Trójwieś – nasze miejsce w Beskidach. 10 powodów, dla których musisz tam przyjechać.

Trójwieś to zdecydowanie nasze ulubione miejsce w Beskidach. Jeździmy tam często i ostatnio bardzo się zdziwiłam kiedy okazało się, że na blogu Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa zbyt dużo nie ma (to co jest, przeczytacie tutaj). Trzeba to nadrobić! Przed wami nasz TOP 10 Beskidzkiej Trójwsi. Dodacie coś do naszej listy?

Wisła, coś więcej niż słynny deptak

Chyba nie ma osoby, która nie słyszała o Wiśle, przecież to chyba jedna z najpopularniejszych górskich miejscowości, co roku odwiedzana przez setki tysięcy turystów, w tym przede wszystkim rodzin. No właśnie… Ta popularność była jednym z powodów, przez które ja raczej „Perłę Beskidów” omijałam szerokim łukiem. Jakoś nie w głowie był mi spacer wiślańskim deptakiem czy zabawa z dziećmi w wiślańskim parku atrakcji. Zupełnie zapominałam, że atrakcje „zrobione” pod rodziny z dziećmi to tylko jedna z twarzy tej wypoczynkowe miejscowości. Dlatego, gdy dostaliśmy zaproszenie do Rezydencji Pod Ochorowiczówką, zawahałam się. Czy na pewno chcę jechać właśnie do Wisły? Po namyśle stwierdziliśmy, że pojedziemy, na wszelki wypadek już po sezonie. I co? I chyba tam wrócimy!

Żywiecczyzna bez smogu, w sam raz na ferie

Żywiecczyzna bez smogu? Okolice Żywca to jedne z najurokliwszych i – co dla mnie bardzo, bardzo ważne – najspokojniejszych rejonów województwa śląskiego. Niestety, Żywiec to też jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast w Polsce i Europie. Ma pecha i nasz Rybnik, a i mieszkańcy swoimi zwyczajami „ciepłowniczymi” nie ułatwiają wyjścia na prostą. Na szczęście wystarczy pojechać trochę wyżej, by cieszyć się czystym powietrzem, ciszą i – w tym roku wyjątkowo piękną – zimą. Szkoda tylko, że siedząc przed „naszą” Stefanówką w Ślemieniu na horyzoncie widzieliśmy czarną łunę…

Słowacki Liptov, atrakcje nie tylko dla dzieci

W nasze słowackie mini wakacje (wszak to ledwo 3 dni były) rodzinnie poznawaliśmy uroki regionu Liptov. Atrakcji jest tam tyle, że spokojnie można jechać na tydzień i więcej (sprawdzone przez znajomych). O Tatralandii i Besenovej już pisaliśmy. Dziś pokazujemy co jeszcze warto, a co koniecznie trzeba zobaczyć. Co ważne, wszystko kilkadziesiąt km od polskiej granicy, rzut beretem nie tylko ze Śląska!

Bielsko-Biała po raz enty, czyli słoneczny jesienny dzień na Szyndzielni

Bielsko-Biała to jedno z naszych ulubionych miast. Po raz kolejny byliśmy tam kilka tygodni temu. Podobno tamta niedziela miała być ostatnim tak ciepłym dniem w październiku. Jak się okazało – bzdura. Ostatni weekend też był boski. Dlatego jednak o Szyndzielni wam napiszę, może cały listopad będzie przepiękny!

Kozia Góra latem

Na Koziej już byliśmy (klik), korzystając z ostatnich ciepłych weekendów w zeszłym roku. Wtedy szliśmy żółtym szlakiem. Kolejny raz wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych naprawdę gorących dni, w czerwcowy długi weekend. Po cichu liczyliśmy, że wszyscy wyjechali na „czerwcówkę” i będą pustki. Faktycznie, takich tłumów jak ostatnio nie było i szło się bardzo fajnie 🙂 Tym razem wybraliśmy szlak zielony, biegnący obok dawnego toru saneczkowego. Był łagodniejszy niż żółty, wyznaczony na ok. godzinę marszu (nam zajęło to „trochę” więcej czasu). Kozia Góra nie jest wymagająca – szczyt ma wysokość 683 m n. p. m. To jedna kilku gór znajdujących się na terenie Bielska-Białej (tak, tak, prawdziwe miasto w górach 😉 ).

Jak zwykle zaparkowaliśmy przy Cygańskim Lesie, niedaleko bardzo lubianej nie tylko przez dzieciaki kawiarni Peron. Najpierw szliśmy przez park, potem przez las i dopiero po jakimś czasie (w naszym przypadku minęło chyba z pół godziny, bo – wiadomo – każdy kamień jest wart zobaczenia).

W końcu doszliśmy na początek szlaku i… trzeba było odpocząć i się posilić 😉

Atrakcją zielonego szlaku jest stary tor saneczkowy, a raczej to, co z niego zostało. Jego początki sięgają 1899 r. Potem go rozbudowywano, by w 1952 r. stał się największym (!) naturalnym torem saneczkowym w Europie. Liczył 2,2 km długości, a na jego trasie było aż 30 wiraży! Niestety potem zmieniły się międzynarodowe przepisy i bielski tor przestał spełniać normy. Najpierw podzielono o na krótsze części (był za długi), potem został zaniedbany i dziś już nikt nim nie pojedzie. Smutne to strasznie, bo mogłaby to być nie lada atrakcja (nie mówiąc już o bazie sportowej miasta).

Ponad 1,5 godziny Hania maszerowała sama. W końcu nastała jednak krytyczna chwila – kiedy Kamil pochwalił dzielną Hanię za wytrwałość, ta nagle opadała z sił… Po ocuceniu MUSIAŁA już wskoczyć na barana i tak dotarła na szczyt Koziej Góry 😉

Przy schronisku, zwanym popularnie Stefanką, nale odzyskała siły. Podejrzewamy, że to za sprawą widoku dzieci brykających na placu zabaw 😉 Był więc mały regeneracyjny posiłek (już się nie łudziliśmy, że kupimy coś w schronisku, czas oczekiwania w kolejce, a potem na zamówienie jest naprawdę długi).

Drewniany plac zabaw jest naprawdę fajną nagrodą za zdobycie szczytu. Dzieciaki się wybiegały (Hubo potem nad wyraz spokojnie siedział w chuście 😉 ) i ruszyliśmy w drogę powrotną. 

Wracaliśmy dziwną trasą (w zasadzie chyba trochę skracaliśmy i zbaczaliśmy z trasy), mniej ciekawą niestety. Tym razem był już sam marsz, bo Hubo na stałe wylądował na plecach (Hani miś też, a co 😉 ). Szliśmy szybko, bo – po pierwsze – umówieni byliśmy z Kasią z Vanilla Island (polecam bardzo zobaczenie pięknych zdjęć), a po drugie – obiecaliśmy sobie słodką nagrodę za zdobycie pierwszego w tym sezonie szczytu 🙂

Wisła – siła płynie z gór

Wisła to jedna z najbardziej znanych beskidzkich miejscowości. Nie trzeba jakiejś specjalnej okazji, by były tam tłumy. One są tam zawsze, dlatego miejscowość ta nie należy do moich ulubionych (choć jest uważana za jedną z lepszych propozycji dla rodzin z dziećmi). Ty większe było zdziwienie moich znajomych, gdy dowiadywali się, że właśnie w Wiśle będziemy w weekend, w dodatku w długi weekend (wiecie, gdzie pojechała połowa śląskiej metropolii? 😉 ). Tak! Przyznaję! 2 dni długiego czerwcowego weekendu spędziłam w najpopularniejszej i chyba najbardziej skomercjalizowanej miejscowości w okolicy. Nie do końca był to mój wybór, bo pierwszy dzień upłynął mi na „czynnościach służbowych” – właśnie w Wiśle organizowaliśmy X Festiwal „Śląskie Smaki” (mam nadzieję, że ktoś z was się skusił i wpadł choć na chwilę). Tym, którzy nie byli pokażę tylko dania, które wygrały konkurs kulinarny 😉 

fot. https://www.facebook.com/SlaskieSmaki, arch. Śląskiej Organizacji Turystycznej

A jak się powiedziało A, to potem było łatwiej i zostaliśmy, szczególnie, że spać było gdzie 😉


Staraliśmy się być jak najdalej od wiślańskiego deptaka, na którym skupia się życie tego turystycznego miasteczka. Właśnie tam przebywa zdecydowana większość turystów. My też go przeszliśmy, ale tylko po to, by dojść do Amfiteatru. Dzień wcześniej dzieciaki były zachwycone (nie tylko one) występem Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny. Tym razem same dały popis na scenie 🙂

Poznały też samego Hadynę, założyciela zespołu Śląsk i patrona wiślańskiego Amfiteatru.

Po występach poszliśmy nad Wisłę – dzieci, by się potaplać w rzece, ja – żeby w końcu na żywo zobaczyć dość często komentowane wiślańskie miniatury. Tuż obok jest plac zabaw i ścianka wspinaczkowa, ale  tym atrakcjom podziękowaliśmy (było z 30 stopni…).

Bardzo długo oglądaliśmy miniatury kilkunastu wzniesionych nad rzeką Wisłą, m. in. Wawelu, Zamku Królewskiego w Warszawie, Zamek w Sandomierzu, Pałac w Puławach czy gdański Żuraw. Faktycznie – są inne i przyciągają uwagę. Mnie nie zachwyciły, dzieciom podobały się bardzo (- Mamo! a jak one się świecą! (w słońcu się mieniły ;p).

Jednak jeszcze bardziej podobało im się nad wodą, pomimo tego, że była lodowata (myślę, że prawie 30 stopni też zrobiło swoje). Niestety w centrum Wisły nie ma najlepszego zejścia do… Wisły, musieliśmy więc cały czas być w wodzie z Hanką i Hubem. Zeszliśmy dość stromym brzegiem i potem spacerowaliśmy przy wodnym uskoku. Radości było co niemiara, szczególnie, gdy obiecaliśmy, że za chwilę pojedziemy trochę dalej, w jedno z miejsc, w którym bez problemu można wejść do płytkiej wody i brodzić ile się chce.

Upał i wszechobecne tłumy (jak to w Wiśle) sprawiły, że bardzo szybko postanowiliśmy pojechać gdzieś dalej (a właściwie bliżej – domu). By naszemu komercyjnemu weekendowi było za dość poszliśmy jeszcze na gofry i góralskie zakupy – Hania nabyła spódnicę, ja koszulkę, a Hubo drewniany gwizdek (Kamil – jak zawsze – obszedł się smakiem 😉 ). 

Już jechaliśmy nad wodę, ale… dzieciaki zaraz po ruszeniu z miejsca zasnęły… No to pojechaliśmy do domu (przynajmniej ominęły nas długoweekendowe korki), odpocząć po 3 intensywnie spędzonych dniach 😉
* * * 
PS. Oczywiście pokazałam dzieciom też czekoladowego Małysza, który chyba już trochę w Wiśle jest zapomniany, a szkoda (ten prawdziwy, czekoladowy nadal cieszy się dużą popularnością wśród turystów, nie tylko tych z dziećmi). Swoją drogą… zawsze dziwił mnie ten pomysł, a Was?