Bliskie spotkania z sarnami i… kozą – Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu

W Leśnym Parku Niespodzianek byli chyba wszyscy posiadający dzieci, znajomi. To jedno z pierwszych miejsc, do których jedzie się z dzieciakami w moich okolicach. Ja nie byłam i zaczęło mi to ciążyć, bo co chwilę ktoś się o ten Ustroń pytał 😉 No to pojechałam (Justyna – dzięki za doborowe towarzystwo ;p) i już wszystko wiem…

źródło: www.lesnypark.pl

Przede wszystkim – to nie jest miejsce idealne dla rodzin z wózkami! Jak się ma spacerówkę z pompowanymi kołami to można się wybrać (ale i tak się człowiek napoci, przerobiłyśmy na własnej skórze), ale z lekką parasolką bym nie jechała. Tak więc po raz kolejny się przekonałam jak świetnym wynalazkiem są chusty i nosidła ergonomiczne (tylko co z tego skoro Hubi wytrzymuje w nich może z 15 minut). Niestety w parku same wózki i umęczeni rodzice. Ale dzieciom bardzo się podoba! Myślę, że sama nie raz tam wrócę kiedy Hubi będzie już większy. Jest tylko jeden warunek – wybierzemy się, podobnie jak tym razem, po sezonie. Nie wyobrażam sobie karmienia zwierzątek wśród tłumów jakie są tam w wakacyjne weekendy.

Ale zacznijmy od początku. Do biletów wstępu warto dokupić paszę dla zwierząt – okazja do nakarmienia sarenek przydarza się tuż za kasami. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że aż tyle zwierząt jest tam wolno puszczonych. Sarny, daniele, lamy czy kozy kompletnie nie boją sie ludzi (baaaa, z kozą Hubi stoczył prawdziwą walkę o… surową marchewkę, wtedy naprawdę najadłam się strachu, bo koza prawie wskoczyła mu do wózka a młody ani myślał oddać swoją ulubioną przekąskę). Hania początkowo podchodzącymi zwierzętami była przerażona, w końcu jednak się przemogła i… było super 😉

Po przywtaniu przez wolno biegające jelonki spotkaliśmy króliki (już za płotem) i świnki. Ogrodzone zagrody miały jeszcze kozy, szopy, żubr (nie widzieliśmy), no i oczywiście ptaki.

Kilkadziesiąt (może kilkaset?) metrów spaceru i jesteśmy przy pierszych punktach gastronomicznych , ławeczkach i placu zabaw dla dzieci. Chcieliśmy sobie zrobić mały piknik, ale się nie udało – od razu zleciały się zwierzęta. Jedno nawet łyknęło kawy…

Plac zabaw jest niestety dość zaniedbany. Widać, że urządzenia są wiekowe. Na szczęście nie one są tu główną atrakcją 😉

W parku byliśmy kilka godzin (i tak nie zobaczyliśmy wszytskiego). Co chwilę robiliśy przerwę na karmienie (czasem zwierzat, czasem… dzieci ;p).

Park położony jest na zboczu Równicy. Gdy jest dobra widoczność (gdy my byliśmy, była taka sobie) widać z niego m. in. pobliską Czantorię (klik).

Kolejną atrakcją jest tzw. Aleja Bajkowa. Szczerze napiszę, że nie wiem po co to tam jest. Niby kolejna rzecz dla dzieci, ale kiepsko wykonana, nie wszystko działa, a niektóre figury w domkach, hmmmm, są dalekie od oryginałów.

Poza zwierzątkami „do karmienia” najbardziej podobał sie nam pokaz lotów drapieżnych ptaków (loty sów już sobie odpuściliśmy, ale podobno również są świetne, może „zaliczymy” za rok).

Po lotach powinniśmy jeszcze iść na ścieżkę edukacyjną, ale tego dnia jechaliśmy nad morze i trzeba się było zbierać 😉

W drodze do samochodu zobaczyliśmy jeszcze szopy.

No i Hania – rzutem na taśmę – odważyła się nakarmić zwierzątka 😉

Ogólnie dzień uważam za udany, baaardzo udany 😉

 * * *
Informacje praktyczne:
Leśny Park Niespodzianek, ul. Zdrojowa 16, Ustroń, www.lesnypark.pl
Godziny otwarcia (codziennie):
– 1 kwietnia – 31 października: 9.00-18.00
– 1 listopada – 31 marca: 10.00 – 16.00
Bilety (cennik letni, obowiązuje do końca października): 18/22 zł, wstęp wolny dzieci PONIŻEJ 3 LAT.
W kasie można kupić karmę dla zwierząt – 3 żł.

Dolina Kościeliska, czyli… historia ucieczki przed burzą ;)

Dolina Kościeliska była naszą pierwszą (i jak się potem okazało też ostatnią) pieszą wyprawą tegorocznych wakacji. Początkowo trasa nie zachęcała urokliwymi widokami (wszędzie wycinka drzew), ale im dalej tym było lepiej. Niestety nie doszliśmy do schroniska – rozpadało się na całego. Niemniej kilka godzin w plenerze zaliczyliśmy.

Po kilkunastu minutach, może pół godzinie spaceru jest pierwsza okazja do przystanku – Bacówka, jedna z kilku w okolicy „placówek” Szlaku Oscypkowego. Szlak składa się z 31 bacówek rozsianych po całej Małopolsce. Powstały po to, by każdy mieszczuch zobaczył jak się robi oscypek, bundz, czy redykołki.  

Niestety „nasz” baca nie był skory do rozmowy i Hania zbyt wielu rzeczy o wyrobie oscypków się nie dowiedziała. Nie można też było robić zdjęć. Za to można było kupić oscypki. No to sobie po jednym kupiliśmy 😉

Tak posileni szliśmy dalej. Mijaliśmy strumyki, kilka skałek, a Hania wciąż pytała gdzie są te góry. Faktycznie, trasa była bardziej spacerowa niż górska (niestety ze względu na Hubowy wózek na inną nie mogliśmy sobie pozwolić, odbijemy sobie za rok ;p).

Spacer był spokojny, Hania zaliczyła jednak też część ekstremalną. Razem z tatą zeszła do Jaskini Mroźnej. Niestety jaskinia do ciekawych nie należy (bardzo mało nacieków), w zasadzie atrakcją jest samo zejście, przejście ok. 500 m i… wyjście (ładny widok jest wtedy). Ale dla dziecka sam fakt zejścia pod ziemię był bardzo ekscytujący. Chwilami było też strasznie (wąsko, no i mokro), ale młoda zaprawiła się w bojach i potem bez mrugnięcia okiem zjechała do kopalni (kiedyś wam o tym napiszę). Przejście trwało jakieś pół godziny, prawie tyle samo stało się w kolejce do wejścia 😉

Kiedy Hania z tatą poszli w stronę jaskini, ja z Hubim zrobiliśmy sobie mały piknik. Niestety nie trwał on długo. Kiedy oni byli już pod ziemią, my uciekaliśmy przed deszczem… Lało z dwie godziny 😉

* * *
Wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego jest płatny przez cały rok. Bilet normalny – 5 zł, ulgowy 2,5 zł, normalny 7-dniowy 25 zł, ulowy 7-dniowy 12,5 zł. Dzieci do lat 7 wstęp wolny.

Jaskinia Mroźna, zwiedzanie możliwe od maja do października, bilet kosztuje 4 zł (Hania weszła za darmo).

Zakopane dla dzieci

Jak już niektórzy z was wiedzą, pogoda w Zakopanem nas nie rozpieszczała. Poranki były super, ale ok. 13-14 zaczynało padać. Wieczory znowu były znośne, ale wszędzie było mokro, więc pozostawały spacery. Szczerze mówiąc, myślałam, że atrakcji na taką (nie)pogodę będzie w stolicy Tatr nieco więcej.

Pierwszy dzień poświęciliśmy na długi spacer – chyba ponad 3 godziny (dlatego jego koniec był pełen spazmów zmęczonych dzieci, w efekcie Hubi w chuście, Hania… w wózku, Tymon na rękach). Ruszyliśmy – a jakże – w stronę Krupówek i skoczni.

O Krupówkach najlepszego zdania nie miałam (nigdy tam nie byłam ;p) i przyznaję, że miałam rację 😉 Jestem nimi podwójnie zawiedziona, bo wydawało mi się, że będzie tam przynajmniej tak jakoś „góralsko”, a tu nic. Wiem, że byliśmy tam w tygodniu (z drugiej strony – w środku lipca, więc sezon jak nic). Na ulicy nie słyszałam góralskiej muzyki (byli za to jacyś grajkowie latino). Wydawało mi się, że Krupówki będą mi przypominały Monciak (za którym też nie przepadam, ale przynajmniej czuję tam jakiś klimat, nie mój, ale jednak…). Trochę się zawiodłam.

Potem poszliśmy zobaczyć skocznię 😉 Oczywiście jak to my pomyliliśmy drogę i skończyliśmy w lesie… Po krótkim odpoczynku dotarliśmy. Skocznia wrażenie zrobiła. Ale sił na wjechanie/wejscie na szczyt już nie mieliśmy 😉

Kolejnego dnia popołudniu padało tak, że nigdzie nie poszliśmy. Na szczęście dzieciaki zawsze świetnie się bawią 🙂

Kolejnego „podeszczowego” popołudnia wybraliśmy się do Muzeum Misiów (jedynej – oprócz placu zabaw i wystawy LEGO (o niej wkrótce będzie osobny post) – atrakcji dla dzieci poleconej nam w informacji turystycznej). No cóż, żeby nie było, że cały czas narzekam… były to dwa połączone ze sobą pomieszczenia. Był misiowy domek, książeczki, misiowe talerze (fajne), kilka gadżetów. Do tego misie – chyba dość przypadkowe. Hani półka z pluszakami z powodzeniem mogłaby służyć za podstawę muzeum. Dzieciom się podobało, a mężowie mieli powód do wieczornego podśmiewania się ze swoich żon 😉

Ostatnią poleconą nam atrakcją był plac zabaw (z serii modnych teraz drewnianych, czy wy też macie wrażenie, że one są wszędzie?). Duży, ogrodzony, pilnowany przez ochroniarza, bezpłatny. Niestety, nasze dzieci z niego nie skorzystały, bo padało. A jak nie padało to… było mokro po deszczu. Taki pechowy wyjazd był 😉

PS. Przy Krupówkach jest też domek do góry nogami, ale stwierdziliśmy, że jednak tam nie pójdziemy (zresztą tych domków jest teraz coraz więcej, będzie więc na pewno inna okazja ;P). No i sale zabaw sobie też odpuściliśmy i… pojechaliśmy na basen (klik) 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Muzeum Misiów, ul. Kościuszki 8, Zakopane, www.muzeummisiow.pl
Czynne codziennie od 10.00 do 19.00, Bilety: 10 i 8 zł (płaci się za nawet najmłodsze dzieci), gdy wchodzą 4 i więcej osób – 8 zł.

Ostatnie jesienne dni w górach

Mimo niezbyt ciekawych początków mieliśmy jednak prawdziwą złotą polską jesień. Cieszę się, że pomimo końcówki ciąży i innych okoliczności udało mi się choć raz zabrać Hanię w góry. W końcu jesienią jest tam najpiękniej (a najpiękniejsze z najpiękniejszych są Bieszczady – plan na kolejną jesień ;p).

Celem naszej wędrówki była, już nie pierwszy raz zresztą (klik), Koszarawa, mała miejscowość położona na granicy województw śląskiego i małopolskiego. Lubię tam jeździć, bo nie ma tam nic wspólnego z turystyką 🙂 Pustki latem i zimą, prawie zerowy ruch samochodowy, więc Hanka może samodzielnie biegać, ładne trasy spacerowe. No i nad wsią góruje Babia Góra, na którą z Hanką wciąż się nie wybraliśmy, ale plany – jak to zawsze u nas – są ambitne ;p

No cóż, na moich amatorskich zdjęciach ta jesień jakaś taka za zielona wyszła, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że wycieczka odbyła się w drugiej połowie października 😉

Hania przyjechała do Koszarawy ze swoim magicznym aparatem „na niby”. Zdjęcia robiła wszystkim i wszędzie (mamy już cały album zdjęć na niby i świetną zabawę z tego jak rodzina wybiera najpiękniejsze ujęcie ;p).

Hania, jako rasowy zbieracz, musiała oczywiście z każdego spaceru przynieść tonę liści, szyszek, kamieni (jak kiedyś będziemy robić skalniak to kamienie już są…) i kijów. Tak, kije są ważne, bo jak bolą nóżki to można się na nich wesprzeć. Możemy prowadzić ich wypożyczalnię 😉

Trzy pokolenia bab, a w tle – ledwo widoczna, ale jednak – Babia Góra (1 725 m n. p. m.).

Na trasie 😉

A na koniec – odpoczynek w liściach 🙂

PS. Jadąc do Koszarawy od strony Katowic można zatrzymać się w Żywcu (Hania była tam w… browarze – klik) lub Bielsku (klik). I w ten sposób ma się już super plan na weekend 😉

Kolejką na górę

Ostatni (jak się potem okazało) ciepły wrześniowy dzień spędziliśmy dla siebie dość nietypowo, bo w baaardzo tłocznym miejscu. Wraz z zaprzyjaźnioną rodzinką pojechaliśmy do Ustronia. Nie powiem żeby nie było chwil, że żałowałam tego dość spontanicznego posunięcia! No ale tłumy turystów nam nie straszne i dzień okazał się bardzo przyjemny. Gorzej było z powrotem – nie pamiętam kiedy o 19 stałam w korku… (normalnie jak na zakopiance ;p).

 Ustroń powitał nas przepiękną pogodą (dobrze, że profilaktycznie posmarowaliśmy się kremem na słońce;p), Czantoria – długą kolejką do kasy 😉 Na szczęście wszystko poszło dość sprawnie i już po kilkunastu minutach czekaliśmy na nasze krzesełko na górę.

Sama podróż na górę trwała tylko kilka minut (podobno 6, ale nie liczyłam ;p), ale dostarczyła Hani mnóstwo emocji. Nie była to jej pierwsza górska kolejka, ale wjeżdżając na Łomnicę lub Szyndzielnię nie była tego do końca świadoma 😉 Teraz to już duża dziewczyna, można jej było więc opowiedzieć co widzi. A widoki – jak to w Beskidach – były piękne! Wjechaliśmy na polanę Stokłosicę, na wysokość 851 m n. p. m. (krzesełka startują z wysokości 462 m).

Pamiątką po tej krótkiej podróży jest fotka – hurtowo produkują je i na szczycie, i u podnóża Czantorii. Skusiłam się na nią (8 zł), bo takie ujęcie mają chyba wszyscy w naszej rodzinie. Ostatnio, gdy szukałam starych zdjęć, znalazłam takie fotki z Czantorii:
– moich dziadków – i ze strony taty, i mamy
– moich rodziców
– mnie i mojego brata z rodzicami.
Wychodzi więc, że to takie kultowe miejsce zdjęciowe Ślązaków 😉 I to od lat, bo kolejką wjeżdża się na górę od 1967 r.

Na górze – tłumy!!! Niestety Czantoria jest na wyciągnięcie ręki nie tylko dla mieszkańców Rybnika,ale też całej aglomeracji… Łatwo dostępna (nawet trasa piesza jest dla dzieciaków jak najbardziej ok), z widokiem na Ustroń (m. in. słynne piramidy) i Beskidy. No ale przecież wiedzieliśmy na co się piszemy 😉

Trochę sobie pospacerowaliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć i „zaliczyliśmy” przygotowane dla dzieci atrakcje. Dzieciaki dostały też książeczkę z zadaniami i naklejkami – tematem przewodnim były oczywiście góry 🙂

Na samym szczycie Wielkiej Czantorii, znajdującym się już w Czechach, nie byliśmy. Zostawiamy go sobie na następne lato – wtedy wejdziemy tam już samodzielnie, a tylko zjedziemy kolejką. W końcu Hania będzie wtedy miała już 3,5 roku 😉

 W przypływie odwagi Hania zjechała z tatą w rurze! Letni tor saneczkowy na Czantorii ma aż 710 metrów długości. Różnica poziomów to ok. 50 m.Ja się zjechać nie odważyłam, mała wróciła baaaardzo zadowolona i podekscytowana 😉

Druga atrakcja była przyrodnicza. Mała sokolarnia mieści się tuż przy końcowym przystanku kolejki. Można w niej zobaczyć chyba kilkanaście ptaków drapieżnych – orła bielika, pustułki, myszołowy, sowy,a także mniej znane np. rarogi czy harrisy (ja przynajmniej pierwszy raz o nich słyszałam).

 Na koniec na Hanię czekała jeszcze jedna atrakcja – Wisła! Może nie było kąpieli, ale zamoczenie nóg w zimnej górskiej rzece i tak było super! Trochę czasu tam spędziliśmy, zresztą nie my jedni 😉

Informacje praktyczne:
Kolej Linowa Czantoria, ul. 3-go Maja 130, Ustroń, www.czantoria.net
Bilety: w jedną stronę- 14 zł, w dwie – 18 zł, dzieci do lat 4 bezpłatnie.

Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek: 8:30 – 16:30, weekendy i święta: 8:30 – 17:30

Letni Tor Saneczkowy, bilety: 6 zł, dwa zjazdy – 10 zł.
Sokolarnia: wstęp 5 zł, do lat 4 bezpłatnie.