Mama się uczy, a Hania… harcuje ;)

Kiedy mama i Hubcio się szkolili, Hanka ze swoją ulubioną ciocią Madziulą odwiedziła opolskie zoo. Trochę szkoda, że były tam tak wczesną wiosną, bo wiele zwierząt było pochowanych. Miało to jednak i swoje plusy – w zoo były jednymi z niewielu odwiedzających (plac zabaw był cały dla Hani 🙂 ).

Opolski ogród zoologiczny położony jest na wyspie Bolko, w jednym z piękniejszych zakątków miasta. I w dodatku prawie w centrum (uwielbiam miejsca, które mogę ogarnąć bez samochodu 😉 ). Nie jest bardzo duży, dzięki czemu Hanka mogła spokojnie całe zoo obejść sama. Dla dzieci, oprócz zwierząt, które je oczywiście tam przyciągają, jest i plac zabaw, i park linowy (ten ostatni jeszcze zamknięty). Kilka godzin zabawy murowane! 🙂

Źródło: www.zoo.opole.pl

Obecnie w zoo można oglądać ponad 1200 zwierząt reprezentujących 265 gatunków z całego świata. Oprócz „normalnych” wybiegów można zwiedzać też mini zoo, w którym dzieci mogą karmić, a nawet dotknąć niektóre zwierzaki.

Opolski przebój – mrówkojad! Ile ja się o nim nasłuchałam 😉

Jedną z wielu atrakcji zoo są też uchatki. Od niedawna mają one do dyspozycji nowy basen. Jest co oglądać 😉

Codziennie można oglądać pokazy z ich udziałem (trening medyczny o 12.00 i karmienie o 14.30). Dla odwiedzających to kolejna atrakcja, dla samych zwierząt są to zabiegi higieniczne i karmienie (tak, wszyscy są zadowoleni 😉 ). Zobaczyć można też karmienie innych zwierząt: goryli (13.00 i 16.00), pelikanów (13.30), lemurów i wydr (14.00).

Jak widać, było super 🙂

Informacje praktyczne:
Ogród Zoologiczny Opole, Wyspa Bolko, ul. Spacerowa 10, Opole, www.zoo.opole.pl
Bilety: poniedziałek-piątek: 5 i 8 zł, sobota, niedziela, święta – 6 i 10 zł, dzieci do lat 3 gratis.
Godziny otwarcia:
– od 1 maja: 10.00-18.00
– od 1 października: 9.00-16.00
– od 1 grudnia: 9.00-15.00
– od 1 marca: 9.00-16.00

Opolskie przygody teatralne

Za studenckich czasów zdarzało nam się chodzić na przedstawienia do teatru Kochanowskiego. Hankę (Huberta też 😉 ) wzięłam do miejsca zdecydowanie bardziej odpowiedniego do jej wieku – Opolskiego Teatru Lalki i Aktora (na studiach mieszkałam ulicę obok 😉 ). Wybraliśmy Bajkę o szczęściu, której premiera odbyła się 15 marca. Trochę się bałam, że po zgaszeniu świateł Hanka spanikuje albo się przestraszy (ostatnio… uciekła z przedstawienia z przedszkola…). Nic z tych rzeczy! Tym razem bajka baaaardzo się podobała.

Niestety w trakcie przedstawienia nie można robić zdjęć (zresztą, nawet gdyby można było, w tych ciemnościach nic by mi nie wyszło), wrzucam wam więc fotkę znalezioną w necie. Widać na niej wszystkich głównych bohaterów bajki, a więc dziadka, myszkę, kogucika i świnkę.

Na stronie teatru możemy się dowiedzieć, że:
…W świecie zdominowanym przez konsumpcjonizm i chęć posiadania odpowiedź na to pytanie okazuje się niezwykle ważna.  Warto podjąć na ten temat rozmowę już z najmłodszymi dziećmi. Wraz z ubogim Staruszkiem oraz jego milutkimi zwierzątkami – Świnką, Kogucikiem i Myszką, poszukamy odpowiedzi na to ważne pytanie – czy lepiej jest mieć czy być? „Bajka o szczęściu” to mądra i pełna ciepła opowieść o tym jak bardzo człowiek staje się samotny, gdy zamiast przyjaźni wybiera przedmioty…

Brzmi poważnie, prawda? Mimo to moja 3-latka wiele z przedstawienia zrozumiała i długo tłumaczyła jak ważni są przyjaciele 😉 Więcej o samym przedstawieniu opowiadać nie będę. Napiszę tylko, że warto na nie się wybrać 😉

My dołączyliśmy się do kilku grup przedszkolaków, myślę jednak, że zdecydowanie lepszą opcją jest wybór przedstawienia popołudniowego lub weekendowego – wtedy nie ma grup. Dzieciaki z rodzicami na pewno lepiej się wtedy odnajdą w dla wielu z nich nowej, sytuacji.

Bajka trwa ok. 60 minut. Hania nie zdążyła się zacząć niecierpliwić zbyt długim siedzeniem w jednym miejscu. Przedstawienie dało jej do myślenia i potem długo tłumaczyła, dlaczego nie można sprzedawać przyjaciół 😉

Uwaga! Teatr jest w trakcie remontu, nie można do niego wejść głównym wejściem. Trzeba kierować się ulicą Kośnego w górę, przy numerze 8 wejść w bramę – tam znajduje się wejście od strony „małej sceny”.

* * *
Informacje praktyczne:
Opolski Teatr Lalki i Aktora, ul. Augusta Kośnego 2a, Opole, www.teatrlalki.opole.pl
Repertuar teatru można znaleźć tu.
Bilety – 16 i 19 zł (płaci się nawet za najmłodsze dzieci).

Śladami rodziców – Opole

Śladami rodziców, a jak! W końcu, gdyby nie to miasto to… Hani i Huberta by nie było 😉 Tam się poznaliśmy (nie, nie żadna romantyczna historia z festiwalem w tle… studiowaliśmy razem), tam też wymyśliliśmy imiona dla naszych przyszłych dzieci 😉 Hania w Opolu była już sporo razy, nigdy jednak nic nie widziała, bo pogoda nas nie rozpieszczała. Tym razem – w końcu! – było inaczej. Prawie 20 stopni, po prostu idealnie 😉

Poznawanie miasta mała miała zacząć od pięknych widoków. W planach była wspinaczka na wieżę piastowską, czyli jedyną pozostałość dawnego opolskiego zamku. Gdy jest sprzyjająca pogoda, widać z niej panoramę (prawie) całego miasta. Niestety plan pozostał planem, bo… wieża była jeszcze nieczynna 😉 No cóż, może naszą wyprawę powtórzymy już w sezonie. Tak więc wszystko co mieliśmy zobaczyć z tarasu widokowego musieliśmy „ogarnąć” w trakcie spaceru 😉

Widzieliśmy rynek, zielony mostek i kaczki i… akademik, w którym kiedyś mieszkaliśmy 😉 Ale zacznijmy od początku. Nasza opolska przechadzka rozpoczęła się na Placu Kopernika. Przy kolorowym (obrzydliwym, ale to kwestia gustu…) budynku uniwersytetu jest malowniczy skwerek, a na nim kilka znanych chyba wszystkim postaci –  m. in. Osiecka, Niemen, Grechuta, Starsi Panowie.

Dalej poszliśmy w stronę rynku. Po drodze weszliśmy na teren uniwerku, żeby zobaczyć studnię św. Wojciecha. 

Potem był już rynek (+ lody 😉 ), plac wolności i jeden z moich ulubionych zakątków – Zielony Mostek. Tuż przy nim jest naleśnikarnia, w której często na studiach jedliśmy (po drodze do biblioteki, która jest tuż za mostkiem, już na wyspie Bolko 😉 ).

Ze zdumieniem odkryłam, że Opole dołączyło do wielu miast dla zakochanych – przy kolejnej wizycie powiesimy sobie na mostku i naszą kłódkę 😉

Przy tym samym mostku nakarmiliśmy kaczki i poszliśmy brzegiem rzeki aż do kolejnego – tym razem żółtego – mostku. Minęliśmy wieżę piastowską i „opolską Wenecję” (kilka ładnie odnowionych kolorowych kamieniczek, nazwa nadana „lekko” na wyrost, ale brzmi ładnie, prawda?). Znowu znaleźliśmy się na rynku i tym zakończyliśmy zwiedzanie Opola.

 

Potem Hania zobaczyła jeszcze „nasz” akademik. Oj, ale było wspomnień 😉

  

A to zdjęcie zrobiła nam córa 🙂

W sumie od czasu naszego wyjazdu z Opola (matko, to już prawie 7 lat!!!) wiele się tam zmieniło, wszystko na lepsze. Wciąż czuję się tam bardzo dobrze i cieszę się, że w końcu dopisała nam pogoda i Hania mogła zobaczyć kilka bliskich nam miejsc 😉 I strasznie zazdroszczę moim znajomym, którzy tam mieszkają – dawno nie byłam w mieście, w którym tak dużo jest atrakcji dla dzieci.

* * *
Za „przypomnienie” nam Opola dziękujemu Kasi, Tomkowi i Eli – było super! 🙂

Podróżnicze gadżety – potrzebne czy nie?

Heh, trochę sobie na Facebooku podyskutowaliśmy o gadżetach, to i tu napiszę, co myślę 😉 Mentalnie jestem gadżeciarą, ale gdy widzę ceny tych wszystkich fajnych rzeczy do głosu dochodzi jednak rozsądek… I wtedy okazuje się, że moim dzieciom nie są one jednak aż tak niezbędne 😉
Takie myślenie bardzo się przydaje szczególnie teraz, gdy Hubert w zasadzie wszystko ma po Hani. Gdy znajomi czy rodzina pytają co dla niego potrzebujemy, zaczynam wymyślać i szukać nie wiadomo czego.

Na targach Guga Kids Design czy w internecie aż roi się od dziecięcych gadżetów. Czasem coś naprawdę mi się spodoba, ale w zasadzie żadnej z tych rzeczy nie kupiłam. No tak, składana silikonowa wanienka podróżna jest naprawdę ekstra. Ale po co nam ona, skoro dla Hanki super atrakcją jest wspólna kąpiel z mamą czy… mycie w dużej misce 😉 Ostatnio trochę się nakręciłam na podróżny stoliczek-organizer, który montuje się do fotelika. Dziecko może w trakcie jazdy swobodnie sobie rysować, oglądać książeczki czy układać puzzle. Hanka jednak w trakcie jazdy ogląda widoki i… gada, cały czas gada. Nie ma czasu na jakieś tam książeczki 😉 Mogłabym tak wymieniać naprawdę długo.

Jednak kilka gadżetów mamy. Tych naprawdę praktycznych 😉 Dawno temu zakupiliśmy ochraniacz-organizer na fotel, bo Hanka strasznie kopała w przednie siedzenie (była jesień). Jako organizer nigdy nie był używany, więc jego „gadżetowość” nie do końca się sprawdziła, ale fotel jest czysty(szkoda, że reszta samochodu już niekoniecznie 😉 ).

 Za to druga rzecz, o której chcę napisać używana jest ciągle i każdego mogę do zakupu zachęcić. To… TUBA 🙂 Tuba-pojemnik na przekąski, którą zabieramy ze sobą w zasadzie na każde dłuższe wyjście. To plastikowy pojemnik, składający się z 4 części. Jedna „wkręcana” w drugą, dzięki czemu można ze sobą zabrać cały pojemnik (na 4 różne przekąski) lub tylko jego część. My najczęściej wybieramy opcję z 3 częściami – na żurawinę/rodzynki, pokrojone jabłko i migdały 😉 Ciekawa jestem czy ktokolwiek z was wie o czym piszę, nie umiem znaleźć w internecie zdjęcia tego cudu 😉 Dziś jesteśmy w Opolu, oczywiście z naszą „tubą”, więc postaram się wrzucić jej zdjęcie na Facebooka.

* * *
Niemniej mam w planach zakup pewnego podróżniczego gadżetu, czekam tylko na odpowiednią okazję (kurcze, prezenty na Zajączka już mam). Może zgadniecie co to może być?

W świecie strażaka Sama…

Kolejny obiekt Szlaku Zabytków Techniki na koncie Hani, kolejny i dla Huberta! (Hania była jeszcze tu, tu, tu i jeszcze tu, a razem z Hubertem oglądała ostatnio Szyb Prezydent). Tym razem wybraliśmy się do Mysłowic, do wielkiego królestwa strażaków, czyli Centralnego Muzeum Pożarnictwa. Oj to był dzień! (jak widać, Hania nie była Hanią tylko kotem, więc pewnie niektórzy z was się domyślają, że w CMP byliśmy tego samego dnia co na targach Guga Kids Design). Choć fascynacja strażakami – objawiająca się przede wszystkim oglądaniem przygód dzielnego Sama – powoli mija, w muzeum i tak się małej bardzo podobało. Najbardziej spodobała się ogromna przestrzeń i możliwość… biegania od eksponatu do eksponatu (choć nie wiem czy nazywanie wielkich strażackich aut nie jest nadużyciem 😉 )


Mysłowicki miś, ile razy jestem w CMP, tyle razy zastanawiam się skąd on się wziął 😉

Miś jest ciekawostką, najważniejsze w tym muzeum są jednak samochody (szkoda, że do żadnego nie można wsiąść 🙁 ).

Zobaczyć można kilkadziesiąt wozów strażackich, tych nowych, całkiem współczesnych, ale też starych. Najstarszym eksponatem jest drewniana sikawka z 1717 r.

Oprócz samych samochodów, które są wg mnie tam najciekawsze, zobaczyć można sprzęt strażacki, stroje galowe i robocze. Ta część wystawy jest na okalającej muzealną halę antresoli, można więc z niej też z góry oglądać wszystkie auta.

 Jak widać muzeum jest naprawdę duże – oj było miejsca do biegania 😉

Oddzielną część stanowi ekspozycja poświęcona starym metodom walki z ogniem. Tam do zobaczenia jest m. in. stara sikawka i zdjęcia z akcji strażackich sprzed lat.

Po zejściu na dół jeszcze raz przeszłyśmy się po hali, żeby zobaczyć samochody jeszcze raz 😉

* * *
Oprócz stałych ekspozycji nadal można oglądać (pomimo tego, że na plakacie jest info, że wystawa do końca 2013 roku 😉 ) wystawę zabawkowych samochodzików strażackich.

Do zobaczenia w kolejnym obiekcie SZT! 🙂

PS. W muzeum byłam tylko ja i Hania, tata z Hubciem zostali na dworze 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Centralne Muzeum Pożarnictwa, ul. Stadionowa 7a, Mysłowice, www.cmp-muzeum.pl
Godziny otwarcia: wtorek-niedziela, 10.00-16.00 (od kwietnia do października do 18.00).
Bilety: 4 i 5 zł, dzieci do lat 7 za darmo. W niedzielę wstęp wolny.