Krasiczyn – perła Podkarpacia

Krasiczyn to dla mnie jeden z najpiękniejszych polskich zamków. Prawdziwa perełka Podkarpacia i strasznie mi żal, że mamy do niego tak daleko. Pomimo tego rodzinnie zawitaliśmy tam już drugi raz. I było jeszcze lepiej niż te kilka lat temu, pogoda idealna, a i sam zamek wypiękniał. Pojawił się też plac zabaw dla dzieci, zadowoleni byli więc naprawdę wszyscy.

Muzeum piernika w Toruniu – które wybrać?

Muzeum piernika to pierwsze, poza gotykiem i Kopernikiem, moje turystyczne skojarzenie z Toruniem. Na pewno nie ominą go przyjeżdżające do miasta rodziny z dziećmi (podobnie jest w Poznaniu jego Rogalowego Muzeum). Sami też planowaliśmy od niego zacząć i gdy chciałam zarezerwować bilety okazało się, że MUZEA SĄ DWA! Nie powiem, zaskoczona zaczęłam przeglądać znajome blogi, by zdecydować się na jedno z nich, dopytałam też na Facebooku. Większość głosów była za Żywym Muzeum Piernika, tam więc też poszliśmy na warsztaty. Były świetne. Gdy jednak samochód odmówił z nami współpracy i ugrzęźliśmy w Toruniu na kolejny dzień, stwierdziłam, że i Muzeum Toruńskiego Piernika odwiedzimy, choćby dla porównania i wyrobienia sobie własnej opinii. I wiecie co? Też było super! Które więc muzeum wybrać, gdy ma się dwie godziny na zwiedzanie? Hmmm…

POLIN i spółka, czyli Warszawa da się lubić!

Warszawa była ostatnim punktem naszego tegorocznego urlopu. Loty do Modlina były sporo tańsze niż te do Katowic, więc tak przy okazji… Przecież każda powód do spotkania ze znajomymi jest dobry, prawda? Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Warszawa naprawdę da się lubić, choć wysiadając w okolicach Centralnego zazwyczaj muszę to sobie 2-3 razy powtórzyć (ale halo, halo, przecież na co dzień przebywam w Katowicach, które wciąż zmagają się z – zupełnie nie zasłużonymi – niezbyt przychylnymi opiniami). Gdy idzie się „w miasto” jest już dużo lepiej. Tym razem spędziliśmy w Warszawie prawie dwa dni, ale ze względu na temperaturę (byliśmy w trakcie nieziemskich sierpniowych upałów, których na szczęście już nie pamiętamy) nie zwiedzaliśmy szczególnie dużo. Z naszych (moich) nieco rozdmuchanych planów zostały dwa punkty – POLIN, czyli Muzeum Historii Żydów Polskich i kawiarnia 8 stóp, a w niej spotkanie z w sumie dobrą znajomą z internetu.

Muzeum PRL-u, czyli Hani podróż w czasie…

Pamiętacie czasy PRL-u? Ja, szczerze powiedziawszy, tak nie za bardzo, ale znam przynajmniej z opowiadań. Wygląd naszych domów z lat minionych też pamiętam. Za to dla Hani z pewnością będą to czasy takie jak dla nas co najmniej dwudziestolecie. Nie zmienia to faktu, że młoda będzie się jeszcze z tymi czasami stykała. I to nie tylko na historii, której może z pół godziny w tygodniu jeszcze w jej szkolnych czasach będzie (matko, to już za kilka lat…). Z pewnością nasza ciekawska córa będzie odwiedzała różne tak modne obecnie inspirowane peerelem miejsca (ciekawe, czy tak jak swego czasu rodzice zacznie od jakiegoś pubu, a raczej stylizowanej oberży). Dziś – jak na 1 maja przystało – miała swój pierwszy „skok w przeszłość”. Wybraliśmy się do Rudy Śląskiej, do Muzeum PRL-u!

Zabawy z techniką

Aż wstyd przyznać, ale nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam w rybnickim muzeum. Ostatni brak (a raczej odwoływanie) wyjazdów sprawił, że zaczęłam szukać dla nas atrakcji dostępnej w ramach rodzinnego spaceru. No i znalazłam! Jak się okazuje, w naszym rybnickim Muzeum właśnie jest czasowa wystawa Zabawy z nauką. No to poszłyśmy sobie ją zobaczyć w sobotnie przedpołudnie, kiedy tata był w pracy.

Żeby dzień był bardziej atrakcyjny postanowiłyśmy pojechać do muzeum miejskim autobusem. Naprawdę tego żałowałam… Jeden autobus nie przyjechał w ogóle, drugi się spóźnij. W efekcie po prawie półgodzinie tyczenia na przystanku, dojechałyśmy do centrum (to bardzo blisko, szybciej byśmy były, gdybyśmy poszły pieszo, ale co tam;p).

Czekałyśmy i czekałyśmy na tym przystanku…

 W Muzeum spodziewałam się pustek, a tymczasem nie było źle. W ciągu 1,5 godziny przez wystawowe sale przewinęło się kilkanaście rodzin z dziećmi (głównie dziadków z wnuczkami).

Eksponaty były dość proste. I chyba w tym ich siła 😉 Podzielone były tematycznie (brzmi strasznie, ale eksperymenty były naprawdę proste, większość Hania mogła przeprowadzić sama, szczególnie kiedy dostałyśmy – na moją prośbę – krzesełko, na którym mogła stać):
1. elektryczność i magnetyzm, indukcja elektromagnetyczna, przewodzenie prądu, źródła prądu
2. hydrostatyka – prawo Pascala, prawo Archimedesa, naczynia połączone
3. konstrukcja mostów – model mostu z przęsłem łukowym (tu akurat kicha, bo most był już zrobiony i nie można było go „budować”)
4. ekologiczne sposoby wytwarzania energii elektrycznej – bateria słoneczna.

Hani najbardziej przypadły do gustu zabawy z energią elektryczną. Miała wielką frajdę kiedy po tym jak ruszała korbką zapalały się światełka.

Kilka razy wracałyśmy do stanowiska z kolejką. Kiedy nacisnęło się guziczek zapalały się żarówki (czyt. słońce ;p) i lokomotywa jechała. Kiedy Hania wyciągała specjalnie przygotowaną chmurkę i zakrywała lampki… zatrzymywała się! :)

Kolejnym punktem programu były magnesy.

Tu potrzebny był zmysł artystyczny :) Te rury to magnesy, do których można było przyczepić różne skarby – śruby, łańcuchy, czy pokrętła.
 

No i czarodziejska kula!

 Tutaj przydał się Hani pedantyzm 😉 Szmatką trzeba było tak długo pocierać szybę, aż leżące pod nią papierowe ludziki zaczęły… uciekać.

Kiedy Hania przykładała do dna pojemnika specjalny patyczek (do dna były przeczepione kabelki), zaczynało grać radio!

Mama też słyszała piosenki 😉

Na koniec ulubiony eksponat – po naciśnięciu guziczka tłok się unosił.

 
Z racji tego, że w soboty wstęp do muzeum jest wolny, postanowiliśmy zobaczyć i stałe ekspozycje – niech Hania już za młodu słucha o historii swojego miasta (może przestanie mówić, że mieszka w Katowicach ;P).

Niestety te stałe punkty muzealnego programu zupełnie nie przypadły Hani do gustu. W sumie się nie dziwię, były dokładnie takie same jak za czasów mojej podstawówki :( Wyrobisko górnicze ją przeraziło (wyszła z płaczem, przestraszyła się kopalnianego dzwonka), na cechy rzemieślnicze była jeszcze zdecydowanie za mała. Najdłużej byłyśmy w sali dotyczącej historii Rybnika (był tam kącik dla dzieci ;p). Fajna była mapa naszego miasta z zaznaczonymi wszystkimi dzielnicami – Hania już wie, gdzie dokładnie mieszka :)

Po wizycie w muzeum, poszłyśmy na małe zakupy do księgarni i do kawiarni. Knajpkę z chęcią polecę 😉 „Amelia” jest fajnym miejscem dla osób z dziećmi. Nie ma tam kącika zabaw czy specjalnego krzesełka (choć tego nie jestem pewna, nigdy o nie nie prosiłam), ale dzieciaki mogą sobie poczytać książeczki (tak jak i rodzice – książek jest dość dużo), a te starsze pograć w jakąś planszową grę. Niestety osoby z dziećmi w wózkach muszą sobie radzić same, nie ma windy (na szczęście są szerokie schody). Mimo wszystko, warto – kawa i herbata pyszna, dla dzieci można zamówić świeżo wyciśnięty sok. No i zawsze jest jakieś ciacho :)

Informacje praktyczne:
Muzeum w Rybniku, Rynek 18, www.muzeum.rybnik.pl
Godziny otwarcia: wtorek, czwartek, sobota, niedziela: 10.00-14.00, środa: 10.00-18.00, poniedziałek – nieczynne.
Wystawa Zabawy z nauką jest przygotowana przez Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie. W Rybniku można ją oglądać od 1 lutego do 26 marca 2013 r., bilety: 4 i 6 zł (my nie płaciłyśmy – byłyśmy w sobotę ;p).

Kawiarnia Amelia Caffe, ul. św. Jana 3, Rybnik, www.ameliacaffe.pl
Godz. otwarcia: poniedziałek-sobota od 10.00, niedziela od 15.00

PS. W Amelii często odbywają się wernisaże i inne imprezy. Kiedyś jedną z bohaterek przedstawionych na zdjęciach była nasza Hania :)