Oko w oko z żubrem

Z żubrami kojarzy się Białowieża (dobra, wiem, że piwo, ale rozważam jedynie aspekty turystyczne;p), a tu taka niespodzianka – zagroda w samym sercu Górnego Śląska! Pszczyna, bo o niej będzie mowa, jest w ogóle chyba najlepszą nie tylko dla rodzin z dziećmi miejscowością na jedno- czy dwudniowy wypad w województwie śląskim. Hania była w niej kilka razy, za każdym razem „zaliczając” różne atrakcje i różną… pogodę.

Do Pokazowej Zagrody Żubrów w Pszczynie wybraliśmy się kiedy Hania niecałe półtora roku. I był to strzał w dziesiątkę! Dziecko zachwycone. Co prawda bardziej interesował ją dumnie przechadzający się po terenie zagrody paw (no i ten jego piękny pióropusz), niż sam król puszczy, ale co tam. Oprócz pawia są tam też kaczki, muflony, sarenki itp.

 Jest też złowroga gęś (to chyba jest gęś;p), która wzbudziła w Hani przerażenie, szczególnie, że – podobnie jak paw – cieszy się niczym nie ograniczaną wolnością. :)

Wracając do samych żubrów – żyje ich w zagrodzie kilka. Każdy z nich ma imię rozpoczynające się na PL, żeby była jasność z jakiej linii pochodzą. Choć teren nie jest bardzo duży, by mieć pewność, że się je zobaczy, należy pojawić się w zagrodzie w porze karmienia. Raczej marne szanse, że zwierzęta z posiłku zrezygnują (to tak jak u Hani;p).

W budynku Ośrodka Edukacji Ekologicznej zobaczyć można wystawę zwierząt występujących w okolicach Pszczyny (wg mnie te wypchane zwierzaki zupełnie nie pasują do miejsca, ale to tylko moje zdanie). Dla starszych dzieci super atrakcją będzie trójwymiarowy film (chyba z 4 D), opowiadający historię sprowadzenia żubrów na tereny ówczesnego Księstwa Pszczyńskiego. Historia pszczyńskich żubrów jest o tyle ciekawa, że gdyby nie one, nie byłoby już linii z Białowieży.

W Pszczynie trzeba jeszcze odwiedzić (lub choćby zobaczyć z zewnątrz, bo piękne;p) Muzeum Zamkowe (kiedyś na pewno napiszę o nim więcej, w końcu to jedno z niewielu miejsc, w których do dziś zachowało się ponad 70% oryginalnego wyposażenia z przełomu XIX i XX w.) i piękny otaczający je park. Na rynku atrakcją dla dzieci będzie ławeczka księżnej Daisy, która była najsłynniejszą mieszkanką tamtejszej rezydencji (jej historię poznają też turyści odwiedzający imponujący, ale pusty w środku zamek Książ).

Informacje praktyczne:
Pokazowa Zagroda Żubrów, ul. Żorska 5, www.zubry.pszczyna.pl
Godziny otwarcia:
– kwiecień – październiki: 9.00-19.00
– listopad – marzec: 9.00-16.00
Godziny karmienia żubrów: 10.00, 12.00, 14.00, 16.00.

Pociągiem nad morze

Ponieważ blog założyłam jak Hania miała prawie 2 latka, wydaje mi się, że i tak nie ma sensu trzymać się chronologii. Wczoraj oglądałam zdjęcia z wakacji, które w tym roku spędziliśmy nad morzem. Ale nie o nich będę pisać.

Pierwszy raz morze (a w zasadzie Zatokę Gdańską) Hania zobaczyła prawie rok wcześniej, bo już w październiku 2011 r. Miała  wtedy niecały roczek i do Trójmiasta dotarła… nocnym pociągiem! Nie ma jak targać dziecko 12 godzin kuszetką;p Niestety Hania trafiła na matkę permanentnie wykorzystującą nadarzające się okazje. Ponieważ musiałam jechać do Gdyni w delegację, a Sopocie mam kuzynkę nie wyobrażałam sobie, by nie wykorzystać tej podróży na krótki odpoczynek (w końcu przynajmniej ja bilet miałam opłacony;p).

Tak więc w piękne, słoneczne październikowe popołudnie (było tak słonecznie jak jeszcze kilka dni temu) nasza trzyosobowa załoga zjawiła się na remontowanym dworcu w Katowicach. Widok był przeuroczy – mama, tata, dziecko, walizka, plecak, wózek… i to wszystko wpakowało się do kuszetki, w której na szczęście nikt więcej się nie pojawił.

Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale mieliśmy do dyspozycji tylko moją starą komórkę;p

Po godzinie 5 rano Hania i Kamil (i oczywiście wózek) wysiedli w Sopocie, ja pojechałam dalej do Gdyni i tam spędziłam cały dzień. Oni za to zaliczyli pierwszą wizytę na molo, gdzie wiało tak mocno, że głowy były prawie pourywane… (zdjęcie jest z następnego, już spokojniejszego dnia;p).

Następnego dnia była już piękna pogoda (normalnie, jakby czekała na mój wolny czas :)) Plan nadmorskiego weekendu nie był bardzo napięty, ale kilka miejsc było obowiązkowych do zobaczenia – centrum Gdańska z nowym (wtedy) Muzeum Bursztynu, gdyński port i Akwarium, no i oczywiście Sopot.
Hania na plaży stawiała swoje pierwsze kroki (jeszcze podtrzymywana za obie ręce, sama zaczęła chodzić dopiero jakieś 3 miesiące później). Nie mamy zdjęcia w obowiązkowym miejscu, a więc pod Neptunem, bo… nie było go! Jeśli ktoś wie, czy już wrócił to proszę o info :)

Muzeum Bursztynu – miałam co do niego wielkie oczekiwania i – przyznaję – trochę się zawiodłam. Niby multimedialne, a jednak jeszcze w starym stylu :( Kilka fajnych multimediów znajdą dla siebie starcze dzieci. Ogólnie miejsce warte polecenia, ale nie należy się aż tak nastawiać jak ja;p

 Gdyńskie Akwarium – pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne! Miejsce wprost stworzone dla rodzin z dziećmi, dostępne były wózki, w których mogły siedzieć małe dzieci, w toalecie przewijak… Sama wystawa już raczej takiej prorodzinności nie wykazuje, mimo to Hani rybki bardzo się podobały :) No i największe załamanie z mojego punktu widzenia (choć wielu rodziców pewnie jest z tego powodu szczęśliwych;p) – ani grama sklepiku, w którym można dziecku zakupić akwariowy gadżet…

Szczegóły:
Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie, Aleja Jana Pawła II, www.gdynia.akwarium.pl

ps. w Gdyni byłam w jednym z bardziej profesjonalnie prowadzonych punktów informacji turystycznej nad morzem (czego np. o jednym z punktów w Gdańsku powiedzieć nie mogę).

pps. będąc w Gdyni odwiedźcie tamtejszy szlak kulinarny – to pierwszy miejski szlak kulinarny w Polsce, bardzo fajnie zorganizowany, są na nim każdego rodzaju lokale, zarówno te przyjazne, jak i zupełnie nieprzyjazne rodzinom z dziećmi – wszystkie lokale i ich wyróżniki na www.kulinarnagdynia.pl.

Hania w browarze

Na pierwsze prawdziwe wakacje przyszedł czas kiedy Hanka miała 4,5 miesiąca. Za cel wzięliśmy najbliższe nam góry, a więc Beskidy. W przytulnej agroturystyce w Istebnej byliśmy sami. Kiedy gospodarze dowiedzieli się, że przyjedziemy z niemowlakiem bardzo się postarali i… nagrzali nam pokój prawie do 30 stopni! Nie ma jak w środku zimy spać przy otwartym oknie :)

W ciągu chyba tygodniowego pobytu Hania nie tylko pochodziła po górach, ale odwiedziła też… browar. O dziwo do Browaru w Żywcu wpuszczane są wszystkie dzieci (w tyskim osoby poniżej 18 roku życia są odprawiane z kwitkiem). Nie mogą wejść (a w naszym przypadku – być wniesione;p) jedynie do hali produkcyjnej, ale do niej kupuje się oddzielny bilet.


Mała była dla zwiedzającej z nami grupy turystów nie mniejszą atrakcją niż sam browar (dziwnie się czułam, bo widziałam, że ukradkiem robią nam zdjęcia komórkami…). A ten jest naprawdę warty obejrzenia – i nie polecam go jedynie dlatego, że w pracy zajmuję się promocją turystyki w województwie śląskim :)

Turysta odwiedzający żywiecki browar ogląda multimedialne wystawy poświęcone sposobowi wyrobu złocistego trunku, ale także historii Browaru, Żywca i rodziny Habsburgów, w której rękach browar był aż do wojny. Dla młodszych (ale dorośli mają równie wielkie oczy) atrakcją jest przeniesienie się wehikułem czasu na XIX-wieczną żywiecką uliczkę oraz widok linii produkcyjnej z perspektywy… butelki. Sam nowoczesny zakład produkcyjny jest nie mniejszą atrakcją. No i świeże piwo na zakończenie zwiedzania (w cenie biletu, niepełnoletni i – niestety – kierowcy dostają sok).

O tym, że całe muzeum (jak ta nazwa nie pasuje do tego miejsca) jest na naprawdę europejskim poziomie świadczy też fakt, że wychodząc… przechodzi się przez sklepik z pamiątkami. Mała rzecz, a z pewnością niebywale zwiększa przychody ze sprzedaży piwnych gadżetów. No, ale może tylko ja zwracam na takie rzeczy uwagę;p

 ps. cała moc atrakcji Hani chyba nie zachwyciła, większość wycieczki… przespała w chuście.

Informacje praktyczne (a jak :)):
Muzeum Browaru Żywiec, ul. Browarna 88, Żywiec, www.muzeumbrowaru.pl
Muzeum czynne od wtorku do niedzieli.
Obiekt leży na Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego.
Bilety najlepiej rezerwować, browar jest naprawdę oblegany.
Spokojnie można polecić to miejsce osobom niepełnosprawnym i obcokrajowcom (przewodnicy, w cenie biletu, oprowadzają wycieczki w kilku językach).

A na koniec pamiętajcie!

Pierwsza górska wędrówka

Istebna jest jedną z moich ulubionych górskich miejscowości. Pomimo tego, że ją (i całą Trójwieś) odwiedzają tłumy turystów, zachowała swoją „góralskość”. Folklor z wszechobecnymi koniakowskimi koronkami na czele, chyba najpiękniejsze widoki (warto pomęczyć się i przejechać chyba jedną z najbardziej zaniedbanych dróg, prowadzącą przez Koniaków – wrażenie wizualne naprawdę wszystko rekompensują;p) i pyszna kuchnia (ale o niej napiszę pewnie kiedy indziej). Przy okazji dostępne i dla rodzin z małymi dziećmi trasy, począwszy od niziutkiej Ochodzitej, na którą bez problemu wdrapie się każde dziecko, na zboczach Kubalonki skończywszy.

Jest Hania, są podróże!

Wszystko zaczęło się 3 listopada 2010 r. kiedy z wielkim krzykiem (dziecka i mamy, oczywiście) na świecie pojawiła się Hania. Pierwszą podróż odbyła tradycyjnie, jak większość dzieciaczków 3 dni po urodzeniu. Droga ze szpitala do domu – pomimo tego, że była to spokojna niedziela – zajęła jej trochę więcej czasu niż powinna… Przejęty tata jechał z dzieckiem na pokładzie jakieś 30 km/h.