Oko w oko… z wielorybem

Jadąc w wakacje nad morze mieliśmy ogólny plan. Kilka rzeczy do zobaczenia, potem błogie lenistwo na plaży. Tylko że na tej plaży strasznie wiało… No i kilka dni musieliśmy sobie zorganizować poza nią.

Stojąc w korku w okolicach Władysławowa widzieliśmy kilkanaście bilbordów (mam zboczenie zawodowe i wszystkie reklamy zawsze zauważę;p), a na nich napis Ocean Park lub Oceanarium.No więc po tym, jak na plaży prawie urwało nam głowy, postanowiliśmy sprawdzić co to za nowa atrakcja. Szczerze napiszę, że myślałam, że to jakieś nowe Oceanarium (nie miałam dostępu do netu, więc jechaliśmy totalnie w ciemno), w trakcie jazdy tłumaczyłam Hani, że zobaczy takie wielkie akwaria, a w nich rybki. No i się zdziwiłam…

Oceanarium okazało się parkiem, w którym pokazano kilkadziesiąt gipsowych morskich zwierząt w naturalnych rozmiarach. Jest orka, wieloryb, foki, słoń morski, płaszczka, kilka rekinów… Jednym słowem – cały ocean 😉

Cały park zlokalizowany jest w byłym kamieniołomie (nie wiało;p). Jego główną atrakcją jest wieloryb. Ok, całość robi wrażenie, ale… gdybym nie miała dziecka na pewno bym się tam nie pojawiła  (śmiesznie wyglądały te zakochane parki robiące sobie zdjęcie przy… orce;p) Ale Hani się podobało, szczególnie, że obok tych wielkich zwierząt do dyspozycji dzieciaków jest też tam kilka placów zabaw. I to jakich! Tam byliśmy najdłużej.


Myślę, że jeśli wybieracie się zimą nad morze, to to miejsce może być uzupełnieniem dla codziennych spacerów 😉

Informacje praktyczne:
Ocean Park, ul. Żwirowa, Władysławowo, www.oceanpark.pl

Bilety: ulgowy – 15 zł, normalny – 20 zł (dzieci do lat 3 wchodzą za darmo)
W sezonie zimowym (listopad – marzec) czynne od 10.00 do 16.00.

Chłopaki, gola – Hania zwiedza stadion w Gdańsku

Nasza reprezentacja rozgrywała wczoraj kolejny mecz. Tym razem Hania nie siedziała na kanapie ze swoim szalikiem kibica, bo była w Katowicach. Nie zmienia to jednak faktu,że kibic z niej prawdziwy, nieważne czy w meczu występują Polacy, czy też nie, wieczór upływa pod hasłem „Poooolska, goooolaaaa!”. Bynajmniej gusta te nie ukształtowały się podczas Euro, wtedy Hania uczestniczyła w kibicowaniu, ale raczej biernie.

O wyższości morza nad górami…

Tak, to ja napisałam ten tytuł! Pomimo tego, że jestem zadeklarowaną fanką turystyki górskiej i stojąc przed wyborem góry/morze zawsze wybiorę te pierwsze, jest jedna rzecz, którą woda wygrywa – to zachód słońca (wschód teoretycznie też, ale nigdy nie miałam siły wstać i samodzielnie się o tym przekonać :)). W Białogórze zachody słońca „zaliczyliśmy” dwa. Była też trzecia wyprawa, ale… się spóźniliśmy ;p
Nie będę dużo pisała (zauważyłam, że mam ku temu dość dużą tendencję), akurat w tym wpisie wystarczą zdjęcia 🙂
Tak było pięknie:

Wakacje nad morzem

To był najdłuższy wyjazd Hani – w sumie poza domem była aż 20 dni! Pomimo tego, nad samym morzem była dni 16… Jakim cudem? Oczywiście wszystko przez przystanki w podróży :). Tym razem czekał ją nocleg w Poznaniu (a właściwie w Komornikach pod Poznaniem), a w drodze powrotnej 2 dni pod Częstochową u dziadków. Nieskromnie powiem, że wyjazd był super. Pomimo tego, że nie jesteśmy wielbicielami morza, odpoczęliśmy jak nigdy.

Urlop spędziliśmy w miejscowości idealnej dla rodzin z małymi dziećmi. Gdybym miała określić ją jednym słowem, chyba byłoby to słowo „dziura”. I w pełni nam to odpowiadała. Napiszę wręcz więcej – do Białogóry na pewno jeszcze wrócimy. Spokój, brak tłumów turystów, najpiękniejsza i najszersza plaża jaką w życiu widziałam, mało wszechobecnej komercyjnej papki – dla mnie super. Był też jeden minus, który Hania zauważyła dopiero po czasie (a właściwie po 10 dniach – kiedy to pojechaliśmy do Sopotu) – brak muszelek na plaży.
Białogóra jest idealna dla małych dzieci – większe w przypadku braku pogody mogą się tam nudzić. My spędziliśmy tam sam koniec sezonu, który w Białogórze przypada na sierpień (nie wiem dlaczego nie przedłużają sezonu, ostatniego sierpnia nie było już czynnego żadnego lokalu, nie można było zjeść ani ryby, ani pysznych gofrów, ale o tym napiszę kiedy indziej ;p). Dobrze więc, że nie zdecydowaliśmy się na wrześniowy pobyt tak jak planowaliśmy na początku .

My mieszkaliśmy w domu znajomych, ale z kwaterami nie ma tam najmniejszego problemu. Są pokoje, kwatery w agroturystyce, miejsca w pensjonatach. Wiele z nich jest nastawionych na przyjmowanie właśnie rodzin z małymi dziećmi (mają łóżeczka, przewijaki, huśtawki w ogrodzie itp.). 
Z ogólnodostępnych atrakcji dla maluchów są plac zabaw i stadnina koni, w której zobaczyć można też inne zwierzęta. Wielkim przeżyciem są też podróże dorożką ciągniętą przez jednego lub dwa konie – chyba każda rodzina choć raz z tego skorzystała 🙂 Po pierwsze dlatego, że za 2 zł można dziecku sprawić naprawdę wielką frajdę, po drugie – do plaży jest jednak kawałek (pieszo idzie się jakieś 20 do 30 minut, w zależności ile gratów na plażę się ze sobą bierze;p). Do głównego wejścia na plażę idzie się asfaltem (i tam jeżdżą bryczki i riksze), ale my rzadko z niego korzystaliśmy (taaa, to zejście było bardziej komercyjne :)). Kilkaset metrów dalej było zejście przez las, dużo bardziej klimatyczne, ale w części szło się piaskiem, więc niepolecane dla osób z wózkami (my nosidłowi, więc problemu nie było). Choć oczywiście wielu było takich, którzy przez te wydmy ciągnęli wózki wypełnione plażowym sprzętem;p 

Sama plaża była boska – szeroka, z drobniutkim i czystym piaskiem i – to najważniejsze – prawie pusta! Zdarzyło się nam, że nie widzieliśmy na niej innych osób (fakt, że było to w dzień, w którym naprawdę wiało, ale przecież od czegoś są ciepłe bluzy i kaptur :)). 

Hania była nad morzem drugi raz, ale dopiero teraz miała z niego frajdę. Zresztą, zobaczcie sami 🙂