Majówkowe dylematy

Nie wiem jak jest u was, ale ja mam mnóstwo pomysłów na majówkowe jednodniowe wyjazdy (bo na dłużej nie wyjeżdżam z zasady – nie lubię odpoczywać w tłumie innych ludzi ;p). Problem w tym, że średnio co dwa dni moje plany ulegają zmianie, bo:
– nagle z zapowiadanych upałów nici i jednak będzie padać (a ja 3 dni w plenerze nam wymyśliłam)
– dzieci już chorują, jak nie Hania (odpukać, na razie lekki katar, ale to od ciągłego biegania na dworze – taka jest oficjalna wersja i jej się zamierzam trzymać), to dzieci znajomych, z którymi się umawiamy
– miejsca, które sobie wymyśliłam są… zamknięte (no to już w ogóle jakieś przegięcie, żeby branża turystyczna odpoczywała wtedy kiedy sezon w pełni…)

Przyznaję, że sama jestem ciekawa co z tych majówkowych planów wyjdzie. Może pojedziemy całkowicie spontanicznie (bo mimo wszystko cały czas mam nadzieję, że gdzieś się jednak wybierzemy). W końcu muszę wam na blogu coś opisać, prawda? Dlatego proszę o trzymanie kciuków za nas i wszystkie osoby, z którymi PLANUJEMY się spotkać!

A wy jakie macie plany na najbliższe wolne dni? Może i wy mnie zainspirujecie? 😉

Przygotowania do podróży

Nie wiem jak jest u Was, ale mnie wymyślanie nowych podróżniczych destynacji sprawia taką samą frajdę jak samo podróżowanie. Wiadomo, dla dziecka wycieczka jest tym lepsza, im więcej się można na niej dowiedzieć. A nie wszędzie czekają przewodnicy. Co więcej, rzadko trafiają się (przynajmniej mnie) przewodnicy, którzy umieją zaciekawić dzieci (i nie chodzi mi tu o takie maluchy jak Hania;p).

Odkąd jeździmy z Hanią, staram się zawsze znaleźć atrakcję tylko dla niej. Wiadomo, że do Pszczyny jedzie się, by zobaczyć jedną z najwspanialszych w Polsce rezydencji. Ale jest tam też Zagroda Żubrów (pisałam już o niej tutaj). Będąc w Krakowie można zobaczyć Wawel, można też wziąć maluchy do Muzeum Lotnictwa. Jadąc do Łodzi można oczywiście pójść do Manufaktury. Ale oprócz zrobienia zakupów trzeba tam wstąpić do Experymentarium (oj mamy to w planach :)). Zapewniam, że w każdej miejscowości znajdzie się coś dla dzieci ciekawego  (choćby fajny plac zabaw czy tak ostatnio popularne siłownie na wolnym powietrzu). No ale może wrócę do tematu – bo miało być o przewodnikach dla dzieci 🙂

Jakiś czas temu zaczęłam takowych szukać, bo Hania bardzo lubi książeczki. No i przyznaję, że bardzo się zawiodłam 🙁 Tak naprawdę w księgarniach nie ma przewodników pisanych z myślą o dzieciach 🙁 Jest kilka z dopiskiem „dla dzieci”, ale w większości są to normalne przewodniki, do których dodano dziecięce atrakcje (ale już o atrakcjach typu sztolnie czy zamki pisano już w tradycyjny, „dorosły” sposób). Szkoda 🙁


 Drugi zawód – te książki, które wynalazłam, mają albo wyczerpane nakłady, albo są po prostu trudno dostępne.No i skąd ja mam je wziąć? 😉

Wg mnie, spośród popularnych przewodników, na uwagę zasługuje Przewodnik po Polsce dla dzieci Kropka PeEl.

Ostatnio znalazłam też taką serię (niestety tylko w internecie, nie miałam jej w rękach, więc piszę o niej trochę w ciemno). Wydaje mi się, że książki mogą być naprawdę fajne – może ktoś z was którąś z nich ma?

Jest też seria aż 7 przewodników po Warszawie, ale też w rękach jej nie miałam. W każdym razie książeczki są m. in. o Marszałkowskiej, Starym i Nowym Mieście czy Krakowskim Przedmieściu. Może ktoś z was ma którąś z tych części? Chętnie je zobaczę.

Coraz więcej jest na szczęście „lokalnych” wydawnictw dedykowanych najmłodszym. To najczęściej nie tyle przewodniki, co bajkowe opowieści o zwiedzanych obiektach. My mamy np. książeczkę z Toszka (miejscowość w województwie śląskim), w której historia tamtejszego zamku opisana jest za pomocą legendy o Złotej Kaczce. Dodatkowo książka jest też kolorowanką (można ją chyba jeszcze kupić na zamku).

Z mojego podwórka bardzo wam polecam przewodnik dla dzieci po województwie śląskim – „Śląskie dla dzieci. Na pogodę. Na niepogodę”. O to bezpłatne wydawnictwo pytajcie w punktach informacji turystycznej, na targach turystycznych. Można je też pobrać z internetu – tutaj.

 Mam nadzieję, że uda się wam je zdobyć, bo naprawdę warto (i nie piszę tego tylko dlatego, że w tym wydawnictwie maczałam palce;p).

Dzieci też z pewnością zainteresują się mapami. Jedną od kilku miesięcy noszę w torebce. Mapa wrocławskich krasnali – bo o niej mowa – była już kilka razy przez Hanię „studiowana”. Mam nadzieję, że w maju uda nam się poszukać krasnoludków w „realu” 😉

Znalazłam też książeczkę o Wrocławiu. Wydawała się idealna, ale potem wyczytałam, że aż roi się w niej od błędów merytorycznych 🙁

Chciałabym Hani kupić też atlas świata. Myślałam o tym, który wydali twórcy książeczek z serii Mamoko. Niestety, nakład wyczerpany, na allegro używanych brak 🙁 Jeśli będziecie ją gdzieś widzieć, dajcie mi znać ;p

Hani przewodnik po świecie

Udało się! Już dawno temu na Facebook’u pisałam Wam o książce, którą Kamil napisał Hani. Miała być „wydana” na jej drugie urodziny (3 listopada), potem na Mikołaja, jeszcze później święta… ale jakoś nie nadążaliśmy za czasoprzestrzenią 😉 No i w końcu się udało! Wyszło więc, że to prezent na wyzdrowienie 😉

Ciekawe przygody Chomika Rogera będą nam na pewno towarzyszyły w niejednej podróży 🙂

PS. Rogera narysowała nam Weronika, którą znajdziecie tutaj.

Co do plecaka?

Ponieważ chorobowy pogrom w rodzinie Szympruchów trwa, zimowe wycieczki są zawieszone 🙁 Zamiast pisać o miejscach, w których byliśmy latem, wolę pociągnąć temat pakowania. W końcu zaczęły się ferie, pewnie więc wielu z Was już wyjechało/wkrótce wyjedzie na zimowy wypoczynek. Tygodniowy czy krótszy, i tak rzeczy do zabrania jest mnóstwo. O pakowaniu pisałam już tutaj. Dziś będzie o drugim po walizce najważniejszym pakunku – plecaku. Bez niego nie ma wyjazdów 😉

Nawet jeśli wyjeżdżacie na tydzień, bądź dwa, na codzienne wyjścia, choćby na miasto, bierze się i tak multum rzeczy. Na szczęście im większe dziecko, tym tych rzeczy jest mniej, mam więc nadzieję, że wkrótce wystarczy moja torebka. Na razie zawsze staramy się mieć ze sobą mały plecak. Mieści się w nim dużo, a przy okazji najłatwiej z nim się poruszać.

Co więc zawsze jest w plecaku?
– woda – mała butelka, najlepiej z „dziubkiem”
– jedzenie, a raczej jakieś przekąski (banan, mus jabłkowy (koniecznie z cynamonem;p), jakieś herbatniki czy „żujki”), kiedy Hania była mniejsza braliśmy też jakiś awaryjny słoiczek z obiadkiem
– mokre chusteczki – każda mama wie, że one przydają się zawsze;p
– awaryjna koszulka czy spodenki na przebranie + pampers (odpieluchowane dziecko to skarb, który na szczęście już posiadam, ale na wszelki wypadek pieluszkę jeszcze wozimy)
– książeczka do czytania lub wyklejania jako uspokajacz + mała maskotka (Zygmunt, kotek lub nowy przyjaciel, piesek Różowczyk)
– pieluszka tetrowa – to atrybut Hani, bez którego nie pójdzie spać i np. nie uspokoi się kiedy dzieje się coś dziwnego
– nosidło mai tei (chyba że jedziemy z wózkiem, ale ostatnio zdarza się to bardzo rzadko).

No, i to wszystko! 🙂 Zapewniam Was, że to akurat zawartość standardowego małego plecaka. Kamil sobie spokojnie z takim pakunkiem na plecach radzi (jeśli w użycie idzie nosidło to raczej na moje niż jego plecy, więc mam ciężej;p).

Jak się przygotować do drogi?

Kilka osób pytało mnie jak najlepiej przygotować się do podróżowania z małym dzieckiem. No to postanowiłam napisać kilka moich przemyśleń 🙂 Pewnie nie będzie to nic odkrywczego, ale może niektórych z Was przekona, że podróżowanie w maluchem to nic strasznego 🙂

Ogólnie, im mniejsze dziecko, tym wg mnie lepiej, szczególnie jeśli jest karmione piersią, a rodzice nie boją się chustowania. Po ostatniej wizycie w Warszawie po raz kolejny przekonałam się, że podróże z wózkiem nie mają sensu – nasze miasta naprawdę nie są do nich przystosowane. No, ale to już jest na miejscu, a jak się w ogóle wybrać?

Zazwyczaj wyjazdy z dzieckiem staram się planować dużo wcześniej, ale ma to raczej związek z ogólnym tempem życia, Kamila pracą (co druga sobota zajęta), no i dostosowaniem się do planów osób, które zamierzamy odwiedzić (zawsze, nawet przy okazji dwutygodniowych wakacji, staramy się „po drodze” spotkać z dawno nie widzianymi znajomymi). Tak więc na początku jest plan! Potem, potem to już nie zawsze 😉 Logistyka obejmuje miejsca do odwiedzenia, ceny biletów, potrzebne adresy. Reszta, szczególnie pakowanie, to już większy spontan…

Staram się, by na weekendowe wyjazdy brać tylko jedną małą walizkę na kółkach. Do tego plecak, do którego zmieści się jedzenie (woda + jakieś kanapki, owoce czy jogurty), zestaw ubranek dla Hani na zmianę, mokre chusteczki (te muszą być zawsze i wszędzie!) i nosidło (w naszym przypadku sztruksowy mei tai, ładnie się składa i upycha;p). Na dłuższe wyjazdy wiadomo – walizka jest już większa, ale baza jest zawsze ta sama.

Z rzeczy Hani ZAWSZE biorę ręcznik, jej kosmetyki (żel pod prysznic, krem, pasta i szczoteczka, grzebień), podstawowe ubranka (ale nie za dużo), mokre chusteczki, jakąś książeczkę, małą maskotkę i tetrową pieluszkę, bez której moje dziecko nie umie się obejść. Dużo wolnego miejsca robi się, gdy dziecko jest już odpieluchowane i nie trzeba brać pieluch (w końcu tego doświadczam :)). Zawsze profilaktycznie pakuję za to jakiś syrop przeciwgorączkowy i sól morską do noska, bo bardzo często w pomieszczeniach jest zbyt suche powietrze i Hania nie umie swobodnie oddychać. W zimniejszy czas pakuję też kocyk (dopiero od niedawna, wcześniej – kiedy nosiłam małą w chuście – to właśnie ona pełniła funkcję koca;p). I to jest wszystko, co musimy mieć ze sobą. Reszta to naprawdę rzeczy dodatkowe.

W dzień wyjazdu młoda zawsze jest ubierana na cebulkę, żeby część rzeczy miała już na sobie 🙂

W pierwszym roku życia Hani chyba jeszcze panikowałam i zawsze zabieraliśmy łóżeczko turystyczne, teraz już go nie pakujemy. Za to jeśli planowane są dłuższe posiedzenia przy stole (święta czy urodziny) to bierzemy krzesełko do karmienia (ikea, pięknie się składa;p). Gdy była maluchem brałam matę antypoślizgową pod prysznic, teraz już odpuszczam, szczególnie, że kąpiele są teraz dużo krótsze niż kiedyś (o wzięciu wanienki nigdy nie pomyślałam, ostatnio koleżanka o to pytała i zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia).

Wydaje mi się, że raczej jestem minimalistką, ale i tak najwięcej bagażu zajmują ubrania, przede wszystkim Hani (najgorzej jest zimą i jesienią, kiedy brudne tak szybko nie wyschną). Staram się jednak nie brać więcej  niż jedną koszulkę na każdy dzień (+ jedna zapasowa, która zawsze jest w plecaku). Nawet jak dziecko w trakcie urlopu się zbrudzi, co to? Na szczęście nie jeździmy do modnych kurortów, więc koszulka z wczoraj też uchodzi 😉

Z zasady na krótkie wyprawy nie biorę ze sobą też jedzenia, wszystko można przecież kupić po drodze (pakuję tylko kaszkę i robiony przeze mnie mus jabłkowy, który jest naszą zwyczajową przekąską). Jedynie na dłuższe wyjazdy zabieramy kilka słoików z wcześniej przygotowanymi posiłkami (Hania je to co i my). Niestety pomimo szczerych chęci w trakcie wakacji codziennie nie stołujemy się w knajpach, jakoś fundusze nie te ;p

Jak widać, nie ma jednej rady na sprawne pakowanie. Jedno jest pewne, każdy musi zabrać tyle rzeczy, żeby miał wewnętrzny spokój, że wszystko ma. Na szczęście mi wiele do osiągnięcia tego stanu trzeba 😉