9 polskich miast idealnych na weekend z dziećmi, na majówkę też. Plus zagraniczny bonus ;)

Majówka w mieście? Kto to widział? Choć tegoroczna może do najdłuższych nie należy, i tak można (i warto) ją dobrze wykorzystać. Wiadomo, w pierwszych dniach maja WSZYSCY się gdzieś wybierają. Przecież trzeba, to taki nieoficjalny początek wakacyjnych wyjazdów. W zdecydowanej większości popularnych miejsc od dawna nie ma już wolnych miejsc noclegowych (w normalnych cenach oczywiście). Co więc począć? My zawsze idziemy trochę pod prąd, bo na majówki najczęściej wybieramy miasta. Tak, miasta. Dlaczego? Bo jest w nich wtedy pusto. Przecież wszyscy są na majówce…

Kraków z drugiej strony

Jeden z czerwcowych, upalnych weekendów – nieco szalenie – spędziliśmy w gościach w Kasai.eu w Krakowie. Było gorąco (w sumie chyba tak jak teraz ;)), ale nasze dzieci wstają wcześnie, więc trochę się poszwędaliśmy. Ba! W sobotę wyszliśmy tak wcześnie, że widząc chmury, zaradne matki zapakowały dzieciom swetry 😉 Plan był prosty – oglądamy Kraków bez turystów! Zaczęliśmy od Kazimierza, który jest już jednak bardzo modny. Może nie było tłumów, ale kilka wycieczek stanęło nam na drodze. Nie lubimy, więc czym prędzej poszliśmy dalej.
Kiedy kilka lat temu byłam na Kazimierzu pierwszy raz, pamiętam, że „życie” dzielnicy toczyło się przy odtworzonych żydowskich sklepikach. Teraz było tam najmniej osób.

Góra Kopciuszki :)

Tak, tak, takie góry są w okolicy. Ten wpis naprawdę długo czekał na publikację – w Krakowie przecież witaliśmy wiosnę… Sobota była piękna, a pogodzie w niedzielę wspominać nie będę. W każdym razie sezon wycieczkowy uważam za otwarty! Może wreszcie na blogu stanę się też bardziej aktywna.

Aż wstyd przyznać, ale tak – ja też pierwszy raz byłam na Kopcu Kościuszki. Poszliśmy trochę na łatwiznę – podjechaliśmy samochodem tuż pod siedzibę muzeum na Kopcu. Do przejścia mieliśmy więc ledwie kilkaset metrów (naokoło). I tak było fajnie! 🙂

Spacerkiem po Krakowie

Wiosnę witaliśmy w Krakowie. Tym razem tylko spacerowaliśmy. Ominęliśmy rynek – z tramwaju wysiedliśmy przy Placu Grunwaldzkim i stamtąd poszliśmy do wawelskiego smoka. Hania tym razem była bardzo odważna, nawet deklarowała wejście do smoczej jamy! Niestety, przed sezonem jest zamknięta (może stąd te chęci? w końcu z młodej niezła spryciula już jest). Sprawdzimy kolejnym razem, liczę, że wtedy Hubi wejdzie już do podziemi o własnych nogach 😉

Po drodze poznaliśmy historię wiernego psa, którego pomnik stoi niedaleko zamku królewskiego.

Hubi pierwszy raz jadł obwarzanki, chyba smakowały 😉

Ze zdziwieniem przekonałam się, że w centrum Krakowa w zasadzie nie ma placów zabaw… Poszliśmy na jeden, bez jakiś szczególnych rewelacji, ale dzieci i tak bawiły się świetnie. Niestety Hubi przypomniał sobie, ze uwielbia jeść piasek, więc zabawa nie była długa.

 

Hania w sumie z nowym (ostatnio z Witkiem widziała się w Chańczy, hmmm, prawie 3 lata temu) kolegą bawiła się świetnie (najlepiej tuż przed samym wyjazdem), więc mam nadzieję, że uda nam się jeszcze spotkać (może nie za 3 lata 😉 ).

Dzień minął bardzo szybko – Sylwia, dziękujemy za gościnę! 🙂

Zamek, ruiny i tama :)

Niedzicę odwiedziliśmy w lipcu, ale jakoś nie umiałam się zabrać za tego posta. Niedawno na facebookowej „ścianie” znajomej zobaczyłam jesienne zdjęcia z tamtych okolic. Teraz jest tam jeszcze piękniej niż latem! A już wtedy było całkiem, całkiem 😉
Naszym głównym celem podróży były oczywiście malowniczo położone zamki. Byłam tam pierwszy raz. I przyznaję, że moje wyobrażenie o Czorsztynie i Niedzicy było trochę inne. Nie spodziewałam się, że Czorsztyn to same ruiny (w sumie przed wyjazdem nawet o nim nie poczytałam, więc może niewiedza jest choć trochę usprawiedliwiona). 
Zaczęliśmy od Niedzicy i tam spędziliśmy najwięcej czasu. Zamek jest okazały, z tarasu można oglądać widok na zaporę i ruiny czorsztyńskie, zwiedzać można też wnętrza.

Z dziedzińca wchodzi się do zamkowych wnętrz. Jest salon, sypialnia, komnata rycerzy… 

…jest trochę dokumentów i makieta zamku w czasach świetności.
Z tarasów rozpościerały się naprawdę malownicze widoki. Dzieciaki od razu zauważyły statki i trzeba było się spieszyć 😉 I na nie przyszedł czas, najpierw weszliśmy jednak do wozowni.
Wozownia jest mała, ale pytań dzieciaki i tak miały mnóstwo. Szkoda, że nie było tam nikogo kto na większość z nich potrafiłby odpowiedzieć. Musimy się zacząć bardziej merytorycznie przygotowywać do naszych wycieczke (choć akurat ta była totalnie nieplanowana).
W końcu przyszedł czas na mały rejs. Do wyboru są barki, statki i gondole. My – ze względu na Hubowy wózek – wybraliśmy statek. Płynęliśmy krótko, dzieci nie za bardzo chciały jednostkę opuścić 😉 

Hania i Tymon całą drogę wszystko obserwowali przez lornetki. Najpierw oddalającą się Niedzicę, potem zbliżające się ruiny Czorsztyna.
Do ruin prowadzi ścieżka. Niestety wózek niespecjalnie się na niej sprawdzał, Hubi z tatą zostali więc na dole. My dziarsko i walcząc z czasem (zbliżały się ciemne chmury) ruszyliśmy w górę.
Zwiedzanie było naprawdę krótkie. Krótsze, niż planowaliśmy, bo faktycznie zaczęło padać.
Powrotny rejs odbył się już w ulewie. Też było fajnie 😉
* * *

Deszcz minął tak szybko jak się pojawił, a nam do zobaczenia została jeszcze zapora. Z niej widzieliśmy i Niedzicę, i Czorsztyn.