Góra św. Anny i Olszowa, czyli jednodniowa wycieczka na Opolszczyznę

Jadąc autostradą w stronę Opola, Wrocławia i dalej pewnie nieraz się zastanawialiście co to za wzniesienie góruje na horyzoncie. To góra św. Anny. Dla jednych miejsce kultu, do którego co roku pielgrzymują tysiące pątników. Dla innych cel pełnych podjazdów rowerowych rajz (oj chciałabym kiedyś mieć siłę tam wjechać). Dla nas, od niedawna, to także świetne miejsce na kilkugodzinną wycieczkę z naturą w tle. Do tego z ekscytującą (nie tylko dla dzieci) wisienką na torcie! Idźmy jednak po kolei.

Deszczowa św. Anna

Miało być o wczorajszym upalno-burzowym dniu, ale przypomniało mi się, że mieliśmy mała wycieczkę w deszczowy dzień. Na szczęście nie padało aż tak mocno jak dziś, ale jednak 😉 Wracając z ostatniego weekendu na Opolszczyźnie „zahaczyliśmy” o Górę św. Anny. Zawsze widać ją z autostrady i zawsze sobie obiecywaliśmy, że wstąpimy (nie ma zjazdu, więc trzeba o tym pomyśleć trochę wcześniej). Tym razem pamiętaliśmy – przyjechaliśmy, przeszliśmy kawałek i zaczęło padać 😉 Dobrze, że nasz krótki spacer był tylko przy okazji powrotu do domu 😉

Droga na św. Annę jest cała w wiśniach (czy czereśniach? nigdy nie wiem 😉 ).

My byliśmy jak zwykle samochodem, ale słynna Anaberg jest rejem dla rowerzystów. Kiedy w końcu dorobimy się a) rowerów, b) odpowiedniej kondycji, c) wszystkich dzieci w wieku odpowiednim do jeżdżenia to te kilkadziesiąt km z Rybnika pokonamy i na rowerach 😉

Góra św. Anny znana jest z dwóch rzeczy – sanktuarium, którego historia sięga XV w. i amfiteatru.  

W otaczającym klasztor parku można pospacerować, choć niestety nie wszędzie dojedzie się wózkiem.

W parku rozmieszczone są stacje drogi krzyżowej – jest to częste miejsce pielgrzymek mieszkańców Śląska.

Kilkaset metrów dalej znajduje się kamienny amfiteatr wzniesiony w latach 30. XX w. Kiedyś wznosił się przy nim pomnik poświęcony niemieckim ofiarom III Powstania Śląskiego, dziś jest tam tablica upamiętniająca czyn powstańczy.

Do amfiteatru prowadzą schody, więc poszłyśmy z Hanią same (tata z Hubciem pojechali po samochód, bo już zaczynało padać). Gdyby pogoda pozwoliła pochodziłybyśmy jeszcze po lesie w poszukiwaniu przygód. Tym razem musiała wystarczyć szybka przebieżka po kamiennej budowli.

Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej było może i chłodno, ale słonecznie 😉

Jeśli ktoś z was chciałaby w okolicach Grodkowa wybrać się na maki to mam złą wiadomość – Hania wszystko wyzbierała 😉

Były dla taty 😉