Jak się przygotować do drogi?

Kilka osób pytało mnie jak najlepiej przygotować się do podróżowania z małym dzieckiem. No to postanowiłam napisać kilka moich przemyśleń 🙂 Pewnie nie będzie to nic odkrywczego, ale może niektórych z Was przekona, że podróżowanie w maluchem to nic strasznego 🙂

Ogólnie, im mniejsze dziecko, tym wg mnie lepiej, szczególnie jeśli jest karmione piersią, a rodzice nie boją się chustowania. Po ostatniej wizycie w Warszawie po raz kolejny przekonałam się, że podróże z wózkiem nie mają sensu – nasze miasta naprawdę nie są do nich przystosowane. No, ale to już jest na miejscu, a jak się w ogóle wybrać?

Zazwyczaj wyjazdy z dzieckiem staram się planować dużo wcześniej, ale ma to raczej związek z ogólnym tempem życia, Kamila pracą (co druga sobota zajęta), no i dostosowaniem się do planów osób, które zamierzamy odwiedzić (zawsze, nawet przy okazji dwutygodniowych wakacji, staramy się „po drodze” spotkać z dawno nie widzianymi znajomymi). Tak więc na początku jest plan! Potem, potem to już nie zawsze 😉 Logistyka obejmuje miejsca do odwiedzenia, ceny biletów, potrzebne adresy. Reszta, szczególnie pakowanie, to już większy spontan…

Staram się, by na weekendowe wyjazdy brać tylko jedną małą walizkę na kółkach. Do tego plecak, do którego zmieści się jedzenie (woda + jakieś kanapki, owoce czy jogurty), zestaw ubranek dla Hani na zmianę, mokre chusteczki (te muszą być zawsze i wszędzie!) i nosidło (w naszym przypadku sztruksowy mei tai, ładnie się składa i upycha;p). Na dłuższe wyjazdy wiadomo – walizka jest już większa, ale baza jest zawsze ta sama.

Z rzeczy Hani ZAWSZE biorę ręcznik, jej kosmetyki (żel pod prysznic, krem, pasta i szczoteczka, grzebień), podstawowe ubranka (ale nie za dużo), mokre chusteczki, jakąś książeczkę, małą maskotkę i tetrową pieluszkę, bez której moje dziecko nie umie się obejść. Dużo wolnego miejsca robi się, gdy dziecko jest już odpieluchowane i nie trzeba brać pieluch (w końcu tego doświadczam :)). Zawsze profilaktycznie pakuję za to jakiś syrop przeciwgorączkowy i sól morską do noska, bo bardzo często w pomieszczeniach jest zbyt suche powietrze i Hania nie umie swobodnie oddychać. W zimniejszy czas pakuję też kocyk (dopiero od niedawna, wcześniej – kiedy nosiłam małą w chuście – to właśnie ona pełniła funkcję koca;p). I to jest wszystko, co musimy mieć ze sobą. Reszta to naprawdę rzeczy dodatkowe.

W dzień wyjazdu młoda zawsze jest ubierana na cebulkę, żeby część rzeczy miała już na sobie 🙂

W pierwszym roku życia Hani chyba jeszcze panikowałam i zawsze zabieraliśmy łóżeczko turystyczne, teraz już go nie pakujemy. Za to jeśli planowane są dłuższe posiedzenia przy stole (święta czy urodziny) to bierzemy krzesełko do karmienia (ikea, pięknie się składa;p). Gdy była maluchem brałam matę antypoślizgową pod prysznic, teraz już odpuszczam, szczególnie, że kąpiele są teraz dużo krótsze niż kiedyś (o wzięciu wanienki nigdy nie pomyślałam, ostatnio koleżanka o to pytała i zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia).

Wydaje mi się, że raczej jestem minimalistką, ale i tak najwięcej bagażu zajmują ubrania, przede wszystkim Hani (najgorzej jest zimą i jesienią, kiedy brudne tak szybko nie wyschną). Staram się jednak nie brać więcej  niż jedną koszulkę na każdy dzień (+ jedna zapasowa, która zawsze jest w plecaku). Nawet jak dziecko w trakcie urlopu się zbrudzi, co to? Na szczęście nie jeździmy do modnych kurortów, więc koszulka z wczoraj też uchodzi 😉

Z zasady na krótkie wyprawy nie biorę ze sobą też jedzenia, wszystko można przecież kupić po drodze (pakuję tylko kaszkę i robiony przeze mnie mus jabłkowy, który jest naszą zwyczajową przekąską). Jedynie na dłuższe wyjazdy zabieramy kilka słoików z wcześniej przygotowanymi posiłkami (Hania je to co i my). Niestety pomimo szczerych chęci w trakcie wakacji codziennie nie stołujemy się w knajpach, jakoś fundusze nie te ;p

Jak widać, nie ma jednej rady na sprawne pakowanie. Jedno jest pewne, każdy musi zabrać tyle rzeczy, żeby miał wewnętrzny spokój, że wszystko ma. Na szczęście mi wiele do osiągnięcia tego stanu trzeba 😉

Największa szopka w Europie jest w Katowicach!

Okres świąteczno-noworoczny miał być spokojny i niepodróżniczy. I taki jest, choć… nie do końca;p Wracając z sylwestrowej domówki, która była w Mikołowie (Daria – dziękujemy!), zawitaliśmy do Panewnik. W tej dzielnicy Katowic co roku budowana jest jedna z najbardziej znanych bożonarodzeniowych szopek w okolicy. Jak zaczęłam o niej czytać to dowiedziałam się również, że jest to największa w Europie (!) szopka ołtarzowa budowana wewnątrz świątyni. To mnie zaciekawiło… Potem doczytałam też, że jej powierzchnia to prawie 600 metrów kwadratowych, a jej początki sięgają 1908 r.! Całkiem nieźle. Sami widzicie, że mając ją (prawie) po drodze do domu, nie mogliśmy sobie odpuścić tej przyjemności.

Z wizytą u Kopernika

O naszej weekendowej wyprawie do Warszawy wspominałam już na Facebook’u nie raz. Tak więc mam nadzieję, że już wiecie, że było świetnie 🙂 Teraz więcej szczegółów 🙂

Centrum Nauki Kopernik jest naprawdę fajnym, naprawdę dobrze zorganizowanym i nastawionym na turystę miejscem. Nie zgadzam się z osobami, które przekonywały mnie, że z Hanią (dla przypomnienia – 2 latka i dwa miesiące) nie ma sensu tam jechać. Mała miała niesamowitą frajdę z wielu dostępnych tam  atrakcji i to nie tylko tych z przeznaczonej dla dzieci do 6 roku życia części, czyli galerii Bzzz! Atrakcji dla niej było tak dużo, że spędziliśmy tam prawie 5 godzin i… nie zobaczyliśmy wszystkiego.

W części dla najmłodszych dzieci (choć rodzice mają tam nie mniejszą frajdę) Hania budowała drzewo, poznawała odgłosy ptaków, czy oglądała siebie w krzywym zwierciadle. Było tam chyba kilkadziesiąt stanowisk, w tym wiele interaktywnych. Godzina minęła nie wiadomo kiedy 😉

Wspomniane drzewo 😉

Długo nie wiedziałam, którą stroną to zdjęcie obrócić – w każdym razie jest to taki mały lustrzany tunel. Szał! 🙂 Hanka wbiegała do niego (to dosłownie pół metra luster) kilka razy i nie chciała odejść.

Krzywe lustra najbardziej podobały się mamie 🙂 Hania długo nie mogła zrozumieć, skąd taki duuuży brzuszek (- Ale ja nie jadłam obiadku...).

  Równie wiele atrakcji czekało w „dorosłej” części ekspozycji. Hani najbardziej przypadła do gustu ta, która poświęcona była dźwiękom. Kilka razy wracała do gry na różnych instrumentach – butelkach, płytach czy konstrukcji zbudowanej z… patyczków po lodach (albo takich od lekarza, do zaglądania w gardło ;p).

Samodzielnie robione bańki – dla porównania, obok siebie, były „rury” z wodnistą i gęstą, oleistą cieczą.

Do grania na butelkach wracaliśmy kilkukrotnie (są na samym początku zwiedzania, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem na tym początku nie skończymy;p).

I grania ciąg dalszy – kiedy założyło się słuchawki słychać było muzykę).

Rysowanie z tatą – mieli odtworzyć na papierze bryły, które były za kratką. No cóż, Szympruchy bardzo uzdolnione plastycznie nie są 😉

Wiatraki wiały w różnych kierunkach, więc „łódki” pływały w prawo i w lewo. I znowu kilkanaście minut zabawy…

Równie ciekawie było na piętrze – tam poznawaliśmy tajemnice ludzkiego ciała (czy wasze dzieci trzymały w rękach serce? Hania wyjęła je z człowieka, po czym rozłożyła komory (jedna upadła na ziemię). Potem było tylko sławetne: – Ups, zepsuło się serduszko… Mina dziewczyny stojącej koło nas – bezcenna!).

Jeśli nie jest to dobrze widoczne to informuję, że moje dziecko na poniższym zdjęciu jest w… bańce mydlanej 🙂 Ale miała radochę!

Na pożegnanie (przywitanie w sumie też, bo jegomość „stoi” przy kasach i sklepiku, przez który się z Centrum wychodzi;p) była dość długa rozmowa z robotem (- Ja się go już wcale nie boję;p).

* * *
Aaa! Warto też wiedzieć (ja nie wiedziałam i bardzo mi przykro z tego powodu), że podając swojego maila (nie dotarłam do informacji, gdzie te maile się podaje, w każdym razie przy kupnie biletów o nie nie pytano) po wizycie w Centrum można otrzymać efekty naszych aktywności. Chodzi o to, że przy wielu stanowiskach przykłada się kartę chipową i potem nasze wyniki (np. długość skoku w dal, wyniki gry zręcznościowej czy zdjęcie w podczerwieni) przez miesiąc od wizyty można sobie ściągnąć na swój domowy komputer. Jeśli wybierzemy się do Kopernika drugi raz (nie wiem po co to jeśli, na pewno się wybierzemy jak Hania trochę podrośnie) to będę już o tym pamiętała.
* * *

Jedyną rzeczą, której mogę się uczepić jest brak możliwości wcześniejszego kupna biletów przez indywidualnych odwiedzających. Nie umiem tego zrozumieć. Kolejki są tam duże, wręcz owiane legendą (my staliśmy jakieś 20 minut, ale trzeba pamiętać, że był to już czas przedświątecznych przygotowań). Przecież można bez problemu stworzyć system wcześniejszego opłacania takich rezerwacji, wtedy Centrum nie będzie miało żadnych strat, nawet jeśli odwiedzający w końcu się nie zjawi…

I niestety nie polecam jedzenia w tamtejszej stołówce. Zrobiona bardzo fajnie na kształt tej ikeowskiej, ale jedzenie słabe, bardzo słabe 🙁
Informacje praktyczne:
Centrum Nauki Kopernik, www.kopernik.org.pl, Warszawa, ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 20
Godziny otwarcia:
Wtorek-piątek: 9.00-18.00
Sobota-niedziela: 10.00-19.00
Bilety na wystawy stałe (nie wiem jak jednego dnia można skorzystać i ze stałych, i z czasowych – my nie przeszliśmy całości, a byliśmy tam ponad 4 godziny): normalny – 22 zł, ulgowy – 16 zł, rodzinny (rodzinny, 4 osoby, w tym 1-2 dorosłych i dzieci do 19 lat) – 57 zł.
Uwaga! Wstęp wolny jest tylko dla dzieci do 2 lat.

Podróżniczy 2013 rok

Tuż przed Sylwestrem wszyscy snują plany na kolejny rok. No to my też 🙂 Plany – a jakże – podróżnicze. Ciekawe, ile z nich się spełni? Mam cichą nadzieję, że wszystkie, ale wiadomo, że z podróżami z dziećmi jest różnie (choć my na szczęście większych wyjazdów z powodu Hani nigdy odwoływać nie musieliśmy – tfu, tfu, odpukać w niemalowane;p).

Chłopaki, gola – Hania zwiedza stadion w Gdańsku

Nasza reprezentacja rozgrywała wczoraj kolejny mecz. Tym razem Hania nie siedziała na kanapie ze swoim szalikiem kibica, bo była w Katowicach. Nie zmienia to jednak faktu,że kibic z niej prawdziwy, nieważne czy w meczu występują Polacy, czy też nie, wieczór upływa pod hasłem „Poooolska, goooolaaaa!”. Bynajmniej gusta te nie ukształtowały się podczas Euro, wtedy Hania uczestniczyła w kibicowaniu, ale raczej biernie.

Palmiarnia w Gliwicach czyli tropiki w centrum miasta

Zima w pełni. Nie wiem jak wy, ale ja się na razie cieszę (na razie, póki śniegu jest w sam raz, jest bielutki i można robić kulki). Sanki jeszcze nie miały swojej tegorocznej premiery, ale tata już dostał kulką w plecy. Ciekawe kiedy to białe szaleństwo nam się znudzi? Dla tych, którzy już tęsknią za letnimi dniami mam idealną propozycję – zapraszam do Palmiarni w Gliwicach! Hania odwiedziła ją jak miała jakieś pół roku, myślę, że w tym sezonie zimowym powtórzymy tą wyprawę. Palmiarnia znajduje się w samym sercu Gliwic, w Parku im. Chopina. Latem spokojnie można wokół niej spacerować, a w zimie urządzać śnieżne bitwy. Sam budynek jest charakterystyczny i nowoczesny, właśnie trwa jego rozbudowa i bodajże na wiosnę udostępniony zostanie nowy pawilon z akwariami.

Samoloty, helikoptery i inne cuda :)

Może moja postawa nie jest zbyt popularna, ale taka jest prawda – w przeciwieństwie do zdecydowanej większości Polaków nie jestem wielką fanką Krakowa (i Zakopanego, ale to już zupełnie inna historia…). Nie oznacza to jednak, że Hani tam nie zabiorę. Wręcz przeciwnie!

Na razie w Krakowie Hania była raz – w trakcie Euro, więc tłumy były jeszcze większe niż zazwyczaj ;p Niestety jego atrakcje oglądała tylko z tatą, mama w tym czasie była na szkoleniu. W każdym razie z powodu tłumu stacjonujących w mieście kibiców (akurat tego dnia był jakiś mecz) i niesamowitego upału (spokojnie było ponad 30 stopni) dzień taty i Hani był oddalony od centrum. Celem wycieczki było Muzeum Lotnictwa Polskiego. Jest fajne, bo większość „eksponatów” jest na świeżym powietrzu. Na letnie zwiedzanie w sam raz, ale myślę, że jest to równie dobre miejsce na jesienne i zimowe spacery z atrakcjami.

Nie wiem, czy na tych wszystkich maszynach są tabliczki, by ich nie dotykać – w każdym razie Hania miała z  tego wielką radochę 🙂

Prawie jak na pikniku 🙂

 

Szympruchy spędziły w muzeum kilka godzin. Chodzenia było dużo, upał ogromny, to trzeba było potem odpocząć.

Żeby nie było, że matka porzuciła rodzinę 🙂 Wybraliśmy się również na Rynek, ale upał jednak był zbyt duży… Szybki bieg do Smoka i… powrót do domu.

Informacje praktyczne:
Muzeum Lotnictwa Polskiego, www.muzeumlotnictwa.pl, Aleja Jana Pawła II 39, Kraków
Czynne: wtorek – niedziela, 9.00-17.00
Bilety: 10 zł – dorośli, 5 zł – dzieci (Hania mając 1,5 roku wchodziła za darmo). We wtorki wstęp wolny!

Myślę, że to miejsce jest równie fajne na zimowe wizyty – w końcu samolotu nie zasypie ;p A my się w Krakowie pojawimy już w styczniu – pojedziemy zobaczyć szopki 🙂