9 polskich miast idealnych na weekend z dziećmi, na majówkę też. Plus zagraniczny bonus ;)

Majówka w mieście? Kto to widział? Choć tegoroczna może do najdłuższych nie należy, i tak można (i warto) ją dobrze wykorzystać. Wiadomo, w pierwszych dniach maja WSZYSCY się gdzieś wybierają. Przecież trzeba, to taki nieoficjalny początek wakacyjnych wyjazdów. W zdecydowanej większości popularnych miejsc od dawna nie ma już wolnych miejsc noclegowych (w normalnych cenach oczywiście). Co więc począć? My zawsze idziemy trochę pod prąd, bo na majówki najczęściej wybieramy miasta. Tak, miasta. Dlaczego? Bo jest w nich wtedy pusto. Przecież wszyscy są na majówce…

POLIN i spółka, czyli Warszawa da się lubić!

Warszawa była ostatnim punktem naszego tegorocznego urlopu. Loty do Modlina były sporo tańsze niż te do Katowic, więc tak przy okazji… Przecież każda powód do spotkania ze znajomymi jest dobry, prawda? Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Warszawa naprawdę da się lubić, choć wysiadając w okolicach Centralnego zazwyczaj muszę to sobie 2-3 razy powtórzyć (ale halo, halo, przecież na co dzień przebywam w Katowicach, które wciąż zmagają się z – zupełnie nie zasłużonymi – niezbyt przychylnymi opiniami). Gdy idzie się „w miasto” jest już dużo lepiej. Tym razem spędziliśmy w Warszawie prawie dwa dni, ale ze względu na temperaturę (byliśmy w trakcie nieziemskich sierpniowych upałów, których na szczęście już nie pamiętamy) nie zwiedzaliśmy szczególnie dużo. Z naszych (moich) nieco rozdmuchanych planów zostały dwa punkty – POLIN, czyli Muzeum Historii Żydów Polskich i kawiarnia 8 stóp, a w niej spotkanie z w sumie dobrą znajomą z internetu.

Buszowanie w Łazienkach

No to zaczynamy serię wakacyjnych wpisów 🙂 Na początek… Warszawa. I to w plenerze, tego jeszcze nie było! Nie było, dlatego że my tak jakoś zawsze przelotem przez tą naszą stolicę, a teraz miałyśmy 1,5 dnia do zagospodarowania, co za rozpusta ;P No i tłum przewodników – dziewczyny, dziękujemy!!!

Zanim jednak dotarłyśmy na miejsce odbył się niecodzienny piknik. W autobusie jajeczko musi być ;P Ponieważ jechałyśmy z ciocią Darią nie obyło się bez wpadnięcia w pętlę czasu – Polski Bus był na miejscu pół godziny po czasie.

Po ogólnym ogarnięciu się pojechałyśmy na mały rekonesans w centrum (tak, Hania widziała wielką palmę ;p). Przeszłyśmy się Krakowskim Przedmieściem, zobaczyłyśmy Barbakan.

Spacer zakończyłyśmy przy fontannach. Na pokaz było jeszcze za wcześnie, Hani jednak w zupełności wystarczyła wersja mini. Dzieciaki miały tam naprawdę wielką frajdę, bo nie dość, że woda jest ładnie podświetlona, to jeszcze co chwilę czeka na nie jakaś atrakcja – woda znikała, zmieniała się wysokość jej strumienia albo… przeskakiwała na drugą stronę. Fan był dopóki nie zaczęło kropić, a potem lać (Hani to specjalnie nie przeszkadzało, bardziej towarzyszącym jej dorosłym, którzy zarządzili odwrót).

Następnego dnia rano pogoda była już o niebo lepsza. Nasza warszawska ekipa udała się więc do Łazienek. W tak dużym parku Hania jeszcze nie była! Oj wybiegało mi się dziecko jak mało kiedy. A że za towarzysza miała kolegę Filipa, zabawa była naprawdę przednia.

Idąc do Łazienek miałam nadzieję, że spotkamy choć jedną wiewiórkę – opowiadałam o nich Hani, a potem nagle zaczęłam się zastanawiać, czy kojarzę je z Łazienek, czy z Wilanowa… A że moje dziecko jest dość pamiętliwe i obiecanych rzeczy stanowczo się domaga możecie sobie wyobrazić, że stres był dość duży 😉 Na szczęście udało się, na swojej drodze spotkaliśmy nie jedną, a kilka wiewiórek. Ich odwaga zawsze mnie zadziwia, dla orzeszka zrobią naprawdę wszystko 😉

Oprócz żywych wiewiór w całym parku porozstawiane były również kolorowe figurki tych gryzoni. Na początku nie wiedzieliśmy o co chodzi, potem jednak okazało się, że w całych Łazienkach odbywają się plenerowe koncerty. Sceny nazwane są wg kolorów, jakie mają towarzyszące im wiewiórki. Hani koncerty baaardzo się spodobały. W trakcie jednego leżała sobie w słońcu na leżaczku i słuchała z zamkniętymi oczami!

W trakcie koncertów można zbierać specjalne kolorowe naklejki (znowu od koloru „sceny” vel figurek wiewiórek). Sama ulotka kosztuje złotówkę, za to po zebraniu chyba 5 (teraz nie pamiętam już dokładnie) jej nabywca może wraz  z rodziną bezpłatnie zwiedzać budynki w Łazienkach. Myślę, że to fajna opcja dla warszawiaków – gdybym planowała dłuższy pobyt na pewno bym z tej okazji skorzystała, szczególnie że Hania ostatnio głośno domaga się wizyty w muzeum (mam wrażenie, że dziecko robiące afery, bo mama nie chce z nim iść do kolejnego muzeum jest swego rodzaju ewenementem ;)).

Oprócz koncertów przez całe lato bardzo blisko pałacu na wodzie jest strefa zabaw dla dzieci. Maluchy mogą zostać wirtualnymi dyrygentami (tego Hania jeszcze nie łapała), wziąć udział w warsztatach muzycznych (nie mieliśmy czasu, bo trwają bite dwie godziny, ale wyglądało, że są naprawdę fajne), w końcu pobawić się różnymi drewnianymi instrumentami czy porysować. Hania – jak zawsze ostatnimi czasy – wybrała kredki. Przy stanowiskach dzieci była animatorka, rodzice mogli więc spokojnie usiąść sobie z boku na specjalnie przygotowanym kanapach i siedziskach (z logo sponsora oczywiście;p). Brakowało tylko aromatycznej kawy…

PS. Na wspomnianą wyżej kawę poszliśmy na kawiarni za pałacem na wodzie – nie chodźcie tam! Nie dość, że kawa była niedobra, źle podana (do espresso nie dostałam wody), to jeszcze kelner nie wydał mi całej reszty, bo… nie miał drobnych. (za to gofry mieli dobre, ale złe kawowe wrażenie pozostanie we mnie na zawsze).

* * *
Na koniec ciekawostka – czy widzieliście kiedyś białego pawia? My już tak… Ale był dziwny 😉

Hania jedzie na wakacje :)

Jupi, jupi! Już odliczamy dni do naszych wakacji 🙂 W tym roku będzie zupełnie inaczej niż zawsze – nie jedzie tata! (tak, tak, nowa praca, urlop po 1,5 miesiąca niekoniecznie wg nas jest wskazany ;P). No cóż, musimy sobie poradzić z Hanią same, ale kto jak nie my? 😉 Na szczęście w tym samym kierunku będą zmierzali znajomi, jest więc szansa, że ktoś zaalarmuje rodzinę w razie jakiś opóźnień z naszej strony 😉

Plan mamy (mam nadzieję) dość prosty:
1. Jedziemy (Polskim Busem) z Katowic do Warszawy, w której spędzamy popołudnie i cały następny dzień. Do zwiedzenia mamy Łazienki, do których przy pobycie w Warszawie zawsze mamy za daleko. Jeśli Hania będzie miała dość sił (a po jej ostatnich wieczornych nasiadówach mniemam, że jest to bardzo prawdopodobne;p), wybierzemy się zobaczyć warszawski park fontann (skoro we Wrocławiu nie wyszło).
Może odwiedzimy Muzeum dla dzieci przy Muzeum Etnograficznym. I to byłoby chyba na tyle, nie ma sensu biegać po Warszawie tam i z powrotem. Szczególnie, że mamy nadzieję na spotkanie przy kawie z kilkoma znanymi nam z internetu osobami (może przy jakimś fajnym placu zabaw?).


2. Z Warszawy wyruszamy niedzielnym nocnym autobusem (znowu Polski Bus) do Gdańska. Po raz pierwszy w życiu mam nadzieję, że autokar będzie miał spore opóźnienie, bo planowo na miejscu jesteśmy o… 4.25!) Na szczęście nawet o świcie mamy zapewnioną kawę na rozruch, szczególnie, że poniedziałek planujemy spędzić na wolnym powietrzu (wszystkie muzea oczywiście są zamknięte). Myślę o przedpołudniowej wyprawie nad orłowski klif (Gdynia). Tam sobie pewnie poplażujemy (nadal mam traumę po ubiegłorocznym tłocznym popołudniu na sopockiej plaży…). Potem może jakiś spacer po Gdańsku i coś słodkiego? Od roku wybieramy się do Manufaktury CiuCiu, może więc tym razem się uda? No i oczywiście kolejne spotkanie ze znajomymi, ot takie towarzyskie wyjazdy mamy ostatnio 😉

W Trójmieście Hania dużo już widziała, to będzie już jej trzecia wizyta – po raz pierwszy była tam, gdy miała niespełna roczek. Wtedy pojechała… pociągiem 😉 Była w gdyńskim akwarium i… na stadionie w Gdańsku 😉

Wtorek przeznaczamy na zwiedzanie kolejnych atrakcji Trójmiasta. Z samego rana (taaaa, to znaczy jak wstaniemy ;p) planujemy zobaczyć mało znane, a podobno fajne Grodzisko w Sopocie. Potem spotykamy się ze znajomymi i chyba będziemy już tylko w Gdańsku. Wśród typów do zwiedzenia mamy Centrum Hewelianum (mają w wakacje specjalny program dla maluchów) lub Centralne Muzeum Morskie.

3. Od środy jesteśmy w Białogórze – tam już będzie tylko morze, plaża i lenistwo 😉 Prawie tak samo jak w zeszłym roku. Chciałabym jeszcze pojechać zobaczyć wydmy, ale nie w Łebie, jak w zeszłym roku, tylko od strony Czołpina – podobno jest tam dużo spokojniej i ładniej. Trzymajcie kciuki za pogodę! 🙂

Z wizytą u Kopernika

O naszej weekendowej wyprawie do Warszawy wspominałam już na Facebook’u nie raz. Tak więc mam nadzieję, że już wiecie, że było świetnie 🙂 Teraz więcej szczegółów 🙂

Centrum Nauki Kopernik jest naprawdę fajnym, naprawdę dobrze zorganizowanym i nastawionym na turystę miejscem. Nie zgadzam się z osobami, które przekonywały mnie, że z Hanią (dla przypomnienia – 2 latka i dwa miesiące) nie ma sensu tam jechać. Mała miała niesamowitą frajdę z wielu dostępnych tam  atrakcji i to nie tylko tych z przeznaczonej dla dzieci do 6 roku życia części, czyli galerii Bzzz! Atrakcji dla niej było tak dużo, że spędziliśmy tam prawie 5 godzin i… nie zobaczyliśmy wszystkiego.

W części dla najmłodszych dzieci (choć rodzice mają tam nie mniejszą frajdę) Hania budowała drzewo, poznawała odgłosy ptaków, czy oglądała siebie w krzywym zwierciadle. Było tam chyba kilkadziesiąt stanowisk, w tym wiele interaktywnych. Godzina minęła nie wiadomo kiedy 😉

Wspomniane drzewo 😉

Długo nie wiedziałam, którą stroną to zdjęcie obrócić – w każdym razie jest to taki mały lustrzany tunel. Szał! 🙂 Hanka wbiegała do niego (to dosłownie pół metra luster) kilka razy i nie chciała odejść.

Krzywe lustra najbardziej podobały się mamie 🙂 Hania długo nie mogła zrozumieć, skąd taki duuuży brzuszek (- Ale ja nie jadłam obiadku...).

  Równie wiele atrakcji czekało w „dorosłej” części ekspozycji. Hani najbardziej przypadła do gustu ta, która poświęcona była dźwiękom. Kilka razy wracała do gry na różnych instrumentach – butelkach, płytach czy konstrukcji zbudowanej z… patyczków po lodach (albo takich od lekarza, do zaglądania w gardło ;p).

Samodzielnie robione bańki – dla porównania, obok siebie, były „rury” z wodnistą i gęstą, oleistą cieczą.

Do grania na butelkach wracaliśmy kilkukrotnie (są na samym początku zwiedzania, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem na tym początku nie skończymy;p).

I grania ciąg dalszy – kiedy założyło się słuchawki słychać było muzykę).

Rysowanie z tatą – mieli odtworzyć na papierze bryły, które były za kratką. No cóż, Szympruchy bardzo uzdolnione plastycznie nie są 😉

Wiatraki wiały w różnych kierunkach, więc „łódki” pływały w prawo i w lewo. I znowu kilkanaście minut zabawy…

Równie ciekawie było na piętrze – tam poznawaliśmy tajemnice ludzkiego ciała (czy wasze dzieci trzymały w rękach serce? Hania wyjęła je z człowieka, po czym rozłożyła komory (jedna upadła na ziemię). Potem było tylko sławetne: – Ups, zepsuło się serduszko… Mina dziewczyny stojącej koło nas – bezcenna!).

Jeśli nie jest to dobrze widoczne to informuję, że moje dziecko na poniższym zdjęciu jest w… bańce mydlanej 🙂 Ale miała radochę!

Na pożegnanie (przywitanie w sumie też, bo jegomość „stoi” przy kasach i sklepiku, przez który się z Centrum wychodzi;p) była dość długa rozmowa z robotem (- Ja się go już wcale nie boję;p).

* * *
Aaa! Warto też wiedzieć (ja nie wiedziałam i bardzo mi przykro z tego powodu), że podając swojego maila (nie dotarłam do informacji, gdzie te maile się podaje, w każdym razie przy kupnie biletów o nie nie pytano) po wizycie w Centrum można otrzymać efekty naszych aktywności. Chodzi o to, że przy wielu stanowiskach przykłada się kartę chipową i potem nasze wyniki (np. długość skoku w dal, wyniki gry zręcznościowej czy zdjęcie w podczerwieni) przez miesiąc od wizyty można sobie ściągnąć na swój domowy komputer. Jeśli wybierzemy się do Kopernika drugi raz (nie wiem po co to jeśli, na pewno się wybierzemy jak Hania trochę podrośnie) to będę już o tym pamiętała.
* * *

Jedyną rzeczą, której mogę się uczepić jest brak możliwości wcześniejszego kupna biletów przez indywidualnych odwiedzających. Nie umiem tego zrozumieć. Kolejki są tam duże, wręcz owiane legendą (my staliśmy jakieś 20 minut, ale trzeba pamiętać, że był to już czas przedświątecznych przygotowań). Przecież można bez problemu stworzyć system wcześniejszego opłacania takich rezerwacji, wtedy Centrum nie będzie miało żadnych strat, nawet jeśli odwiedzający w końcu się nie zjawi…

I niestety nie polecam jedzenia w tamtejszej stołówce. Zrobiona bardzo fajnie na kształt tej ikeowskiej, ale jedzenie słabe, bardzo słabe 🙁
Informacje praktyczne:
Centrum Nauki Kopernik, www.kopernik.org.pl, Warszawa, ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 20
Godziny otwarcia:
Wtorek-piątek: 9.00-18.00
Sobota-niedziela: 10.00-19.00
Bilety na wystawy stałe (nie wiem jak jednego dnia można skorzystać i ze stałych, i z czasowych – my nie przeszliśmy całości, a byliśmy tam ponad 4 godziny): normalny – 22 zł, ulgowy – 16 zł, rodzinny (rodzinny, 4 osoby, w tym 1-2 dorosłych i dzieci do 19 lat) – 57 zł.
Uwaga! Wstęp wolny jest tylko dla dzieci do 2 lat.