Kozia Góra latem

Na Koziej już byliśmy (klik), korzystając z ostatnich ciepłych weekendów w zeszłym roku. Wtedy szliśmy żółtym szlakiem. Kolejny raz wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych naprawdę gorących dni, w czerwcowy długi weekend. Po cichu liczyliśmy, że wszyscy wyjechali na „czerwcówkę” i będą pustki. Faktycznie, takich tłumów jak ostatnio nie było i szło się bardzo fajnie 🙂 Tym razem wybraliśmy szlak zielony, biegnący obok dawnego toru saneczkowego. Był łagodniejszy niż żółty, wyznaczony na ok. godzinę marszu (nam zajęło to „trochę” więcej czasu). Kozia Góra nie jest wymagająca – szczyt ma wysokość 683 m n. p. m. To jedna kilku gór znajdujących się na terenie Bielska-Białej (tak, tak, prawdziwe miasto w górach 😉 ).

Jak zwykle zaparkowaliśmy przy Cygańskim Lesie, niedaleko bardzo lubianej nie tylko przez dzieciaki kawiarni Peron. Najpierw szliśmy przez park, potem przez las i dopiero po jakimś czasie (w naszym przypadku minęło chyba z pół godziny, bo – wiadomo – każdy kamień jest wart zobaczenia).

W końcu doszliśmy na początek szlaku i… trzeba było odpocząć i się posilić 😉

Atrakcją zielonego szlaku jest stary tor saneczkowy, a raczej to, co z niego zostało. Jego początki sięgają 1899 r. Potem go rozbudowywano, by w 1952 r. stał się największym (!) naturalnym torem saneczkowym w Europie. Liczył 2,2 km długości, a na jego trasie było aż 30 wiraży! Niestety potem zmieniły się międzynarodowe przepisy i bielski tor przestał spełniać normy. Najpierw podzielono o na krótsze części (był za długi), potem został zaniedbany i dziś już nikt nim nie pojedzie. Smutne to strasznie, bo mogłaby to być nie lada atrakcja (nie mówiąc już o bazie sportowej miasta).

Ponad 1,5 godziny Hania maszerowała sama. W końcu nastała jednak krytyczna chwila – kiedy Kamil pochwalił dzielną Hanię za wytrwałość, ta nagle opadała z sił… Po ocuceniu MUSIAŁA już wskoczyć na barana i tak dotarła na szczyt Koziej Góry 😉

Przy schronisku, zwanym popularnie Stefanką, nale odzyskała siły. Podejrzewamy, że to za sprawą widoku dzieci brykających na placu zabaw 😉 Był więc mały regeneracyjny posiłek (już się nie łudziliśmy, że kupimy coś w schronisku, czas oczekiwania w kolejce, a potem na zamówienie jest naprawdę długi).

Drewniany plac zabaw jest naprawdę fajną nagrodą za zdobycie szczytu. Dzieciaki się wybiegały (Hubo potem nad wyraz spokojnie siedział w chuście 😉 ) i ruszyliśmy w drogę powrotną. 

Wracaliśmy dziwną trasą (w zasadzie chyba trochę skracaliśmy i zbaczaliśmy z trasy), mniej ciekawą niestety. Tym razem był już sam marsz, bo Hubo na stałe wylądował na plecach (Hani miś też, a co 😉 ). Szliśmy szybko, bo – po pierwsze – umówieni byliśmy z Kasią z Vanilla Island (polecam bardzo zobaczenie pięknych zdjęć), a po drugie – obiecaliśmy sobie słodką nagrodę za zdobycie pierwszego w tym sezonie szczytu 🙂

Spacerkiem po Bielsku

Bielsko-Biała – miasto nie bez powodu zwane małym Wiedniem (także Manchesterem, ale chyba tamtejsza architektura jest bardziej znana niż przemysł włókienniczy ;p). Jest przepięknie położone wśród gór (Hania „zaliczyła” dwa tamtejsze szczyty – Szyndzielnię i ostatnio Kozią Górę). Jest tam świetny teatr, jest Studio Filmów Rysunkowych, które mam nadzieję za niedługo zwiedzimy (do dziś mam folie z Bolkiem i Lolkiem przywiezione z wycieczki z podstawówki). Ale i tak wszyscy wiedzą, że do Bielska jeździ się… przytulić Reksia 😉

…i jeszcze Bolka i Lolka 😉

Główny cel został osiągnięty po krótkim spacerze, nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wyciągnęła rodziny na trochę dłuższą wędrówkę 😉 Szliśmy obok ratusza, który Hania dobrze już znała, bo przy nim odbywały się „moje” Śląskie Smaki (klik).

Potem przechodziliśmy obok górującego nad jedną z głównych bielskich ulic zamku Sułkowskich.

Przy zamku zachowały się resztki murów obronnych, gdy je minęliśmy naszym oczom ukazały się kamienice i rynek.

Rynek nie jest w centrum miejskiego życia Bielska, toczy się ono raczej przy wielu tamtejszych centrach handlowych (nie wiem czy nadal jest to aktualne, ale kilka lat temu na mieszkańca Bielska przypadała największa w Polsce powierzchnia handlowa ;p). Pomimo tego jest tam dość przyjemnie 😉

Potem nastąpił w tył zwrot i wróciliśmy do samochodu, bo Hubi już się niecierpliwił. Jak na pierwszą wizytę w Bielsku wystarczy (kolejna jeszcze w tym roku, bo BB jest pięknie oświetlone w czasie świąt).

Hania poleca… PERON

Tak, Peron. W Bielsku. Taką kawiarnię z salą zabaw odkryliśmy i na pewno do niej wrócimy (Hania ma obiecaną godzinkę w sali zabaw, a ja znowu chcę latte z chili ;p). A wszystko przez zupełny przypadek, bo na Kozią Górę zamiast planowaną trasą z Błoni wchodziliśmy z Cygańskiego Lasu. Kawiarnia położona jest tuż przy lesie, jest więc idealnym miejscem na odpoczynek „po trasie”.

Kolejowe odniesienia są wszędzie 😉 Kto będzie w Peronie z pewnością z uśmiechem spojrzy np. na tamtejsze menu.

Wystrój knajpy też mi się podobał. W ciepłe dni można się gościć też na przylegającym do kawiarni tarasie. My tym razem byliśmy w środku, bo tylko tam były miejca (akurat trafiliśmy na „Weekend za pół ceny”, ruch był spory, w dodatku właściciele chyba się go nie spodziewali, bo wielu pozycji z menu już nie było).

Przygotowywanie dań można podpatrywać. Hania sama wybrała sobie owoce na sok 😉

Na parterze budynku jest sala zabaw. Całkiem fajna i przyjemna. Na pewno do niej wrócimy.

Z sali zabaw tym razem nie skorzystaliśmy, była tak piękna pogoda, że wybraliśmy malutki plac zabaw, który jest tuż przy kawiarni 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Kawiarnia i sala zabaw „Peron”, ul. Olszówka 27 A, Bielsko-Biała
Cennik sali zabaw: 8 zł/h w tygodniu, 10 zł/h w weekendy.

Bielsko zimą

Zima znowu wróciła do Rybnika. W górach jest cały czas, a że w województwie śląskim trwają ferie to dziś napiszę o Bielsku-Białej (właśnie kończy się ich pierwszy tydzień). Jest w sam raz na jednodniowe wycieczki mieszkańców moich okolic (a tych, którzy mieszkają dalej, zapraszam tam co najmniej na weekend, atrakcji jest sporo;p). Do Bielska jechaliśmy prosto z Istebnej (więcej o tym wyjeździe było tu), droga była baaardzo daleka i męcząca 😉

Pod koniec marca przed kolejką na Szyndzielnię nie było tłumów. Więcej… nie było nikogo 😉


Kolejka nie zrobiła na Hani najmniejszego wrażenia. Podczas jazdy na górę (z poziomu 509,72 m n.p.m. na wysokość 958,85 m. n.p.m.), która trwała chyba niecałe 10 minut dziecko… zasnęło. Gdyby pogoda była lepsza z wagoniku zobaczylibyśmy piękną panoramę Bielska i Beskidów. No ale pogoda była, jaka była – po piękne widoki trzeba będzie jeszcze kiedyś wrócić 🙂

Może i dobrze, że Hania zasnęła, bo dzięki temu spokojnie mogliśmy sobie podejść pod schronisko. Nawet nie pół godzinki marszu w górę i byliśmy na miejscu. Schronisko jest piękne, najstarsze w Beskidach (wybudowano je w 1897 r.). Na pewno kiedyś Hania będzie tam spała – poczekamy aż będzie na tyle duża, żeby nie trzeba było jej nosić ;P

Schronisko jest świetną bazą wypadową na szczyt Szyndzielni (1 028 m n.p.m.), sąsiednie szczyty m. in. Klimczok czy Błatnią a nawet do pobliskich miejscowości – Szczyrku czy Brennej.

Na miejscu my pooglądaliśmy sobie widoki, a nieliczni inni turyści pooglądali sobie Hanię i naszą chustę (to był standard;p).

Dla upamiętnienia pierwszego zdobytego szczytu Hania dostała pamiątkowy dyplom. Uroczystego potwierdzenia dokumentu dokonała pani bufetowa 🙂

Rodzice wypili herbatkę, młoda dostała cycka i… zarządziliśmy odwrót – na dół zjechaliśmy też wagonikiem kolejki.

I to był pierwszy szczyt Hani – „weszła” na niego, mając ok. 5 miesięcy 🙂 Potem było już tylko lepiej – była w Bieszczadach i Tatrach 🙂 W tym roku – zapewniam – będzie ciąg dalszy 🙂

Informacje praktyczne:
Kolej linowa na Szyndzielnię, Al. Armii Krajowej 366, Bielsko-Biała, www.kolej-szyndzielnia.pl
Bilety: w jedną stronę 15 i 12 zł, w dwie strony – 20 i 15 zł, dzieci do lat 4 bezpłatnie.
Godziny otwarcia (odjazd kolejki co pół godziny lub – w sezonie – częściej):
– maj-sierpień: pn. 10.00-19.30, wt-niedz. 9.00-19.30
– wrzesień-kwiecień: pn. 10.00-17.30, wt-niedz. 9.00-17.30

Schronisko PTTK Szyndzielnia, www.szyndzielnia.com.pl