Krasiczyn – perła Podkarpacia

Krasiczyn to dla mnie jeden z najpiękniejszych polskich zamków. Prawdziwa perełka Podkarpacia i strasznie mi żal, że mamy do niego tak daleko. Pomimo tego rodzinnie zawitaliśmy tam już drugi raz. I było jeszcze lepiej niż te kilka lat temu, pogoda idealna, a i sam zamek wypiękniał. Pojawił się też plac zabaw dla dzieci, zadowoleni byli więc naprawdę wszyscy.

Redyk Karpacki czyli w Koniakowie nie można się nudzić :)

Redyk Karpacki to tradycyjne przejście pasterzy przez cały teren Karpat, które jako górskie pasmo wiedzie przez Rumunię, Ukrainę, Polskę, Słowację i Czechy. Przed wiekami była to pasterska codzienność, dziś jest to raczej okazja do pokazania turystom dawnych tradycji i integracji środowiska górali karpackich, którym zależy na odnowieniu i zachowaniu pamięci o tej niezwykłej tradycji (redyk wznowiono w 2013 r.). Dzięki redykowi na terenie całych Karpat obserwować możemy takie same zwyczaje.

Przy okazji redyku, w którym obecnie Karpaty pokonuje kilkaset owiec, organizuje się imprezy „na trasie”. Jedna z nich w majówkę odbyła się w „naszym miejscu w Beskidach” czyli Beskidzkiej Trójwsi. A że akurat byliśmy w okolicy…

Zabrze – co zobaczyć w jeden dzień?

Ostatni pomysł na jednodniówkę na Śląsku się wam spodobał (klik), mam więc dla was kolejną. Tym razem zapraszamy do Zabrza, czyli miasta, które nierozerwalnie kojarzy się z przemysłem i industrialem. I dobrze! Takiej perełki jak Kopalnia Guido nie ma nigdzie indziej. Każdy powinien tam choć raz zjechać pod ziemię. Nieważne, czy dla zwiedzania górniczych tras, czy by zobaczyć teatralne przedstawienie, czy… wypić piwo 320 m pod ziemią. Guido to nie jedyna poprzemysłowa atrakcja miasta, będąc tam jednak z dziećmi na takich miejscach nie mogliśmy poprzestać. Szukaliśmy jeszcze czegoś inne, mniej dla Zabrza oczywistego. I wiecie co? Pojechaliśmy do Miejskiego Ogrodu Botanicznego. Tak, ogromna oaza zieleni w samym środku miasta. Spodziewaliście się?

Zbaczamy z trasy cz. 3, czyli Jura mniej znana

Myśląc Jura Krakowsko-Częstochowska najczęściej widzimy zamki – Ogrodzieniec (klik), Olsztyn (klik), Mirów i Bobolice (klik), Złoty Potok (klik) czy Pieskową Skałę albo skałki, choćby słynny Okiennik czy skałki w Podlesicach. Te miejsca są już rozpoznawalne i oblegane przez turystów, zwłaszcza w weekendy. Tymczasem na Jurze nadal są miejscowości, w których turystów raczej nie ma, a z przygotowanej infrastruktury korzystają najczęściej (choć mam nadzieję, że się to zmieni) sami mieszkańcy. Będąc na weekendowym malinobraniu postanowiliśmy chwilę odetchnąć „na peryferiach” turystycznej Jury. Dziś zapraszam na spacer do Mstowa i słodki deser (a co, należy się, godzinę Huba na plecach nosiłam) do Folwarku Kamyk. Znacie te miejsca? Są rzut beretem od Częstochowy, wystarczy pół godziny drogi samochodem i… już! 

Co najbardziej zaskoczyło nas w Londynie? Parki!

To że Londyn parkami stoi wiedziałam. Ale nie spodziewałam się, że zrobią na nas aż takie wrażenie. W zasadzie cały nasz pobyt moglibyśmy w nich przesiedzieć – piknikować, karmić wiewiórki (choć podobno się nie powinno) i kaczki, oglądać rośliny, biegać za psami, bawić się na placach zabaw. W sumie w parkach spędziliśmy dwa z niecałych 4 dni, które spędziliśmy w stolicy Wielkiej Brytanii.

11 miejsc, które sprawiły, że zapamiętamy Edynburg

Przyznaję, że prawie dwa tygodnie w Edynburgu to był super spędzony czas. Wiadomo, gdybyśmy się postarali to w tym czasie zwiedzilibyśmy całą Szkocję. My tymczasem szwędaliśmy się po mieście, w niektórych miejscach byliśmy po kilka razy. A i tak wszystkiego nie zobaczyliśmy! Część, sprytnie, zostawiliśmy sobie na kolejną wizytę. No bo przecież jeszcze tam wrócimy, prawda? Ciekawe czy odpowiedź Łucji i Łukasza, którzy nas gościli, jest równie twierdząca 😉 Przyznaję, że dzieciaki momentami dawały cioci lekko do wiwatu, ale cóż… przecież sama nas zapraszała 😉 Wróćmy jednak do Edynburga. Jest w nim coś godnego uwagi? Ano jest! I to tyle, że spokojnie można spędzić tam intensywny turystyczny tydzień, jak nie dwa. Serio. My nie przesadzaliśmy (choć Kamil oczywiście ma nieco inne niż ja zdanie), ale zobaczyliśmy naprawdę sporo (sami się przekonacie, gdy w końcu zasypię was edynburgsko-londyńskimi tekstami). Dziś przedstawiam wam moje TOP 11 Edynburga, czyli miejsca, które każdy szanujący się turysta powinien zobaczyć (ja wszystkiego nie widziałam…). Wiem, że trochę dziwnie, ale naprawdę nie umiałam się ograniczyć do wskazania jedynie 10 (i tak część atrakcji zostawiłam sobie na wpis pod kątem najmłodszych turystów). Kolejność opisywania poszczególnych atrakcji jest zupełnie przypadkowa.

Park linowy, zwierzęta i… spokój!

Wygląda na to, że szykuje się kolejny gorący weekend, wyjścia są więc dwa – trzeba wybrać się na Industriadę 😉 albo zaszyć w jakimś miłych, cichym miejscu. W drugą kategorię idealnie wpisuje się Park Przygód i Atrakcji oraz Zwierzyniec w Zbrosławicach, który dziś chcę wam polecić.
Poza rodzinnym parkiem jest i sala zabaw Alele (dla nas wersja na niepogodę), i świetna restauracja Pod Platanami (naszą rodzinę urzekła nie tylko dobrym jedzeniem, ale i pokojem zabaw dla dzieciaków, takim, w którym się człowiek nie boi dzieci zostawić). Tym razem pisać jednak będę o samym parku, bo to on był celem naszej wycieczki. Choć nastawiałam się na mały piknik i karmienie zwierzątek, prawdziwym przebojem okazał się tamtejszy park linowy. Hanka początkowo – jak zwykle ostatnimi czasy – była przerażona i kategorycznie odmówiła wejścia w rozciągnięte pomiędzy drzewami siatki. Potem stanowczo odmawiała… wyjścia z nich (chyba kiedyś z nią oszaleję…).

Park linowy jest chyba jednym z większych w okolicy. Siatki są rozwieszone pomiędzy starymi parkowymi drzewami. Przeszkody są różnorodne, jest trochę przeskakiwania, trochę wdrapywania, chodzenie po mostku, a na koniec tyrolka lub (dla mniej odważnych) zjeżdżalnia. Trasa jest naprawdę długa i – tak mi się przynajmniej wydaje – ciekawa i dla starszych dzieciaków (w czasie kiedy Hania szalała, korzystało z niego z 5 innych dzieci, wszystkie co najmniej z końca podstawówki).

 

Zanim poszliśmy poszaleć w parku linowym obeszliśmy cały teren. Najpierw chcieliśmy nakarmić jelonki, ale… nawet do nas nie podeszły 🙁 Już byłam lekko przerażona, bo obiecałam dzieciakom zabawę ze zwierzątkami a tu taki niewypał. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że po drugiej stronie parku jest zagroda, a w niej kozy, baranki, króliki, kury, złowieszczy indor, który nie na żarty wystraszył Huberta (a on mało czego się boi!), czy bardziej egzotyczne małpki. W zasadzie zauważyłam ją po chyba godzinie zabawy 😉 Poza parkiem linowym do dyspozycji mieliśmy (i dosłownie kilka innych rodzin, byliśmy w sobotnie przedpołudnie) plac zabaw (większy i mniejszy – w wersji dla najmłodszych były to małe plastikowe zjeżdżalnie i domki), siłownię na wolnym powietrzu (zauważyliście, że one są teraz wszędzie), zacienione alejki czy… trasę dla bosych nóżek. Czad! 😉

W zagrodzie przywitał nas dumny paw. Szkoda, że był w (dużej, ale jednak) klatce. Mógłby się dumnie przechadzać tak jak np. z Zagrodzie Żubrów w Pszczynie (byliście, prawda? 🙂 klik).

 

Hania się przełamała i karmiła żądne kukurydzy zwierzęta (małe paczuszki z karmą można kupić w kasie, kosztują 2 zł).

Gdy cała karma była zjedzona (Hubo też oczywiście musiał skosztować…), przyszedł czas na zwierzątka w klatkach. Były i ptaki, niektóre żywo reagujące na krzyczącego z zachwytu Huberta (to niesamowite jak on uwielbia wszelkie zwierzęta, normalnie będzie z niego leśnik 😉 ), i króliki, i ozdobne kury.

 

 

 

Dzieciaki najdłużej przyglądały się tym zwierzętom, których nie znały. Mam wrażenie, że one im też.

 

* * *
Informacje praktyczne:
Park Przygód i Atrakcji, ul. Księżoleśna 1, Wilkowice k. Zbrosławic, www.alele.pl
Czynne codziennie (pn-czw. od 13.00 do 20.00, pt-ndz od 11.00 do 20.00).

Ceny:
Sala zabaw Alele: od 8 zł za godzinę, bilet całodzienny kosztuje 20-25 zł. Płaci się tylko za dzieci.
Park Przygód i Atrakcji: 4 (dzieci 3-13 lat) i 8 zł, bilet rodzinny – 20 zł, dzieci do lat 3 wchodzą za darmo.
Park linowy: 12 zł (atrakcja dla dzieci 3-13 lat).