Które zoo najlepsze?

Zoo jest chyba jednym z miejsc, do którego zabiera się każde dziecko. Sama zazdroszczę mieszkańcom większych miast tego, że mogą sobie wykupić całoroczny bilet do ogrodów zoologicznych. Gdybym mieszkała w Chorzowie czy Katowicach na pewno takowy bym posiadała.

Hania odwiedziła kilka ogrodów zoologicznych, choć nie każdy ze mną i nie każdy świadomie. Kiedyś ze zdjęć się dowie co tam widziała;p Choć w moim numerze jeden – zoo w Pradze – jeszcze nie była, to z pewnością kiedyś i je odwiedzi. Do tej pory Hania była w zoo w Ostrawie (Czechy), Chorzowie (tam była z ciocią i babcią, więc za dużo nie wiem) i Poznaniu. Do tego pierwszego z pewnością nie raz wróci, bo jest naprawdę fajne. I to właśnie o nim więcej napiszę 🙂
Mam to szczęście, że Rybnik, w którym mieszkamy, jest położony o tyle korzystnie, że blisko mam i do Czech, i na Słowację, i do wielu polskich fajnych regionów (dobra, wiem, że morze po drugiej stronie Polski, ale to akurat tak bardzo mi nie przeszkadza, bardziej „górska” jestem). I z tego „czeskiego” kierunku korzystamy chyba najczęściej. Ostrawa w ogóle jest bardzo fajnym miastem, jednym z większych w Czechach, choć wcale tego po niej nie widać. Do zobaczenia jest tam naprawdę dużo (jeden dzień na wszystko nie starczy). Park miniatur (utworzony jeszcze przed tą całą modą na miniatury na każdym kroku, są tam też miniatury przygranicznych budowli, m. in. katowickiej biblioteki czy zamku w Będzinie), starówka, zamek (choć nazwanie tego zamkiem jest wg mnie dużą nadinterpretacją, turystów bym tam nie posłała), była kopalnia (jeszcze nie byłam), no i wspomniane zoo, które jest najczęstszym miejscem naszych podróży (zresztą Polacy to spokojnie 1/3 odwiedzających).
No to w drogę!

Pierwszymi zwierzętami, które spotyka się w ostrawskim zoo są flamingi.

Niedawno na ulicach śląskich miast ostrawskie zoo reklamowało się informacją, że urodziło się tam słoniątko  (chyba pierwsze w Czechach). Faktycznie stanowisko słoni jest tam bardzo fajnie urządzone i można spędzić przy nim naprawdę dużo czasu.

Zoo jest bardzo nastawione na małe dzieci. Można w nim wypożyczyć specjalne wózki dla maluchów, a starszym zafundować przejażdżkę ogrodowym pociągiem. W kilku miejscach urządzono place zabaw, w których i dwulatki mają co ze sobą począć 🙂 No i – co chyba jest już zoologicznym standardem – jest tam też mini zoo, w którym można wejść do zagrody i być naprawdę blisko udomowionych zwierząt (można je też nakarmić zakupioną w automacie karmą) – dla najmniejszych odwiedzających to stanowi największą atrakcję zoo.

ps. dla mnie nie mniejszą atrakcją zoo  i Czech w ogóle są sprzedawane tam langosze i smażony ser, uwielbiam je 🙂

zdj. pochodzi ze strony http://prota.extra.hu (strona przypadkowa, zdjęcie z wyszukiwarki, bo swojego nie mam)

pps. bardzo fajne w tym zoo jest to, że przy wejściu można sobie zabrać (za darmo) jego mapkę lokalizacyjną, tego brakuje mi w wielu miejscach. Niby nic specjalnego, a jednak widać, że o klienta się tam dba (dodatkowo fajne jest to, że obsługa mówi/stara się mówić po polsku, u nas jakoś nigdy nie zaobserwowała, żeby były choćby podpisy w języku czeskim…)

Informacje praktyczne:
Zoo Ostrawa (Zoologicka Zahrada Ostrava)
ul. Michalkovicka 197, Ostrawa (do zoo prowadzi kilka znaków drogowych, więc nie ma problemu z dojazdem, na www są też namiary GPS)
http://www.zoo-ostrava.cz/pl/

Bilety kosztują 80 (dorośli) i 50 koron (dzieci), dzieci do lat 3 wchodzą za darmo.

Godziny otwarcia:
– listopad – styczeń: 9.00-16.00
– luty: 9.00-17.00
– marzec, wrzesień, październik: 9.00-18.00
– kwiecień – sierpień: 9.00-19.00

PS. poza tym w Ostrawie jest świetna imprezowa dzielnica Stodolnia, którą polecam wszystkim, którzy mają z kim zostawić dzieci w domu 🙂

Bieszczadzkie wędrówki 10-miesięczniaka

A właściwie prawie 10-miesięczniaka 🙂 Bieszczady to chyba nasze ulubione góry, szkoda, że są tak daleko od Rybnika;p Góry nie są aż tak wysokie, dzięki czemu nawet ludzie bez kondycji na nie wejdą (a nawet – jak się okazało – wniosą swą latorośl;p). Widoki są przepiękne. Zawsze myślałam również, że jest tam stosunkowo mało turystów (porównując z najbliższymi nam terytorialnie Beskidami) – to niestety jest już przeszłością. W ogóle jadąc na wschód Polski pierwszy raz od kilku lat (i pierwszy raz samochodem, wcześniej zawsze nocny pociąg relacji Katowice-Zagórze) byłam w szoku – jak wiele tam się zmieniło!

Niestety byliśmy w Bieszczadach w samym szczycie sezonu (Kamil tylko w tym terminie miał urlop) – przyjechaliśmy 15 sierpnia. Oprócz nas były więc również tłumy innych turystów. Jak przystało na rodzinę wariatów, do Cisnej, w której mieliśmy wynajętą agroturystykę, jechaliśmy… 3 dni 🙂
Trasa była następująca:
– wyjazd z Rybnika do Rzeszowa – tam nocleg i zwiedzanie miasta (Muzeum Bajek) i okolicy (Łańcut i Krasiczyn), po drodze jeszcze zobaczyliśmy skansen – mini wieś (przy trasie na Rzeszów, obok ekspozycji restauracja z kilkunastoma rodzajami pysznych pierogów :)).

– dojazd do Sanoka i kolejny nocleg – zwiedzanie skansenu.
Polowe warunki w schronisku PTTK – zawsze się w takich „dziwnych” miejscach zatrzymujemy;p

–  dojazd do Cisnej 🙂

Po ciut dłuższej niż myśleliśmy podróży trzeba było trochę odpocząć. Ale już następnego dnia wyruszyliśmy w góry. W kilka godzin później Połonina Wetlińska była zdobyta! Niestety nie poszliśmy już na Caryńską, tylko zeszliśmy na parking. Na całej trasie najmłodsza turystka wzbudzała spore zainteresowanie innych piechurów. Faktycznie, ludzi z dziećmi było sporo, takich w nosidłach też, ale innego takiego malucha nie spotkaliśmy;p

 Kto by przypuszczał, że mama sama wtacha na sam szczyt takiego 10-kilowca;p

W chyba najsłynniejszym bieszczadzkim schronisku – Chatce Puchatka Hanka dostała zasłużonego cycka (jeszcze karmiłam) i można było iść podziwiać widoki. A było naprawdę pięknie, jak to w Bieszczadach 🙂

Musimy tam wrócić jesienią, do tej pory zawsze odwiedzaliśmy te okolice latem. O innych miejscach, które warto odwiedzić w Bieszczadach na pewno jeszcze napiszę 🙂

Oko w oko z żubrem

Z żubrami kojarzy się Białowieża (dobra, wiem, że piwo, ale rozważam jedynie aspekty turystyczne;p), a tu taka niespodzianka – zagroda w samym sercu Górnego Śląska! Pszczyna, bo o niej będzie mowa, jest w ogóle chyba najlepszą nie tylko dla rodzin z dziećmi miejscowością na jedno- czy dwudniowy wypad w województwie śląskim. Hania była w niej kilka razy, za każdym razem „zaliczając” różne atrakcje i różną… pogodę.

Do Pokazowej Zagrody Żubrów w Pszczynie wybraliśmy się kiedy Hania niecałe półtora roku. I był to strzał w dziesiątkę! Dziecko zachwycone. Co prawda bardziej interesował ją dumnie przechadzający się po terenie zagrody paw (no i ten jego piękny pióropusz), niż sam król puszczy, ale co tam. Oprócz pawia są tam też kaczki, muflony, sarenki itp.

 Jest też złowroga gęś (to chyba jest gęś;p), która wzbudziła w Hani przerażenie, szczególnie, że – podobnie jak paw – cieszy się niczym nie ograniczaną wolnością. 🙂

Wracając do samych żubrów – żyje ich w zagrodzie kilka. Każdy z nich ma imię rozpoczynające się na PL, żeby była jasność z jakiej linii pochodzą. Choć teren nie jest bardzo duży, by mieć pewność, że się je zobaczy, należy pojawić się w zagrodzie w porze karmienia. Raczej marne szanse, że zwierzęta z posiłku zrezygnują (to tak jak u Hani;p).

W budynku Ośrodka Edukacji Ekologicznej zobaczyć można wystawę zwierząt występujących w okolicach Pszczyny (wg mnie te wypchane zwierzaki zupełnie nie pasują do miejsca, ale to tylko moje zdanie). Dla starszych dzieci super atrakcją będzie trójwymiarowy film (chyba z 4 D), opowiadający historię sprowadzenia żubrów na tereny ówczesnego Księstwa Pszczyńskiego. Historia pszczyńskich żubrów jest o tyle ciekawa, że gdyby nie one, nie byłoby już linii z Białowieży.

W Pszczynie trzeba jeszcze odwiedzić (lub choćby zobaczyć z zewnątrz, bo piękne;p) Muzeum Zamkowe (kiedyś na pewno napiszę o nim więcej, w końcu to jedno z niewielu miejsc, w których do dziś zachowało się ponad 70% oryginalnego wyposażenia z przełomu XIX i XX w.) i piękny otaczający je park. Na rynku atrakcją dla dzieci będzie ławeczka księżnej Daisy, która była najsłynniejszą mieszkanką tamtejszej rezydencji (jej historię poznają też turyści odwiedzający imponujący, ale pusty w środku zamek Książ).

Informacje praktyczne:
Pokazowa Zagroda Żubrów, ul. Żorska 5, www.zubry.pszczyna.pl
Godziny otwarcia:
– kwiecień – październiki: 9.00-19.00
– listopad – marzec: 9.00-16.00
Godziny karmienia żubrów: 10.00, 12.00, 14.00, 16.00.

Pociągiem nad morze

Ponieważ blog założyłam jak Hania miała prawie 2 latka, wydaje mi się, że i tak nie ma sensu trzymać się chronologii. Wczoraj oglądałam zdjęcia z wakacji, które w tym roku spędziliśmy nad morzem. Ale nie o nich będę pisać.

Pierwszy raz morze (a w zasadzie Zatokę Gdańską) Hania zobaczyła prawie rok wcześniej, bo już w październiku 2011 r. Miała  wtedy niecały roczek i do Trójmiasta dotarła… nocnym pociągiem! Nie ma jak targać dziecko 12 godzin kuszetką;p Niestety Hania trafiła na matkę permanentnie wykorzystującą nadarzające się okazje. Ponieważ musiałam jechać do Gdyni w delegację, a Sopocie mam kuzynkę nie wyobrażałam sobie, by nie wykorzystać tej podróży na krótki odpoczynek (w końcu przynajmniej ja bilet miałam opłacony;p).

Tak więc w piękne, słoneczne październikowe popołudnie (było tak słonecznie jak jeszcze kilka dni temu) nasza trzyosobowa załoga zjawiła się na remontowanym dworcu w Katowicach. Widok był przeuroczy – mama, tata, dziecko, walizka, plecak, wózek… i to wszystko wpakowało się do kuszetki, w której na szczęście nikt więcej się nie pojawił.

Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale mieliśmy do dyspozycji tylko moją starą komórkę;p

Po godzinie 5 rano Hania i Kamil (i oczywiście wózek) wysiedli w Sopocie, ja pojechałam dalej do Gdyni i tam spędziłam cały dzień. Oni za to zaliczyli pierwszą wizytę na molo, gdzie wiało tak mocno, że głowy były prawie pourywane… (zdjęcie jest z następnego, już spokojniejszego dnia;p).

Następnego dnia była już piękna pogoda (normalnie, jakby czekała na mój wolny czas :)) Plan nadmorskiego weekendu nie był bardzo napięty, ale kilka miejsc było obowiązkowych do zobaczenia – centrum Gdańska z nowym (wtedy) Muzeum Bursztynu, gdyński port i Akwarium, no i oczywiście Sopot.
Hania na plaży stawiała swoje pierwsze kroki (jeszcze podtrzymywana za obie ręce, sama zaczęła chodzić dopiero jakieś 3 miesiące później). Nie mamy zdjęcia w obowiązkowym miejscu, a więc pod Neptunem, bo… nie było go! Jeśli ktoś wie, czy już wrócił to proszę o info 🙂

Muzeum Bursztynu – miałam co do niego wielkie oczekiwania i – przyznaję – trochę się zawiodłam. Niby multimedialne, a jednak jeszcze w starym stylu 🙁 Kilka fajnych multimediów znajdą dla siebie starcze dzieci. Ogólnie miejsce warte polecenia, ale nie należy się aż tak nastawiać jak ja;p

 Gdyńskie Akwarium – pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne! Miejsce wprost stworzone dla rodzin z dziećmi, dostępne były wózki, w których mogły siedzieć małe dzieci, w toalecie przewijak… Sama wystawa już raczej takiej prorodzinności nie wykazuje, mimo to Hani rybki bardzo się podobały 🙂 No i największe załamanie z mojego punktu widzenia (choć wielu rodziców pewnie jest z tego powodu szczęśliwych;p) – ani grama sklepiku, w którym można dziecku zakupić akwariowy gadżet…

Szczegóły:
Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie, Aleja Jana Pawła II, www.gdynia.akwarium.pl

ps. w Gdyni byłam w jednym z bardziej profesjonalnie prowadzonych punktów informacji turystycznej nad morzem (czego np. o jednym z punktów w Gdańsku powiedzieć nie mogę).

pps. będąc w Gdyni odwiedźcie tamtejszy szlak kulinarny – to pierwszy miejski szlak kulinarny w Polsce, bardzo fajnie zorganizowany, są na nim każdego rodzaju lokale, zarówno te przyjazne, jak i zupełnie nieprzyjazne rodzinom z dziećmi – wszystkie lokale i ich wyróżniki na www.kulinarnagdynia.pl.

Hania w browarze

Na pierwsze prawdziwe wakacje przyszedł czas kiedy Hanka miała 4,5 miesiąca. Za cel wzięliśmy najbliższe nam góry, a więc Beskidy. W przytulnej agroturystyce w Istebnej byliśmy sami. Kiedy gospodarze dowiedzieli się, że przyjedziemy z niemowlakiem bardzo się postarali i… nagrzali nam pokój prawie do 30 stopni! Nie ma jak w środku zimy spać przy otwartym oknie 🙂

W ciągu chyba tygodniowego pobytu Hania nie tylko pochodziła po górach, ale odwiedziła też… browar. O dziwo do Browaru w Żywcu wpuszczane są wszystkie dzieci (w tyskim osoby poniżej 18 roku życia są odprawiane z kwitkiem). Nie mogą wejść (a w naszym przypadku – być wniesione;p) jedynie do hali produkcyjnej, ale do niej kupuje się oddzielny bilet.


Mała była dla zwiedzającej z nami grupy turystów nie mniejszą atrakcją niż sam browar (dziwnie się czułam, bo widziałam, że ukradkiem robią nam zdjęcia komórkami…). A ten jest naprawdę warty obejrzenia – i nie polecam go jedynie dlatego, że w pracy zajmuję się promocją turystyki w województwie śląskim 🙂

Turysta odwiedzający żywiecki browar ogląda multimedialne wystawy poświęcone sposobowi wyrobu złocistego trunku, ale także historii Browaru, Żywca i rodziny Habsburgów, w której rękach browar był aż do wojny. Dla młodszych (ale dorośli mają równie wielkie oczy) atrakcją jest przeniesienie się wehikułem czasu na XIX-wieczną żywiecką uliczkę oraz widok linii produkcyjnej z perspektywy… butelki. Sam nowoczesny zakład produkcyjny jest nie mniejszą atrakcją. No i świeże piwo na zakończenie zwiedzania (w cenie biletu, niepełnoletni i – niestety – kierowcy dostają sok).

O tym, że całe muzeum (jak ta nazwa nie pasuje do tego miejsca) jest na naprawdę europejskim poziomie świadczy też fakt, że wychodząc… przechodzi się przez sklepik z pamiątkami. Mała rzecz, a z pewnością niebywale zwiększa przychody ze sprzedaży piwnych gadżetów. No, ale może tylko ja zwracam na takie rzeczy uwagę;p

 ps. cała moc atrakcji Hani chyba nie zachwyciła, większość wycieczki… przespała w chuście.

Informacje praktyczne (a jak :)):
Muzeum Browaru Żywiec, ul. Browarna 88, Żywiec, www.muzeumbrowaru.pl
Muzeum czynne od wtorku do niedzieli.
Obiekt leży na Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego.
Bilety najlepiej rezerwować, browar jest naprawdę oblegany.
Spokojnie można polecić to miejsce osobom niepełnosprawnym i obcokrajowcom (przewodnicy, w cenie biletu, oprowadzają wycieczki w kilku językach).

A na koniec pamiętajcie!

Pierwsza górska wędrówka

Istebna jest jedną z moich ulubionych górskich miejscowości. Pomimo tego, że ją (i całą Trójwieś) odwiedzają tłumy turystów, zachowała swoją „góralskość”. Folklor z wszechobecnymi koniakowskimi koronkami na czele, chyba najpiękniejsze widoki (warto pomęczyć się i przejechać chyba jedną z najbardziej zaniedbanych dróg, prowadzącą przez Koniaków – wrażenie wizualne naprawdę wszystko rekompensują;p) i pyszna kuchnia (ale o niej napiszę pewnie kiedy indziej). Przy okazji dostępne i dla rodzin z małymi dziećmi trasy, począwszy od niziutkiej Ochodzitej, na którą bez problemu wdrapie się każde dziecko, na zboczach Kubalonki skończywszy.

Jest Hania, są podróże!

Wszystko zaczęło się 3 listopada 2010 r. kiedy z wielkim krzykiem (dziecka i mamy, oczywiście) na świecie pojawiła się Hania. Pierwszą podróż odbyła tradycyjnie, jak większość dzieciaczków 3 dni po urodzeniu. Droga ze szpitala do domu – pomimo tego, że była to spokojna niedziela – zajęła jej trochę więcej czasu niż powinna… Przejęty tata jechał z dzieckiem na pokładzie jakieś 30 km/h.