Sanatorium z dziećmi – czy to jest do przeżycia?

Nie napiszę, że trzy tygodnie w sanatorium Cegielski w Dąbkach minęły jak z bicza strzelił. Kto sam był gdziekolwiek z dwójką dzieci i tak by mi nie uwierzył 😉 Nie napiszę też, że pogoda nas rozpieszczała, bo tak nie było. Początek był bardzo obiecujący, jak się rozochociliśmy to zaczęło padać… Na szczęście częściej padało przed południem, kiedy akurat mieliśmy sporo zajęć. Po obiedzie było już zazwyczaj lepiej. Jak już wychodziło słońce to plaża była po prostu boska (to co, że wiatr urywał głowy, w sumie przy wietrze jest więcej jodu w powietrzu, a po niego przyjechaliśmy). Do tego w samym sanatorium dzieci miały naprawdę dużo zajęć, nawet kiedy padało nie było więc tragedii. Patrząc z perspektywy naszego poprzedniego pobytu w sanatorium, w sanatorium Susmed, w Cegielskim animacje były dużo lepiej zorganizowane. Dzieci nie miały prawa się nudzić. Po publikacji artykułu o sanatorium dostałam wiele pytań o nasz pobyt i warunki w sanatorium. No to teraz czas na odpowiedzi.

Sanatorium dla dzieci, czyli nasza kolejna ucieczka od smogu

Sanatorium dla dzieci, czy to w ogóle ma sens? Jak to załatwić? Czy dzieci muszą być bardzo chore, by z takiego pobytu w ogóle móc skorzystać? W końcu – ile to wszystko kosztuje. Od kiedy napisałam na Facebooku, że jedziemy do Dąbek się jodować, w dodatku już po raz drugi, zostałam wręcz zasypana pytaniami. Stąd ten wpis, teraz już wszystko będzie jasne.

Sanatoryjna wyprawa

Życie w sanatorium jest dość monotonne. Szczególnie po sezonie. Nawet gdybym chciała na potęgę wydawać pieniądze to nie miałam gdzie 😉 W wolną od zabiegów Hani niedzielę wybraliśmy się „do miasta”. 

Darłowo – bo o nim mowa – jest od Dąbek oddalone o niecałe 10 km. W zasadzie poza sezonem i tam nie ma nic ciekawego (oprócz plaży i jodu oczywiście). Naszym celem była latarnia morska. Miałyśmy z Hanią nadzieję na piękny widok na całą okolicę (prognozy pogody jak na listopad były bardzo optymistyczne). No cóż, prognozy pogody się nie sprawdziły, a latarnia była zamknięta 😉 Ale wycieczka i tak była udana, szczególnie, że sanatoryjna koleżanka Hani przeżyła swój autobusowy debiut 😉

Najpierw lokalnym PKS-em (pozdrawiamy niezwykle miłego i pomocnego Pana Kierowcę, szkoda, że jego kolega po fachu z prywatnej linii był już zupełnie inny…) dojechałyśmy do Darłowa. Z dworca ruszyliśmy w stronę centrum. Przeszliśmy obok (oczywiście zamkniętego ;p) Muzeum Książąt Pomorskich, minęliśmy rzekę, przy której cumowały stateczki, którymi w sezonie popłynęlibyśmy do latarni. Tym razem musieliśmy się przejechać busem.

W drodze na przystanek minęliśmy darłowski rynek.

Po krótkim spacerze do kolejnego przystanku (w zasadzie do sygnalizującego go znaku, prawie go minęliśmy), skąd busik (kursował co godzinę, to jakiś ewenement, bo w końcu było po sezonie ;p) zabrał nas już do samego Darłówka (swoją drogą nie wiedziałam, że Darłówko jest dzielnicą Darłowa). Po przejściu przez bulwar (zgadnijcie – czy coś było tam otwarte? ;p). Przez zwodzony most (matko, ile było pytań…) przeszliśmy do latarni.

Niepozornej,  niskiej (jedna z najniższych na polskim wybrzeżu, ma 22 metry wysokości i zasięg 15 mil morskich), w końcu… zamkniętej 😉

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć (i zjedzeniu pierwszej porcji wycieczkowych owoców) poszliśmy „w morze”. 


Po drodze zobaczyliśmy Xavera, czyli… 5-tonowy (!) betonowy blok, który w 2013 r., w trakcie grudniowego sztormu, morze wyrzuciło na falochron. Niesamowite!

Spacer był krótki – było dość chłodno i wietrznie, Hubi zasnął, busik czekał. Z Dąbek wyjechaliśmy po śniadaniu, wróciliśmy dokładnie na obiad. Wycieczka krótka, ale wrażeń było sporo. Powtórzymy ją jeszcze kiedyś, w sezonie, jak będzie cieplej 😉

Dąbki po sezonie

Kurorty po sezonie… hmmm… no za dużo się tam nie dzieje. Nam to nie przeszkadzało, bo nie po atrakcje do Dąbek jechaliśmy, my raczej po jod. A jego (podobno, nie widziałam) było pod dostatkiem. Do tego ta pogoda. Przyznaję, że gdyby przed wyjazdem ktoś mi powiedział, że w listopadzie zdarzy mi się spacerować po plaży w… samym swetrze to bym go wyśmiała. A tu taka niespodzianka.