Ekstremalne pogranicze czyli sportowe emocje w Istebnej i Mostach koło Jabłonkowa

Jeśli myślicie, że okolice Beskidzkiej Trójwsi to oaza spokoju i tradycji to macie oczywiście rację. Jednak żądni aktywności fizycznej i adrenaliny turyści będą tam tak samo zadowoleni jak amatorzy koniakowskich koronek i oscypków. Sami byliśmy w szoku jak bardzo, bo jak wiecie, okolice Istebnej są nam bardzo bliskie. Tymczasem okazało się, że w ogóle ich nie znaliśmy! Dziś zapraszamy was na wycieczkę na polsko-czeskie pogranicze z dreszczykiem emocji i sportowymi akcentami w rolach głównych.

Bielsko-Biała po raz enty, czyli słoneczny jesienny dzień na Szyndzielni

Bielsko-Biała to jedno z naszych ulubionych miast. Po raz kolejny byliśmy tam kilka tygodni temu. Podobno tamta niedziela miała być ostatnim tak ciepłym dniem w październiku. Jak się okazało – bzdura. Ostatni weekend też był boski. Dlatego jednak o Szyndzielni wam napiszę, może cały listopad będzie przepiękny!

Kolejką na górę

Ostatni (jak się potem okazało) ciepły wrześniowy dzień spędziliśmy dla siebie dość nietypowo, bo w baaardzo tłocznym miejscu. Wraz z zaprzyjaźnioną rodzinką pojechaliśmy do Ustronia. Nie powiem żeby nie było chwil, że żałowałam tego dość spontanicznego posunięcia! No ale tłumy turystów nam nie straszne i dzień okazał się bardzo przyjemny. Gorzej było z powrotem – nie pamiętam kiedy o 19 stałam w korku… (normalnie jak na zakopiance ;p).

 Ustroń powitał nas przepiękną pogodą (dobrze, że profilaktycznie posmarowaliśmy się kremem na słońce;p), Czantoria – długą kolejką do kasy 😉 Na szczęście wszystko poszło dość sprawnie i już po kilkunastu minutach czekaliśmy na nasze krzesełko na górę.

Sama podróż na górę trwała tylko kilka minut (podobno 6, ale nie liczyłam ;p), ale dostarczyła Hani mnóstwo emocji. Nie była to jej pierwsza górska kolejka, ale wjeżdżając na Łomnicę lub Szyndzielnię nie była tego do końca świadoma 😉 Teraz to już duża dziewczyna, można jej było więc opowiedzieć co widzi. A widoki – jak to w Beskidach – były piękne! Wjechaliśmy na polanę Stokłosicę, na wysokość 851 m n. p. m. (krzesełka startują z wysokości 462 m).

Pamiątką po tej krótkiej podróży jest fotka – hurtowo produkują je i na szczycie, i u podnóża Czantorii. Skusiłam się na nią (8 zł), bo takie ujęcie mają chyba wszyscy w naszej rodzinie. Ostatnio, gdy szukałam starych zdjęć, znalazłam takie fotki z Czantorii:
– moich dziadków – i ze strony taty, i mamy
– moich rodziców
– mnie i mojego brata z rodzicami.
Wychodzi więc, że to takie kultowe miejsce zdjęciowe Ślązaków 😉 I to od lat, bo kolejką wjeżdża się na górę od 1967 r.

Na górze – tłumy!!! Niestety Czantoria jest na wyciągnięcie ręki nie tylko dla mieszkańców Rybnika,ale też całej aglomeracji… Łatwo dostępna (nawet trasa piesza jest dla dzieciaków jak najbardziej ok), z widokiem na Ustroń (m. in. słynne piramidy) i Beskidy. No ale przecież wiedzieliśmy na co się piszemy 😉

Trochę sobie pospacerowaliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć i „zaliczyliśmy” przygotowane dla dzieci atrakcje. Dzieciaki dostały też książeczkę z zadaniami i naklejkami – tematem przewodnim były oczywiście góry 🙂

Na samym szczycie Wielkiej Czantorii, znajdującym się już w Czechach, nie byliśmy. Zostawiamy go sobie na następne lato – wtedy wejdziemy tam już samodzielnie, a tylko zjedziemy kolejką. W końcu Hania będzie wtedy miała już 3,5 roku 😉

 W przypływie odwagi Hania zjechała z tatą w rurze! Letni tor saneczkowy na Czantorii ma aż 710 metrów długości. Różnica poziomów to ok. 50 m.Ja się zjechać nie odważyłam, mała wróciła baaaardzo zadowolona i podekscytowana 😉

Druga atrakcja była przyrodnicza. Mała sokolarnia mieści się tuż przy końcowym przystanku kolejki. Można w niej zobaczyć chyba kilkanaście ptaków drapieżnych – orła bielika, pustułki, myszołowy, sowy,a także mniej znane np. rarogi czy harrisy (ja przynajmniej pierwszy raz o nich słyszałam).

 Na koniec na Hanię czekała jeszcze jedna atrakcja – Wisła! Może nie było kąpieli, ale zamoczenie nóg w zimnej górskiej rzece i tak było super! Trochę czasu tam spędziliśmy, zresztą nie my jedni 😉

Informacje praktyczne:
Kolej Linowa Czantoria, ul. 3-go Maja 130, Ustroń, www.czantoria.net
Bilety: w jedną stronę- 14 zł, w dwie – 18 zł, dzieci do lat 4 bezpłatnie.

Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek: 8:30 – 16:30, weekendy i święta: 8:30 – 17:30

Letni Tor Saneczkowy, bilety: 6 zł, dwa zjazdy – 10 zł.
Sokolarnia: wstęp 5 zł, do lat 4 bezpłatnie.

Bielsko zimą

Zima znowu wróciła do Rybnika. W górach jest cały czas, a że w województwie śląskim trwają ferie to dziś napiszę o Bielsku-Białej (właśnie kończy się ich pierwszy tydzień). Jest w sam raz na jednodniowe wycieczki mieszkańców moich okolic (a tych, którzy mieszkają dalej, zapraszam tam co najmniej na weekend, atrakcji jest sporo;p). Do Bielska jechaliśmy prosto z Istebnej (więcej o tym wyjeździe było tu), droga była baaardzo daleka i męcząca 😉

Pod koniec marca przed kolejką na Szyndzielnię nie było tłumów. Więcej… nie było nikogo 😉


Kolejka nie zrobiła na Hani najmniejszego wrażenia. Podczas jazdy na górę (z poziomu 509,72 m n.p.m. na wysokość 958,85 m. n.p.m.), która trwała chyba niecałe 10 minut dziecko… zasnęło. Gdyby pogoda była lepsza z wagoniku zobaczylibyśmy piękną panoramę Bielska i Beskidów. No ale pogoda była, jaka była – po piękne widoki trzeba będzie jeszcze kiedyś wrócić 🙂

Może i dobrze, że Hania zasnęła, bo dzięki temu spokojnie mogliśmy sobie podejść pod schronisko. Nawet nie pół godzinki marszu w górę i byliśmy na miejscu. Schronisko jest piękne, najstarsze w Beskidach (wybudowano je w 1897 r.). Na pewno kiedyś Hania będzie tam spała – poczekamy aż będzie na tyle duża, żeby nie trzeba było jej nosić ;P

Schronisko jest świetną bazą wypadową na szczyt Szyndzielni (1 028 m n.p.m.), sąsiednie szczyty m. in. Klimczok czy Błatnią a nawet do pobliskich miejscowości – Szczyrku czy Brennej.

Na miejscu my pooglądaliśmy sobie widoki, a nieliczni inni turyści pooglądali sobie Hanię i naszą chustę (to był standard;p).

Dla upamiętnienia pierwszego zdobytego szczytu Hania dostała pamiątkowy dyplom. Uroczystego potwierdzenia dokumentu dokonała pani bufetowa 🙂

Rodzice wypili herbatkę, młoda dostała cycka i… zarządziliśmy odwrót – na dół zjechaliśmy też wagonikiem kolejki.

I to był pierwszy szczyt Hani – „weszła” na niego, mając ok. 5 miesięcy 🙂 Potem było już tylko lepiej – była w Bieszczadach i Tatrach 🙂 W tym roku – zapewniam – będzie ciąg dalszy 🙂

Informacje praktyczne:
Kolej linowa na Szyndzielnię, Al. Armii Krajowej 366, Bielsko-Biała, www.kolej-szyndzielnia.pl
Bilety: w jedną stronę 15 i 12 zł, w dwie strony – 20 i 15 zł, dzieci do lat 4 bezpłatnie.
Godziny otwarcia (odjazd kolejki co pół godziny lub – w sezonie – częściej):
– maj-sierpień: pn. 10.00-19.30, wt-niedz. 9.00-19.30
– wrzesień-kwiecień: pn. 10.00-17.30, wt-niedz. 9.00-17.30

Schronisko PTTK Szyndzielnia, www.szyndzielnia.com.pl

Tatrzańska Łomnica, czyli wyżej Hania nie była…

Po tej wycieczce część znajomych uznała, że jesteśmy niepoważni, biorąc dziecko tak wysoko… Zupełnie niepotrzebnie, bo takich dzieci jak ona (10 miesięcy) było tam więcej i ich rodzice byli na takie podróże świetnie przygotowani. Ale zacznijmy od początku. Będąc na wakacjach w Bieszczadach postanowiliśmy, że do Rybnika wrócimy trochę dłuższą, a mimo to szybszą do pokonania drogą – przez Słowację. Po drodze jednak stwierdziliśmy, że może warto jeszcze coś pozwiedzać. No i wracaliśmy… 2 dni. Mijając Poprad (tam można dolecieć z Polski samolotem) stwierdziliśmy, że w Tatrach jednak warto zostać, szczególnie, że po stronie słowackiej nie ma tam takich tłumów jak u nas. Za cel obraliśmy drugi co do wysokości szczyt w Tatrach, czyli Łomnicę (2 634 m n.p.m.). Wyjście na szlaki i kolejkę, z której my skorzystaliśmy znajduje się w miejscowości Wysokie Tatry. Jak się później okazało (wybór tego miejsca oparty był tylko o znaki turystyczne, nie mieliśmy ze sobą nawet mapy…) był to strzał w dziesiątkę! Okolica nastawiona na turystów, pokoi do wynajęcia pod dostatkiem, informacja turystyczna czynna bardzo długo i mająca kompetentnych pracowników, którzy widząc brzdąca w nosidle sami proponują alternatywne wersje zwiedzania. Nie zdziwiło nas więc to, że właśnie tam wydaliśmy nasze ostatnie pieniądze (dosłownie co do grosza).