Śladami rodziców – Kowary

Na pewno już wiecie, że lubię parki miniatur. Kiedyś już pisałam o tym w czeskiej Ostravie (klik), dziś będzie o chyba najpiękniejszym parku w jakim byłam. Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska odwiedziliśmy w trakcie wakacji, chyba jeszcze na studiach.

Park jest chyba jednym z najstarszych (o ile nie najstarszym) w Polsce. Powstał w 2003 r. i od tego czasu wciąż pojawiają się w nim nowe miniatury. Wszystkie – pałace, miejskie starówki, kościoły czy ruiny – łączy jedno – znajdują się na terenie Dolnego Śląska.

Wszystkie budowle odwzorowane są w skali 1:25 (wyjątkiem jest… Śnieżka. Górę ze znanym chyba wszystkim schroniskiem przedstawiono w proporcji 1:50). Są już 43 miniatury (klik).
Wśród nich te, których oryginały widzieliśmy (m. in. zamek Książ, świątynia Wang, wspomniana Śnieżka, czy zamek Chojnik). To prawdziwe małe (choć niektóre z nich były większe od nas!) dzieła sztuki. Przyznaję, że niektóre z tych zabytków zobaczyliśmy potem w ich naturalnych rozmiarach, część właśnie dlatego, że zachwyciły nas ich miniatury 😉

 

Pamiętam, że na miejscu byłam parkiem zachwycona. Nie chodziło nawet o same miniatury, ale o ich otoczenie. Byliśmy tam na początku lata, otoczenie miniatur było zielone i ukwiecone. A do tego turystów po parku (w cenie biletu) oprowadzali animatorzy – młodzi i pełni pasji. Co więcej, animatorzy opowiadają nie tylko po polsku, ale też po angielsku, niemiecku, rosyjsku, francusku i czesku.

 Oprowadzanie trwa niecałą godzinę, my jednak byliśmy tam o wiele dłużej. Przyznaję, że nie znałam historii większości przedstawionych w parku obiektów, ale po wyjściu miałam wrażenie, że wiem o nich naprawdę dużo. Przewodnicy opowiadali legendy, interesujące fakty (tak, tak, o skandalach było), pokazywali architektoniczne ciekawostki. Ciekawe czy teraz też tak ciekawie mówią 😉

* * *
Informacje praktyczne:
Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska, ul. Zamkowa 9, Kowary, www.park-miniatur.com.
Czynne przez cały rok, od 9.00 do 18.00.
Bilety: 18, 16 i 14 zł (normalny, ulgowy, dzieci do lat 14). Wstęp wolny mają dzieci… poniżej metra wzrostu (czyli Hania by się jeszcze załapała ;p).

Śladami rodziców – Ostrava

Już za niedługo cała nasza czwórka będzie miała dowody osobiste (klik), można więc zacząć planować pierwszy zagraniczny wyjazd Hubcia. W części będzie śladami rodziców, w części… Hani (klik)! W Ostravie głównym punktem programu jest zawsze zoo, warto jednak odwiedzić też tamtejszy park miniatur. Dla mnie jest on wyjątkowy, bo wśród przedstawionych w nim miniatur – oprócz światowych atrakcji turystycznych – są i charakterystyczne budynki ze Śląska. Jest więc i Biblioteka Śląska, i terminal pyrzowickiego lotniska. Przyznacie chyba, że to raczej niecodzienny wybór, prawda?


Uroku parkowi dodaje – oczywiście też miniaturowa – kolejka elektryczna, która jeździ pomiędzy misternymi budowlami. Hania jeszcze tam nie była, ale jestem pewna, że gdy już tam dojedziemy, będzie się jej podobało 😉

Oprócz parku miniatur w Ostravie polecam odwiedzenie starówki i – jeśli starczy wam czasu – spacer w stronę tamtejszego zamku (choć ten nie porywa ;)). Można kupić jeden wspólny bilet do tych wszystkich atrakcji.

Śladami rodziców – Walencja

Hania śladami rodziców, cz. IV. Znowu pozostajemy poza granicami Polski, w miejscu, w którym zazwyczaj jest dużo cieplej niż u nas (choć ostatnie tygodnie mogą podważać moją tezę) Walencję, bo o niej mowa, odwiedziłam dwa razy, raz z Kamilem, raz z… babcią. Obie wizyty były świetne, w mieście i okolicy jest multum rzeczy do zobaczenia. No i ta hiszpańska pogoda…

Walencja zachwyca bielą (jest zupełnie inna niż np. czerwona Barcelona). Jasne, piękne budynki, urokliwe centrum i niesamowite Miasto Sztuki i Nauki. Przede wszystkim „przez” tą atrakcję jest na liście miejsc, które musimy pokazać Hani i Hubertowi.

Walencja zachwyca już w momencie przyjazdu (my dojechaliśmy pociągiem) – ma chyba najładniejszy dworzec kolejowy jaki kiedykolwiek widziałam.

Śladami rodziców – Opole

Śladami rodziców, a jak! W końcu, gdyby nie to miasto to… Hani i Huberta by nie było 😉 Tam się poznaliśmy (nie, nie żadna romantyczna historia z festiwalem w tle… studiowaliśmy razem), tam też wymyśliliśmy imiona dla naszych przyszłych dzieci 😉 Hania w Opolu była już sporo razy, nigdy jednak nic nie widziała, bo pogoda nas nie rozpieszczała. Tym razem – w końcu! – było inaczej. Prawie 20 stopni, po prostu idealnie 😉

Poznawanie miasta mała miała zacząć od pięknych widoków. W planach była wspinaczka na wieżę piastowską, czyli jedyną pozostałość dawnego opolskiego zamku. Gdy jest sprzyjająca pogoda, widać z niej panoramę (prawie) całego miasta. Niestety plan pozostał planem, bo… wieża była jeszcze nieczynna 😉 No cóż, może naszą wyprawę powtórzymy już w sezonie. Tak więc wszystko co mieliśmy zobaczyć z tarasu widokowego musieliśmy „ogarnąć” w trakcie spaceru 😉

Widzieliśmy rynek, zielony mostek i kaczki i… akademik, w którym kiedyś mieszkaliśmy 😉 Ale zacznijmy od początku. Nasza opolska przechadzka rozpoczęła się na Placu Kopernika. Przy kolorowym (obrzydliwym, ale to kwestia gustu…) budynku uniwersytetu jest malowniczy skwerek, a na nim kilka znanych chyba wszystkim postaci –  m. in. Osiecka, Niemen, Grechuta, Starsi Panowie.

Dalej poszliśmy w stronę rynku. Po drodze weszliśmy na teren uniwerku, żeby zobaczyć studnię św. Wojciecha. 

Potem był już rynek (+ lody 😉 ), plac wolności i jeden z moich ulubionych zakątków – Zielony Mostek. Tuż przy nim jest naleśnikarnia, w której często na studiach jedliśmy (po drodze do biblioteki, która jest tuż za mostkiem, już na wyspie Bolko 😉 ).

Ze zdumieniem odkryłam, że Opole dołączyło do wielu miast dla zakochanych – przy kolejnej wizycie powiesimy sobie na mostku i naszą kłódkę 😉

Przy tym samym mostku nakarmiliśmy kaczki i poszliśmy brzegiem rzeki aż do kolejnego – tym razem żółtego – mostku. Minęliśmy wieżę piastowską i „opolską Wenecję” (kilka ładnie odnowionych kolorowych kamieniczek, nazwa nadana „lekko” na wyrost, ale brzmi ładnie, prawda?). Znowu znaleźliśmy się na rynku i tym zakończyliśmy zwiedzanie Opola.

 

Potem Hania zobaczyła jeszcze „nasz” akademik. Oj, ale było wspomnień 😉

  

A to zdjęcie zrobiła nam córa 🙂

W sumie od czasu naszego wyjazdu z Opola (matko, to już prawie 7 lat!!!) wiele się tam zmieniło, wszystko na lepsze. Wciąż czuję się tam bardzo dobrze i cieszę się, że w końcu dopisała nam pogoda i Hania mogła zobaczyć kilka bliskich nam miejsc 😉 I strasznie zazdroszczę moim znajomym, którzy tam mieszkają – dawno nie byłam w mieście, w którym tak dużo jest atrakcji dla dzieci.

* * *
Za „przypomnienie” nam Opola dziękujemu Kasi, Tomkowi i Eli – było super! 🙂

Śladami rodziców – Praga

Dziś  wracamy do serii Hania śladami rodziców (po raz pierwszy o Sztokholmie pisałam tu). Dziś przyszedł czas na stolicę Czech. Praga to jedno z najpiękniejszych miast jakie odwiedziłam. Ma jednak jedną, bardzo mi przeszkadzającą, wadę – ulice wprost zapchane turystami… Niestety nie ma miesiąca, w którym tłum byłby mniejszy (koleżanka akurat z Pragi wróciła…), więc trzeba było to jakoś przeżyć. Muszę nas jednak pochwalić – największą atrakcję czeskiej stolicy – Most Karola – udało nam się zobaczyć zupełnie pusty!!! Byliśmy tam… o 6 rano (jechaliśmy z czeskiego Bohumina nocnym pociągiem – bardzo taką opcję polecam). Już po 8 most był wypełniony ludźmi po brzegi.

Jak jest się w Pradze to trzeba zwiedzić Hradczany, Złotą Uliczkę (choć akurat ona jest wg mnie bardzo przereklamowana), katedrę św. Wita (baaaaardzo polecam), wspomniany Most Karola i Stare Miasto, czy Krzywy Domek (to do zobaczenia, nie zwiedzenia ;)). Co jest tam ciekawego dla najmłodszych? Ano nic… Jednak wystarczy odejść trochę dalej i maluchy będą już się czuły jak w raju. Gdzie? Na pewno na wzgórzu Petrin czy w ogromnym i przepięknie położonym na obrzeżach Pragi ogrodzie zoologicznym.


Wzgórze Petrin znajduje się tuż przy praskim centrum, doskonale widać z niego(w końcu,było, nie było, ma 327 m – można na nie wejść lub wjechać kolejką) i Hradczany, i panoramę całego miasta. Widać jeszcze lepiej jeśli się wejdzie na szczyt 60-metrowej mini wieży Eiffla (tak, to nie żart, Czesi postawili sobie takową z okazji Praskiej Jubileuszowej Wystawy w 1891 r.). Na nią tez można wejść – do pokonania jest kolejnych 209 stopni.
Gdy całą Praga jest już zobaczona, można iść się trochę pośmiać – tuż przy wieży jest mały labirynt krzywych luster (tzw. sala śmiechu). Nieźle się tam uśmialiśmy, a przecież nie byliśmy z dziećmi 😉 Latem, kiedy kwitną róże i inne posadzone tam kwiaty (są ich tysiące) na wzgórzu unosi się przepiękny zapach.

Kolejną idealną dla rodzin propozycją jest praskie zoo. Jest ono położone jest na obrzeżach miasta, w dzielnicy Troja. Wybraliśmy się tam w bardzo gorący dzień (było chyba ponad 30 stopni w cieniu!!!), ale mimo to spędziliśmy tam dobre kilka godzin. Zoo ogromne i przepięknie położone na wzgórzach, nie dziwi mnie więc to, że co roku odwiedza je grupo ponad… milion osób! Nie ma tam wielu klatek, zwierzęta mieszkają w przestronnych zagrodach (przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy laika). A jest ich tam całe mnóstwo (ponad 5 tysięcy gatunków! ciekawe ilu nie zobaczyliśmy ;)). Dodatkową atrakcją jest kolejka, którą można przejechać z jednej części zoo do drugiej – z tego rozwiązania korzysta naprawdę dużo osób.

Tuż przy zoo znajduje się zamek (pałac?) trojski. Wybudowany na wzór włoskich rezydencji na pewno zwraca na siebie uwagę. Oprócz zobaczenia dość monumentalnej budowli (do środka nie wchodziliśmy) można pochodzić po pięknych ogrodach, w których odnajdzie się święty spokój (my nie spotkaliśmy tam wielu innych turystów, to nie centrum Pragi).

Niestety zdjęcia z Pragi (i nie tylko) skradziono razem z naszym laptopem, więc za dużo wam nie pokażę 🙁 Na szczęście jest internet ;), a do tego Czechy mają bardzo fajną stronę prowadzoną przez Czech Tourism (odpowiednik Polskiej Organizacji Turystycznej), więc po zdjęcia (i pełno ciekawych informacji nie tylko o Pradze) zapraszam tam.

* * *
Informacje praktyczne:
Praski Ogród Zoologiczny (Zoologická zahrada hl. m. Prahy), U Trojského zámku 3/120, Praha 7, www.zoopraha.cz

Śladami rodziców – Sztokholm

Zaczynamy nową serię – Hania śladami rodziców to prezentacje miejsc idealnych na rodzinne wyprawy, choć przez nas odwiedzonych w jeszcze w „przeddzieciowych” czasach 🙂 Sami mieliście zdecydować, czy zaczynamy od Polski, czy zagranicy. Wasz wybór padł na te dalsze podróże. No to ZACZYNAMY! 😉

Sztokholm – to był naprawdę spontaniczny wyjazd. Jakimś cudem (pisałam już kiedyś, że ogólnie mam w życiu farta?) dostałam darmowe bilety na prom i z dnia na dzień się zdecydowaliśmy. Wyprawa spontaniczna, to i z założenia niskobudżetowa (jeśli tak można nazwać trasę Rybnik-Trójmiasto samochodem ;P).

Wypływaliśmy z Gdańska, przy okazji więc spędziliśmy trochę czasu w Trójmieście. Teraz te same miejsca odwiedzamy z Hanią. Podróż promem była długa, no ale darowanemu koniowi…

Do samego Sztokholmu dotarliśmy pociągiem. Od początku byliśmy mile zaskoczeni – serdecznością ludzi, tym, że wszyscy mówią po angielsku, w końcu (to bardziej ja, takie już zboczenie zawodowe ;p) – organizacją informacji turystycznej, której pracownik polecił nam tani nocleg (szkoda tylko, że ten „tani” nocleg stanowił połowę naszego budżetu, za to spaliśmy… na łodzi ;p).

 
Gamla Stan, czyli sztokholmskie Stare Miasto, jest małe i urokliwe. Wśród kolorowych kamieniczek spacerują tłumy turystów. Obowiązkowym punktem spaceru jest pomnik św. Jerzego, do którego i my oczywiście dotarliśmy (ale zdjęcia nie mamy ;p).

Zobaczyliśmy też pałac królewski Tre Kronor (Trzy Korony). Do dziś jest on wykorzystywany przez szwedzką rodzinę królewską.

No ale przecież miało być o atrakcjach dla dzieci (jak widać dorosły bez dziecka też się na nie skusi ;P)! Jak się okazuje stolica Szwecji ma ich całkiem sporo 😉 My najpierw poszliśmy do Sparvagsmuseet, czyli do Muzeum Transportu. Można tam zobaczyć stare wagony – kolejowe, tramwajowe, samochody, w tym np. strażackie. Co ważne, do wielu pojazdów można wejść (tego mi brakuje w naszych muzeach, m. in. w teoretycznie wprost stworzonym dla dzieci Centralnym Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach). Można też zmierzyć się z symulatorem jazdy autobusem ;p

Muzeum Transportu jest połączone z Muzeum Zabawek (jeden bilet, a właściwie zabawki w cenie biletu „transportowego”). W gablotach jest tam mnóstwo zabawek – od pluszaków, poprzez składane modele samolotów i statków, aż po setki Smerfów. Oj można tam sobie przypomnieć o swoich przyjaciołach z dzieciństwa 😉

Jednak prawdziwym rajem dla dzieci jest Wyspa Djurgarden – to dawne tereny łowieckie króla Szwecji, które dziś pełnią rolę wielkiego miejskiego parku narodowego. Już płynąc na nią promem (trochę kropiło, więc zrezygnowaliśmy ze spaceru, choć to blisko centrum Sztokholmu) zauważyliśmy wielki lunapark.

Nie planowaliśmy tam odwiedzin (szczególnie, gdy zobaczyliśmy ceny biletów wstępu), ale jednak się skusiliśmy (taaa… a potem 2 dni w Sztokholmie o chlebie i wodzie były ;)). Furorę robi tam wielki rollercoaster. Wjeżdża się tam na wysokość 80 m a potem… spada na dół (prawie w pionie) z prędkością nawet 100 km na godzinę! Bajer 😉 O tak sobie można upaść na głowę 😉

Na wyspę popłynęliśmy jednak nie z powodu lunaparku, a czegoś na pierwszy rzut oko mało dziecięcego – chcieliśmy zobaczyć Vasamuseet, który jest chyba największą muzealną atrakcją Sztokholmu. W muzeum tak naprawdę jest jeden „eksponat”. Ale za to jaki!!! Vasa to wielki okręt wojenny, który zatonął w XVII w. tuż po wypłynięciu z portu (płynął na wojnę z Polską!). Po ponad 300 latach został w całości wyciągnięty (w doskonałym stanie) i trafił do muzeum. Ogromny statek (62 m długości i 50 m wysokości) można oglądać z kilku poziomów. W muzealnej hali zobaczyć też można wiele wyjętych z galeonu przedmiotów oraz dokładny model statku. Jeśli ktoś ma więcej czasu (my tam spędziliśmy chyba z 3 godziny) to w osobnej salce do zobaczenia jest kilka filmów m. in. z akcji wydobywania galeonu z morza. Jestem przekonana, że w tym muzeum dzieciom bardzo się podoba (zresztą było to widać po minach najmniejszych turystów, Hanka byłaby zachwycona, mimo panującego tam półmroku).

Przepraszam za fatalną jakość zdjęć, ale były robione w ciemności i w dodatku baaaardzo starym telefonem ;p

Wspomniany model galeonu:

* * *
Jeśli wybierzemy się do Sztokholmu z Hanią i Hubertem to z pewnością na Djurgarden spędzimy sporo czasu. Oprócz wspomnianych wyżej atrakcji warte odwiedzenia są Skansen na świeżym powietrzu czy Junibacken – magiczny dom bajek, w którym można spotkać Pippi Langstrump (jest tam też teatr, w którym codziennie są przedstawienia dla dzieci).

Przed Hanią też było życie!

Taka to oczywista oczywistość, a dochodziłam do tego dobre kilka miesięcy 😉 Zakładając bloga planowałam opisywać tylko te miejsca, które odwiedziliśmy z Hanią, przewodnikom bowiem nie do końca wierzę 😉

Mały wyjątek zrobiłam tutaj i tutaj. Opisując atrakcje na niepogodę o pomoc poprosiłam jednak ludzi, którzy się znają na rzeczy, a więc pracowników regionalnych organizacji turystycznych (szkoda, że odzew był bardzo mały…). Jestem więc pewna, że gniotów Wam nie poleciłam 😉 Zresztą już wkrótce kolejna odsłona cyklu Atrakcje na niepogodę.

W końcu stwierdziłam, że 3 lata macierzyństwa (matko, kiedy to zleciało!) wyrobiły już we mnie nawyk patrzenia na atrakcje turystyczne z punktu widzenia dziecka. Ostatnio przeglądałam nasze zdjęcia (koleżanka wybiera się do Pragi i czeka na nasze rekomendacje) i łezka w oku mi się zakręciła (jacy byliśmy piękni i młodzi wtedy!). Okazało się, że i przed pojawieniem się Hani w ciekawych dla najmłodszych miejscach bywaliśmy. No i postanowiłam je też opisać 😉

I teraz pytanie do Was: od czego zacząć? Chcecie przeczytać o atrakcjach polskich czy zagranicznych? Na Wasze opinie czekam w komentarzach i na Facebooku. Pierwszy wpis z serii Hania śladami rodziców już niedługo 😉