Wisła, coś więcej niż słynny deptak

Chyba nie ma osoby, która nie słyszała o Wiśle, przecież to chyba jedna z najpopularniejszych górskich miejscowości, co roku odwiedzana przez setki tysięcy turystów, w tym przede wszystkim rodzin. No właśnie… Ta popularność była jednym z powodów, przez które ja raczej „Perłę Beskidów” omijałam szerokim łukiem. Jakoś nie w głowie był mi spacer wiślańskim deptakiem czy zabawa z dziećmi w wiślańskim parku atrakcji. Zupełnie zapominałam, że atrakcje „zrobione” pod rodziny z dziećmi to tylko jedna z twarzy tej wypoczynkowe miejscowości. Dlatego, gdy dostaliśmy zaproszenie do Rezydencji Pod Ochorowiczówką, zawahałam się. Czy na pewno chcę jechać właśnie do Wisły? Po namyśle stwierdziliśmy, że pojedziemy, na wszelki wypadek już po sezonie. I co? I chyba tam wrócimy!

Agropark Dworek pod Lipą, nasza baza wypadowa na Kielecczyznę

Okolice Kielc są świetnym terenem na rodzinne wyprawy. My odwiedziliśmy je trzeci raz, w tym drugi raz nocowaliśmy w Agroparku Dworek pod Lipą. W zeszłym roku byliśmy tam pod namiotem i pojechaliśmy do Pacanowa. W tym roku spędziliśmy tam 3 najgorętsze dni sierpnia (trzeba mieć nasze szczęście), na szczęście nie pod namiotem, a w pokoju. I wiecie co? Za rok znów tam wrócimy, a to chyba najlepsza rekomendacja, prawda?

Żywiecczyzna bez smogu, w sam raz na ferie

Żywiecczyzna bez smogu? Okolice Żywca to jedne z najurokliwszych i – co dla mnie bardzo, bardzo ważne – najspokojniejszych rejonów województwa śląskiego. Niestety, Żywiec to też jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast w Polsce i Europie. Ma pecha i nasz Rybnik, a i mieszkańcy swoimi zwyczajami „ciepłowniczymi” nie ułatwiają wyjścia na prostą. Na szczęście wystarczy pojechać trochę wyżej, by cieszyć się czystym powietrzem, ciszą i – w tym roku wyjątkowo piękną – zimą. Szkoda tylko, że siedząc przed „naszą” Stefanówką w Ślemieniu na horyzoncie widzieliśmy czarną łunę…

Półwysep Helski zimą

Półwysep Helski zimą? W styczniu? Przecież tam wtedy wszystko jest pozamykane. Hula wiatr. Pustka. Tak! Właśnie dlatego tam pojechaliśmy w naszą pierwszą podróż w 2017 r. Wyjazd był mega spontaniczny. Wszystko przez rybnicko-katowicki smog, o  którym jest ostatnio głośno. Kiedy siedząc w pracy, w biurze na 18 piętrze, widziałam… właśnie nic nie widziałam, kompletnie nic, miarka się przebrała. To był poniedziałek, a my we wtorek późnym wieczorem wyruszaliśmy w drogę do Kuźnicy. Po czyste powietrze i spokój. Znaleźliśmy tam i jedno, i drugie. I jeszcze piękne widoki.

Bielsko-Biała po raz enty, czyli słoneczny jesienny dzień na Szyndzielni

Bielsko-Biała to jedno z naszych ulubionych miast. Po raz kolejny byliśmy tam kilka tygodni temu. Podobno tamta niedziela miała być ostatnim tak ciepłym dniem w październiku. Jak się okazało – bzdura. Ostatni weekend też był boski. Dlatego jednak o Szyndzielni wam napiszę, może cały listopad będzie przepiękny!

Kozia Góra latem

Na Koziej już byliśmy (klik), korzystając z ostatnich ciepłych weekendów w zeszłym roku. Wtedy szliśmy żółtym szlakiem. Kolejny raz wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych naprawdę gorących dni, w czerwcowy długi weekend. Po cichu liczyliśmy, że wszyscy wyjechali na „czerwcówkę” i będą pustki. Faktycznie, takich tłumów jak ostatnio nie było i szło się bardzo fajnie 🙂 Tym razem wybraliśmy szlak zielony, biegnący obok dawnego toru saneczkowego. Był łagodniejszy niż żółty, wyznaczony na ok. godzinę marszu (nam zajęło to „trochę” więcej czasu). Kozia Góra nie jest wymagająca – szczyt ma wysokość 683 m n. p. m. To jedna kilku gór znajdujących się na terenie Bielska-Białej (tak, tak, prawdziwe miasto w górach 😉 ).

Jak zwykle zaparkowaliśmy przy Cygańskim Lesie, niedaleko bardzo lubianej nie tylko przez dzieciaki kawiarni Peron. Najpierw szliśmy przez park, potem przez las i dopiero po jakimś czasie (w naszym przypadku minęło chyba z pół godziny, bo – wiadomo – każdy kamień jest wart zobaczenia).

W końcu doszliśmy na początek szlaku i… trzeba było odpocząć i się posilić 😉

Atrakcją zielonego szlaku jest stary tor saneczkowy, a raczej to, co z niego zostało. Jego początki sięgają 1899 r. Potem go rozbudowywano, by w 1952 r. stał się największym (!) naturalnym torem saneczkowym w Europie. Liczył 2,2 km długości, a na jego trasie było aż 30 wiraży! Niestety potem zmieniły się międzynarodowe przepisy i bielski tor przestał spełniać normy. Najpierw podzielono o na krótsze części (był za długi), potem został zaniedbany i dziś już nikt nim nie pojedzie. Smutne to strasznie, bo mogłaby to być nie lada atrakcja (nie mówiąc już o bazie sportowej miasta).

Ponad 1,5 godziny Hania maszerowała sama. W końcu nastała jednak krytyczna chwila – kiedy Kamil pochwalił dzielną Hanię za wytrwałość, ta nagle opadała z sił… Po ocuceniu MUSIAŁA już wskoczyć na barana i tak dotarła na szczyt Koziej Góry 😉

Przy schronisku, zwanym popularnie Stefanką, nale odzyskała siły. Podejrzewamy, że to za sprawą widoku dzieci brykających na placu zabaw 😉 Był więc mały regeneracyjny posiłek (już się nie łudziliśmy, że kupimy coś w schronisku, czas oczekiwania w kolejce, a potem na zamówienie jest naprawdę długi).

Drewniany plac zabaw jest naprawdę fajną nagrodą za zdobycie szczytu. Dzieciaki się wybiegały (Hubo potem nad wyraz spokojnie siedział w chuście 😉 ) i ruszyliśmy w drogę powrotną. 

Wracaliśmy dziwną trasą (w zasadzie chyba trochę skracaliśmy i zbaczaliśmy z trasy), mniej ciekawą niestety. Tym razem był już sam marsz, bo Hubo na stałe wylądował na plecach (Hani miś też, a co 😉 ). Szliśmy szybko, bo – po pierwsze – umówieni byliśmy z Kasią z Vanilla Island (polecam bardzo zobaczenie pięknych zdjęć), a po drugie – obiecaliśmy sobie słodką nagrodę za zdobycie pierwszego w tym sezonie szczytu 🙂

Hanna studentka!

Hania jest studentką! Serio!!! Od niedawna w Rybniku działa Dziecięcy Uniwersytet Przyrodniczy. Z inicjatywy ukochanej przez nasze dzieciaki (kto zna ten doskonale wie, kto w tym mieście jest autorytetem ;p) Pani Ani, Hanula i inne dzieciaki poznają tajniki przyrody. 

Zajęcia są w Rybniku, ale też poza nim. Całkiem niedawno Hania wyruszyła w swoją PIERWSZĄ SAMODZIELNĄ (czyt. bez mamy i taty, a nawet Huba!) podróż. Wielkim autobusem pojechała do Mikołowa. Dobra, nawet nie 50 km, ale przeżywała, a ja na parkingu prawie się popłakałam, że mi córka odjeżdża. A Hubo wrzeszczał, że… on nie jedzie z nią 😉


Wraz z innymi rodzicami pognaliśmy w samochodowy pościg za uniwersyteckim busem. Na miejscu dzieci jednak nie zwróciły na nas większej uwagi… Pobiegły na zajęcia – do lasu, a potem do Śląskiego Ogrodu Botanicznego (który Hania doskonale zna – klik). Wróciły po chyba 3 godzinach… 


Do końca nie wiem co w tym lesie wyprawiali, relacje Hanki są szczątkowe, a ze zdjęć wszystkiego tez się nie dowiem. Wiem jednak, że dzieciaki były zachwycone.




Dwa tygodnie później był wyjazd do Katowic, do uniwersyteckiego laboratorium. Było jeszcze poważniej – rodzice mieli zostać w Rybniku. I tu pojawił się problem, bo Hanka przed odjazdem urządziła taką scenę, że… została z tatą na parkingu. Następne zajęcia były w Rybniku, ale… również nastąpił ich bojkot. Mam nadzieję, że wkrótce Hanula za swoim uniwersytetem zatęskni, bo na dzieciaki czeka kilka naprawdę ciekawych zajęć. No i najważniejsze – wycieczka w góry (z rodzicami, żeby nie było aż tak ekstremalnie).

* * *
A po co to piszę? Może i w waszych miejscowościach są takie świetne inicjatywy? Szukajcie ich, bo naprawdę warto! 🙂 Jeśli jesteście z Rybnika i okolic i nie załapaliście się na ten semestr, nic straconego. Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy – we wrześniu ruszy kolejna tura zajęć! 😉 Więcej o Uniwersytecie znajdziecie na Fb.