O wyższości morza nad górami…

Tak, to ja napisałam ten tytuł! Pomimo tego, że jestem zadeklarowaną fanką turystyki górskiej i stojąc przed wyborem góry/morze zawsze wybiorę te pierwsze, jest jedna rzecz, którą woda wygrywa – to zachód słońca (wschód teoretycznie też, ale nigdy nie miałam siły wstać i samodzielnie się o tym przekonać :)). W Białogórze zachody słońca „zaliczyliśmy” dwa. Była też trzecia wyprawa, ale… się spóźniliśmy ;p
Nie będę dużo pisała (zauważyłam, że mam ku temu dość dużą tendencję), akurat w tym wpisie wystarczą zdjęcia 🙂
Tak było pięknie:

Wakacje nad morzem

To był najdłuższy wyjazd Hani – w sumie poza domem była aż 20 dni! Pomimo tego, nad samym morzem była dni 16… Jakim cudem? Oczywiście wszystko przez przystanki w podróży :). Tym razem czekał ją nocleg w Poznaniu (a właściwie w Komornikach pod Poznaniem), a w drodze powrotnej 2 dni pod Częstochową u dziadków. Nieskromnie powiem, że wyjazd był super. Pomimo tego, że nie jesteśmy wielbicielami morza, odpoczęliśmy jak nigdy.

Urlop spędziliśmy w miejscowości idealnej dla rodzin z małymi dziećmi. Gdybym miała określić ją jednym słowem, chyba byłoby to słowo „dziura”. I w pełni nam to odpowiadała. Napiszę wręcz więcej – do Białogóry na pewno jeszcze wrócimy. Spokój, brak tłumów turystów, najpiękniejsza i najszersza plaża jaką w życiu widziałam, mało wszechobecnej komercyjnej papki – dla mnie super. Był też jeden minus, który Hania zauważyła dopiero po czasie (a właściwie po 10 dniach – kiedy to pojechaliśmy do Sopotu) – brak muszelek na plaży.
Białogóra jest idealna dla małych dzieci – większe w przypadku braku pogody mogą się tam nudzić. My spędziliśmy tam sam koniec sezonu, który w Białogórze przypada na sierpień (nie wiem dlaczego nie przedłużają sezonu, ostatniego sierpnia nie było już czynnego żadnego lokalu, nie można było zjeść ani ryby, ani pysznych gofrów, ale o tym napiszę kiedy indziej ;p). Dobrze więc, że nie zdecydowaliśmy się na wrześniowy pobyt tak jak planowaliśmy na początku .

My mieszkaliśmy w domu znajomych, ale z kwaterami nie ma tam najmniejszego problemu. Są pokoje, kwatery w agroturystyce, miejsca w pensjonatach. Wiele z nich jest nastawionych na przyjmowanie właśnie rodzin z małymi dziećmi (mają łóżeczka, przewijaki, huśtawki w ogrodzie itp.). 
Z ogólnodostępnych atrakcji dla maluchów są plac zabaw i stadnina koni, w której zobaczyć można też inne zwierzęta. Wielkim przeżyciem są też podróże dorożką ciągniętą przez jednego lub dwa konie – chyba każda rodzina choć raz z tego skorzystała 🙂 Po pierwsze dlatego, że za 2 zł można dziecku sprawić naprawdę wielką frajdę, po drugie – do plaży jest jednak kawałek (pieszo idzie się jakieś 20 do 30 minut, w zależności ile gratów na plażę się ze sobą bierze;p). Do głównego wejścia na plażę idzie się asfaltem (i tam jeżdżą bryczki i riksze), ale my rzadko z niego korzystaliśmy (taaa, to zejście było bardziej komercyjne :)). Kilkaset metrów dalej było zejście przez las, dużo bardziej klimatyczne, ale w części szło się piaskiem, więc niepolecane dla osób z wózkami (my nosidłowi, więc problemu nie było). Choć oczywiście wielu było takich, którzy przez te wydmy ciągnęli wózki wypełnione plażowym sprzętem;p 

Sama plaża była boska – szeroka, z drobniutkim i czystym piaskiem i – to najważniejsze – prawie pusta! Zdarzyło się nam, że nie widzieliśmy na niej innych osób (fakt, że było to w dzień, w którym naprawdę wiało, ale przecież od czegoś są ciepłe bluzy i kaptur :)). 

Hania była nad morzem drugi raz, ale dopiero teraz miała z niego frajdę. Zresztą, zobaczcie sami 🙂

Tatrzańska Łomnica, czyli wyżej Hania nie była…

Po tej wycieczce część znajomych uznała, że jesteśmy niepoważni, biorąc dziecko tak wysoko… Zupełnie niepotrzebnie, bo takich dzieci jak ona (10 miesięcy) było tam więcej i ich rodzice byli na takie podróże świetnie przygotowani. Ale zacznijmy od początku. Będąc na wakacjach w Bieszczadach postanowiliśmy, że do Rybnika wrócimy trochę dłuższą, a mimo to szybszą do pokonania drogą – przez Słowację. Po drodze jednak stwierdziliśmy, że może warto jeszcze coś pozwiedzać. No i wracaliśmy… 2 dni. Mijając Poprad (tam można dolecieć z Polski samolotem) stwierdziliśmy, że w Tatrach jednak warto zostać, szczególnie, że po stronie słowackiej nie ma tam takich tłumów jak u nas. Za cel obraliśmy drugi co do wysokości szczyt w Tatrach, czyli Łomnicę (2 634 m n.p.m.). Wyjście na szlaki i kolejkę, z której my skorzystaliśmy znajduje się w miejscowości Wysokie Tatry. Jak się później okazało (wybór tego miejsca oparty był tylko o znaki turystyczne, nie mieliśmy ze sobą nawet mapy…) był to strzał w dziesiątkę! Okolica nastawiona na turystów, pokoi do wynajęcia pod dostatkiem, informacja turystyczna czynna bardzo długo i mająca kompetentnych pracowników, którzy widząc brzdąca w nosidle sami proponują alternatywne wersje zwiedzania. Nie zdziwiło nas więc to, że właśnie tam wydaliśmy nasze ostatnie pieniądze (dosłownie co do grosza).

Które zoo najlepsze?

Zoo jest chyba jednym z miejsc, do którego zabiera się każde dziecko. Sama zazdroszczę mieszkańcom większych miast tego, że mogą sobie wykupić całoroczny bilet do ogrodów zoologicznych. Gdybym mieszkała w Chorzowie czy Katowicach na pewno takowy bym posiadała.

Hania odwiedziła kilka ogrodów zoologicznych, choć nie każdy ze mną i nie każdy świadomie. Kiedyś ze zdjęć się dowie co tam widziała;p Choć w moim numerze jeden – zoo w Pradze – jeszcze nie była, to z pewnością kiedyś i je odwiedzi. Do tej pory Hania była w zoo w Ostrawie (Czechy), Chorzowie (tam była z ciocią i babcią, więc za dużo nie wiem) i Poznaniu. Do tego pierwszego z pewnością nie raz wróci, bo jest naprawdę fajne. I to właśnie o nim więcej napiszę 🙂
Mam to szczęście, że Rybnik, w którym mieszkamy, jest położony o tyle korzystnie, że blisko mam i do Czech, i na Słowację, i do wielu polskich fajnych regionów (dobra, wiem, że morze po drugiej stronie Polski, ale to akurat tak bardzo mi nie przeszkadza, bardziej „górska” jestem). I z tego „czeskiego” kierunku korzystamy chyba najczęściej. Ostrawa w ogóle jest bardzo fajnym miastem, jednym z większych w Czechach, choć wcale tego po niej nie widać. Do zobaczenia jest tam naprawdę dużo (jeden dzień na wszystko nie starczy). Park miniatur (utworzony jeszcze przed tą całą modą na miniatury na każdym kroku, są tam też miniatury przygranicznych budowli, m. in. katowickiej biblioteki czy zamku w Będzinie), starówka, zamek (choć nazwanie tego zamkiem jest wg mnie dużą nadinterpretacją, turystów bym tam nie posłała), była kopalnia (jeszcze nie byłam), no i wspomniane zoo, które jest najczęstszym miejscem naszych podróży (zresztą Polacy to spokojnie 1/3 odwiedzających).
No to w drogę!

Pierwszymi zwierzętami, które spotyka się w ostrawskim zoo są flamingi.

Niedawno na ulicach śląskich miast ostrawskie zoo reklamowało się informacją, że urodziło się tam słoniątko  (chyba pierwsze w Czechach). Faktycznie stanowisko słoni jest tam bardzo fajnie urządzone i można spędzić przy nim naprawdę dużo czasu.

Zoo jest bardzo nastawione na małe dzieci. Można w nim wypożyczyć specjalne wózki dla maluchów, a starszym zafundować przejażdżkę ogrodowym pociągiem. W kilku miejscach urządzono place zabaw, w których i dwulatki mają co ze sobą począć 🙂 No i – co chyba jest już zoologicznym standardem – jest tam też mini zoo, w którym można wejść do zagrody i być naprawdę blisko udomowionych zwierząt (można je też nakarmić zakupioną w automacie karmą) – dla najmniejszych odwiedzających to stanowi największą atrakcję zoo.

ps. dla mnie nie mniejszą atrakcją zoo  i Czech w ogóle są sprzedawane tam langosze i smażony ser, uwielbiam je 🙂

zdj. pochodzi ze strony http://prota.extra.hu (strona przypadkowa, zdjęcie z wyszukiwarki, bo swojego nie mam)

pps. bardzo fajne w tym zoo jest to, że przy wejściu można sobie zabrać (za darmo) jego mapkę lokalizacyjną, tego brakuje mi w wielu miejscach. Niby nic specjalnego, a jednak widać, że o klienta się tam dba (dodatkowo fajne jest to, że obsługa mówi/stara się mówić po polsku, u nas jakoś nigdy nie zaobserwowała, żeby były choćby podpisy w języku czeskim…)

Informacje praktyczne:
Zoo Ostrawa (Zoologicka Zahrada Ostrava)
ul. Michalkovicka 197, Ostrawa (do zoo prowadzi kilka znaków drogowych, więc nie ma problemu z dojazdem, na www są też namiary GPS)
http://www.zoo-ostrava.cz/pl/

Bilety kosztują 80 (dorośli) i 50 koron (dzieci), dzieci do lat 3 wchodzą za darmo.

Godziny otwarcia:
– listopad – styczeń: 9.00-16.00
– luty: 9.00-17.00
– marzec, wrzesień, październik: 9.00-18.00
– kwiecień – sierpień: 9.00-19.00

PS. poza tym w Ostrawie jest świetna imprezowa dzielnica Stodolnia, którą polecam wszystkim, którzy mają z kim zostawić dzieci w domu 🙂

Bieszczadzkie wędrówki 10-miesięczniaka

A właściwie prawie 10-miesięczniaka 🙂 Bieszczady to chyba nasze ulubione góry, szkoda, że są tak daleko od Rybnika;p Góry nie są aż tak wysokie, dzięki czemu nawet ludzie bez kondycji na nie wejdą (a nawet – jak się okazało – wniosą swą latorośl;p). Widoki są przepiękne. Zawsze myślałam również, że jest tam stosunkowo mało turystów (porównując z najbliższymi nam terytorialnie Beskidami) – to niestety jest już przeszłością. W ogóle jadąc na wschód Polski pierwszy raz od kilku lat (i pierwszy raz samochodem, wcześniej zawsze nocny pociąg relacji Katowice-Zagórze) byłam w szoku – jak wiele tam się zmieniło!

Niestety byliśmy w Bieszczadach w samym szczycie sezonu (Kamil tylko w tym terminie miał urlop) – przyjechaliśmy 15 sierpnia. Oprócz nas były więc również tłumy innych turystów. Jak przystało na rodzinę wariatów, do Cisnej, w której mieliśmy wynajętą agroturystykę, jechaliśmy… 3 dni 🙂
Trasa była następująca:
– wyjazd z Rybnika do Rzeszowa – tam nocleg i zwiedzanie miasta (Muzeum Bajek) i okolicy (Łańcut i Krasiczyn), po drodze jeszcze zobaczyliśmy skansen – mini wieś (przy trasie na Rzeszów, obok ekspozycji restauracja z kilkunastoma rodzajami pysznych pierogów :)).

– dojazd do Sanoka i kolejny nocleg – zwiedzanie skansenu.
Polowe warunki w schronisku PTTK – zawsze się w takich „dziwnych” miejscach zatrzymujemy;p

–  dojazd do Cisnej 🙂

Po ciut dłuższej niż myśleliśmy podróży trzeba było trochę odpocząć. Ale już następnego dnia wyruszyliśmy w góry. W kilka godzin później Połonina Wetlińska była zdobyta! Niestety nie poszliśmy już na Caryńską, tylko zeszliśmy na parking. Na całej trasie najmłodsza turystka wzbudzała spore zainteresowanie innych piechurów. Faktycznie, ludzi z dziećmi było sporo, takich w nosidłach też, ale innego takiego malucha nie spotkaliśmy;p

 Kto by przypuszczał, że mama sama wtacha na sam szczyt takiego 10-kilowca;p

W chyba najsłynniejszym bieszczadzkim schronisku – Chatce Puchatka Hanka dostała zasłużonego cycka (jeszcze karmiłam) i można było iść podziwiać widoki. A było naprawdę pięknie, jak to w Bieszczadach 🙂

Musimy tam wrócić jesienią, do tej pory zawsze odwiedzaliśmy te okolice latem. O innych miejscach, które warto odwiedzić w Bieszczadach na pewno jeszcze napiszę 🙂