachy (a raczej próbowała, podobnie jak mnie słabo jej to szło).

Pomagała nadziać mamę na gwoździe (nie udało się ;p).

Kamil przekonał się jak to jest być na wózku w miejskiej dżungli (oj niełatwo, niełatwo).

Hubi przeprowadził swoją pierwszą operację 😉 Gdyby nie to, że spadło nam jedno płuco, pacjent by przeżył 😉

Hani, jako zdecydowanie bardziej zaawansowanemu medykowi, poszło lepiej. Ludzkie ciało zainteresowało ją na dłużej, szczególnie, że dotyczących go stanowisk było kilka (no i Hania bardzo lubi puzzle ;p).

Najwięcej czasu zajęło nam jednak „przejście” drzewa życia (pomimo tego, że kilka stanowisk było zepsutych).

Taką piaskownicę Hania doskonale znała (bardzo teraz są modne, nieprawdaż?), pomimo tego się skusiła na kolejne w swoim życiu wykopaliska 😉

Takie coś mnie kojarzy się z Farmą Iluzji – byliście tam? (my nie, ale może kiedyś? 😉 ).

Na pewien czas a) Hania urosła, b) ja zmalałam. Którą opcję wolicie?

Wracając do „Drzewa życia”, w jego okolicach Hania zbierała tropy zwierząt, rozciągała wielką pajęczynę, spradzała jak wzrok zwierząt różni się od ludzkiego (niestety tu trzeba było używać mamy jako drabinki, stanowiska były za wysokie).

Fajne były puzzle z kory (sama się też czegoś dowiedziałam).

A najprzyjemniejszym miejscem całego Experymentarium był… plaster miodu. Tam można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie i od razu wysłać do siebie mailem (było jeszcze kilka takich okazji – m. in. w budce, w której można było zobaczyć jak się będzie wyglądało za „x” lat. Tego zdjęcia jednak wam nie pokażę. o nie 😉 ).

Tuż obok Miodolandii jest 10-metrowe drzewo. Można na nie wejść, poobserwować i posłuchać ptaków. No i zobaczyć experymentową halę w całej okazałości 😉

O ostatniej wystawie, czyli „niewidocznych siłach” (w sali obok) nic nie napiszę, bo już tam nie dotarliśmy. Hubi już marudził, poza tym… byliśmy głodni. Minusem gdyńskiego Experymentarium jest brak punktu gastronomicznego (są tylko automaty z kawą, napojami i batonikami). Wielkim plusem jest natomiast kącik (prawdziwy kąt!) dla najmłodszych (przepraszam, ża Hubi nadgryzł kilka klocków…). Fajne są też zjeżdżalnie „wkomponowane” w stanowiska – zjechać można było m. in. z drzewa 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Centrum Nauki Experyment, Pomorski Park Naukowo-Technologiczny, Al. Zwycięstwa 96/98, Gdynia, www.experyment.gdynia.pl

Godziny otwarcia:
– wtorek-piątek: 9.00-18.00
– sobota-niedziela: 10.00-19.00
– poniedziałek – nieczynne.

Bilety: 12/20 zł, bilety rodzinne wychodzą taniej. Bilety ulgowe tylko dla dzieci do 2 lat. Bilety można kupić też on line.

Uwaga! Jak możecie to nie jeździe tam samochodem – przy instytucji, do której codziennie przychodzą tłumy jest miniaturowy parking… Niby piszą o tym na stronie internetowej, mimo wszystko i tak nie spodziewaliśmy się tego, co zastaliśmy 😉

Dotlenienie w cieniu Szarloty

O nie, nigdzie się nie ruszam w te upały 😉 Zresztą ostatnio raczej siedzimy w domu i jeśli gdziekolwiek jedziemy to tylko gdzieś naprawdę blisko domu. Najczęściej naszym celem są Rydułtowy i dwa miejsca: plac zabaw Rafa i park sensoryczny (klik). Na placu zabaw jesteśmy bardzo często. W parku ostatnio byliśmy wczesną wiosną. Wtedy nic nie kwitło, nie działała fontanna, nie świeciło słońce. Tym razem było zupełnie inaczej (jeszcze nie tak upalnie 😉 ). Hani się bardzo podobało, dużo bardziej niż wiosną. Wiele roślin już kwitło (choć jeszcze nie było róż). Mała zobaczyła jak wyglądają zioła (w tym nasza świętej pamięci mięta, właśnie kiełkuje drugie podejście, więc trzymajcie kciuki ;p), truskawki, maliny. Znowu grała na różnych dzwonkach i kręciła się na małych huśtawkach (dużo bym dała za tą zieloną w ogródku!). Nie ma co się rozpisywać, zobaczcie sami jak tam fajnie :)

 

ps. A Szarlota to największa w Europie… hałda 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Park sensoryczny położony jest tuż przy rydułtowskim Urzędzie Miasta. Wstęp jest wolny. Bezpłatny parking dostępny jest naprzeciwko parku.