Spacerkiem po Krakowie

Wiosnę witaliśmy w Krakowie. Tym razem tylko spacerowaliśmy. Ominęliśmy rynek – z tramwaju wysiedliśmy przy Placu Grunwaldzkim i stamtąd poszliśmy do wawelskiego smoka. Hania tym razem była bardzo odważna, nawet deklarowała wejście do smoczej jamy! Niestety, przed sezonem jest zamknięta (może stąd te chęci? w końcu z młodej niezła spryciula już jest). Sprawdzimy kolejnym razem, liczę, że wtedy Hubi wejdzie już do podziemi o własnych nogach 😉

Po drodze poznaliśmy historię wiernego psa, którego pomnik stoi niedaleko zamku królewskiego.

Hubi pierwszy raz jadł obwarzanki, chyba smakowały 😉

Ze zdziwieniem przekonałam się, że w centrum Krakowa w zasadzie nie ma placów zabaw… Poszliśmy na jeden, bez jakiś szczególnych rewelacji, ale dzieci i tak bawiły się świetnie. Niestety Hubi przypomniał sobie, ze uwielbia jeść piasek, więc zabawa nie była długa.

 

Hania w sumie z nowym (ostatnio z Witkiem widziała się w Chańczy, hmmm, prawie 3 lata temu) kolegą bawiła się świetnie (najlepiej tuż przed samym wyjazdem), więc mam nadzieję, że uda nam się jeszcze spotkać (może nie za 3 lata 😉 ).

Dzień minął bardzo szybko – Sylwia, dziękujemy za gościnę! 🙂

Zamek, ruiny i tama :)

Niedzicę odwiedziliśmy w lipcu, ale jakoś nie umiałam się zabrać za tego posta. Niedawno na facebookowej „ścianie” znajomej zobaczyłam jesienne zdjęcia z tamtych okolic. Teraz jest tam jeszcze piękniej niż latem! A już wtedy było całkiem, całkiem 😉
Naszym głównym celem podróży były oczywiście malowniczo położone zamki. Byłam tam pierwszy raz. I przyznaję, że moje wyobrażenie o Czorsztynie i Niedzicy było trochę inne. Nie spodziewałam się, że Czorsztyn to same ruiny (w sumie przed wyjazdem nawet o nim nie poczytałam, więc może niewiedza jest choć trochę usprawiedliwiona). 
Zaczęliśmy od Niedzicy i tam spędziliśmy najwięcej czasu. Zamek jest okazały, z tarasu można oglądać widok na zaporę i ruiny czorsztyńskie, zwiedzać można też wnętrza.

Z dziedzińca wchodzi się do zamkowych wnętrz. Jest salon, sypialnia, komnata rycerzy… 

…jest trochę dokumentów i makieta zamku w czasach świetności.
Z tarasów rozpościerały się naprawdę malownicze widoki. Dzieciaki od razu zauważyły statki i trzeba było się spieszyć 😉 I na nie przyszedł czas, najpierw weszliśmy jednak do wozowni.
Wozownia jest mała, ale pytań dzieciaki i tak miały mnóstwo. Szkoda, że nie było tam nikogo kto na większość z nich potrafiłby odpowiedzieć. Musimy się zacząć bardziej merytorycznie przygotowywać do naszych wycieczke (choć akurat ta była totalnie nieplanowana).
W końcu przyszedł czas na mały rejs. Do wyboru są barki, statki i gondole. My – ze względu na Hubowy wózek – wybraliśmy statek. Płynęliśmy krótko, dzieci nie za bardzo chciały jednostkę opuścić 😉 

Hania i Tymon całą drogę wszystko obserwowali przez lornetki. Najpierw oddalającą się Niedzicę, potem zbliżające się ruiny Czorsztyna.
Do ruin prowadzi ścieżka. Niestety wózek niespecjalnie się na niej sprawdzał, Hubi z tatą zostali więc na dole. My dziarsko i walcząc z czasem (zbliżały się ciemne chmury) ruszyliśmy w górę.
Zwiedzanie było naprawdę krótkie. Krótsze, niż planowaliśmy, bo faktycznie zaczęło padać.
Powrotny rejs odbył się już w ulewie. Też było fajnie 😉
* * *

Deszcz minął tak szybko jak się pojawił, a nam do zobaczenia została jeszcze zapora. Z niej widzieliśmy i Niedzicę, i Czorsztyn.

Dolina Kościeliska, czyli… historia ucieczki przed burzą ;)

Dolina Kościeliska była naszą pierwszą (i jak się potem okazało też ostatnią) pieszą wyprawą tegorocznych wakacji. Początkowo trasa nie zachęcała urokliwymi widokami (wszędzie wycinka drzew), ale im dalej tym było lepiej. Niestety nie doszliśmy do schroniska – rozpadało się na całego. Niemniej kilka godzin w plenerze zaliczyliśmy.

Po kilkunastu minutach, może pół godzinie spaceru jest pierwsza okazja do przystanku – Bacówka, jedna z kilku w okolicy „placówek” Szlaku Oscypkowego. Szlak składa się z 31 bacówek rozsianych po całej Małopolsce. Powstały po to, by każdy mieszczuch zobaczył jak się robi oscypek, bundz, czy redykołki.  

Niestety „nasz” baca nie był skory do rozmowy i Hania zbyt wielu rzeczy o wyrobie oscypków się nie dowiedziała. Nie można też było robić zdjęć. Za to można było kupić oscypki. No to sobie po jednym kupiliśmy 😉

Tak posileni szliśmy dalej. Mijaliśmy strumyki, kilka skałek, a Hania wciąż pytała gdzie są te góry. Faktycznie, trasa była bardziej spacerowa niż górska (niestety ze względu na Hubowy wózek na inną nie mogliśmy sobie pozwolić, odbijemy sobie za rok ;p).

Spacer był spokojny, Hania zaliczyła jednak też część ekstremalną. Razem z tatą zeszła do Jaskini Mroźnej. Niestety jaskinia do ciekawych nie należy (bardzo mało nacieków), w zasadzie atrakcją jest samo zejście, przejście ok. 500 m i… wyjście (ładny widok jest wtedy). Ale dla dziecka sam fakt zejścia pod ziemię był bardzo ekscytujący. Chwilami było też strasznie (wąsko, no i mokro), ale młoda zaprawiła się w bojach i potem bez mrugnięcia okiem zjechała do kopalni (kiedyś wam o tym napiszę). Przejście trwało jakieś pół godziny, prawie tyle samo stało się w kolejce do wejścia 😉

Kiedy Hania z tatą poszli w stronę jaskini, ja z Hubim zrobiliśmy sobie mały piknik. Niestety nie trwał on długo. Kiedy oni byli już pod ziemią, my uciekaliśmy przed deszczem… Lało z dwie godziny 😉

* * *
Wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego jest płatny przez cały rok. Bilet normalny – 5 zł, ulgowy 2,5 zł, normalny 7-dniowy 25 zł, ulowy 7-dniowy 12,5 zł. Dzieci do lat 7 wstęp wolny.

Jaskinia Mroźna, zwiedzanie możliwe od maja do października, bilet kosztuje 4 zł (Hania weszła za darmo).

W krainie LEGO

Dziś druga część atrakcji Zakopanego (pierwsza była tu). Wystawa klocków LEGO krąży po Polsce już od jakiegoś czasu. Całe wakacje jest m. in. w Zakopanem – sukces frekwencyjny ma więc zapewniony 😉

Szczerze mówiąc myślałam, że wystawa będzie większa. W końcu na stronie organizatorów jest napisane, że budowle są zrobione z kilku MILIONÓW klocków. Pomimo mojego początkowego zniechęcenie spędziliśmy tam sporo czasu. Dzieciom się podobało.

Nie jestem fanką klocków i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jest ich aż tak wiele rodzajów. Na wystawie były klockowe budowle, wierne kopie najsłynniejszych budynków świata. Były klockowe potwory, odtworzone sceny z filmów, historii, czy (największa gablota) wielka bitwa. Szczególnie ta ostatnia robiła naprawdę duże wrażenie.

Najwięcej czasu spędziliśmy przy gablocie z pociągami. Po pierwsze dlatego, że Tymon – najlepszy kolega Hani – je uwielbia. Po drugie – pociągi jeździły! Wystarczyło nacisnąć przycisk. No i tak naciskali, naciskali i nie dopuszczali innych dzieciaków 😉

  
* * *
Informacje praktyczne:
Wystawa klocków LEGO, Dolna Rówień Krupowa (tuż przy Krukówkach), Zakopane, www.wystawaklockow.pl
Wystawę można oglądać do końca wakacji. Godziny otwarcia: pn-pt: 10.00-20.00, sb-ndz: 10.00-21.00. Bilety od 8 do 12 zł w zależności od dnia i godziny. Dzieci do 95 cm wzrostu wchodzą za darmo (nie wiem jakim cudem, ale Hania się załapała ;p).

Zakopane dla dzieci

Jak już niektórzy z was wiedzą, pogoda w Zakopanem nas nie rozpieszczała. Poranki były super, ale ok. 13-14 zaczynało padać. Wieczory znowu były znośne, ale wszędzie było mokro, więc pozostawały spacery. Szczerze mówiąc, myślałam, że atrakcji na taką (nie)pogodę będzie w stolicy Tatr nieco więcej.

Pierwszy dzień poświęciliśmy na długi spacer – chyba ponad 3 godziny (dlatego jego koniec był pełen spazmów zmęczonych dzieci, w efekcie Hubi w chuście, Hania… w wózku, Tymon na rękach). Ruszyliśmy – a jakże – w stronę Krupówek i skoczni.

O Krupówkach najlepszego zdania nie miałam (nigdy tam nie byłam ;p) i przyznaję, że miałam rację 😉 Jestem nimi podwójnie zawiedziona, bo wydawało mi się, że będzie tam przynajmniej tak jakoś „góralsko”, a tu nic. Wiem, że byliśmy tam w tygodniu (z drugiej strony – w środku lipca, więc sezon jak nic). Na ulicy nie słyszałam góralskiej muzyki (byli za to jacyś grajkowie latino). Wydawało mi się, że Krupówki będą mi przypominały Monciak (za którym też nie przepadam, ale przynajmniej czuję tam jakiś klimat, nie mój, ale jednak…). Trochę się zawiodłam.

Potem poszliśmy zobaczyć skocznię 😉 Oczywiście jak to my pomyliliśmy drogę i skończyliśmy w lesie… Po krótkim odpoczynku dotarliśmy. Skocznia wrażenie zrobiła. Ale sił na wjechanie/wejscie na szczyt już nie mieliśmy 😉

Kolejnego dnia popołudniu padało tak, że nigdzie nie poszliśmy. Na szczęście dzieciaki zawsze świetnie się bawią 🙂

Kolejnego „podeszczowego” popołudnia wybraliśmy się do Muzeum Misiów (jedynej – oprócz placu zabaw i wystawy LEGO (o niej wkrótce będzie osobny post) – atrakcji dla dzieci poleconej nam w informacji turystycznej). No cóż, żeby nie było, że cały czas narzekam… były to dwa połączone ze sobą pomieszczenia. Był misiowy domek, książeczki, misiowe talerze (fajne), kilka gadżetów. Do tego misie – chyba dość przypadkowe. Hani półka z pluszakami z powodzeniem mogłaby służyć za podstawę muzeum. Dzieciom się podobało, a mężowie mieli powód do wieczornego podśmiewania się ze swoich żon 😉

Ostatnią poleconą nam atrakcją był plac zabaw (z serii modnych teraz drewnianych, czy wy też macie wrażenie, że one są wszędzie?). Duży, ogrodzony, pilnowany przez ochroniarza, bezpłatny. Niestety, nasze dzieci z niego nie skorzystały, bo padało. A jak nie padało to… było mokro po deszczu. Taki pechowy wyjazd był 😉

PS. Przy Krupówkach jest też domek do góry nogami, ale stwierdziliśmy, że jednak tam nie pójdziemy (zresztą tych domków jest teraz coraz więcej, będzie więc na pewno inna okazja ;P). No i sale zabaw sobie też odpuściliśmy i… pojechaliśmy na basen (klik) 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Muzeum Misiów, ul. Kościuszki 8, Zakopane, www.muzeummisiow.pl
Czynne codziennie od 10.00 do 19.00, Bilety: 10 i 8 zł (płaci się za nawet najmłodsze dzieci), gdy wchodzą 4 i więcej osób – 8 zł.