Barcelona – nasze prywatne TOP 5

Barcelona – jedno z najczęściej odwiedzanych miast na świecie. Odwiedza je ok. 7,5 miliona turystów rocznie i w sumie rozumiem nie zawsze pozytywne podejście jej mieszkańców do całego turystycznego biznesu (nam się objawiło jedynie w postaci wywieszonych tu i ówdzie transparentów typu: tourist go home, stop the noise, czy la ribera no es l’abocador del tourism). Jednak nie o tym chciałam pisać. Dziś zobaczycie „moją” Barcelonę, choć może piszę to na wyrost. W końcu na ile można poznać miasto będąc w nim ledwie tydzień? Niby niezbyt dobrze, ale na pewno lepiej niż w trakcie 1-2 dniowej wycieczki, jakie najczęściej do stolicy Katalonii są organizowane. W ciągu tego tygodnia na pewno poczuliśmy klimat Barcelony, do tego inny niż zwykle, bo świąteczny. W sumie możemy wrócić i poznawać dalej, ale przecież… inne miasta czekają.

DOV – industrial dla dorosłych, zabawa dla dzieci

DOV, czyli Dolni Oblast Vitkovice to postindustrialny obszar w leżącej trochę ponad 50 km od Rybnika czeskiej Ostravie (z domu jedziemy tam jakieś… 40 minut, mam bliżej niż do pracy!). Spędziliśmy tam 11 listopada (i na dokładkę drugi dzień świąt). Wiedziałam, że dzieci będą się świetnie bawić (miejsce wcześniej przetestowane przez znajomą – Józefina, dzięki za inspirację!). Nie wiedziałam natomiast, że na widok industrialnych zabudowań w Starych Vitkovicach opadnie mi szczęka… Wow! To miejsce MUSI odwiedzić każdy, kogo choć trochę kręci turystyka przemysłowa. Do dziś się zastanawiam, jak to się stało, że pojechaliśmy tam tak późno.

Barcelona na Boże Narodzenie

Barcelona na Boże Narodzenie? Długo zastanawiałam się, czy wyjazd do Barcelony pod koniec listopada aby na pewno jest dobrym pomysłem. Śledziłam prognozy pogody, bo jednak nie po to wybieraliśmy się do Hiszpanii, by brać ze sobą zimowe kurtki. Dlaczego więc kupiliśmy bilety na tak późną jesień? Ano żeby poczuć trochę świątecznej hiszpańskiej atmosfery. Dzieciaki były zachwycone (a zimowe kurtki zostały w domu, co było strzałem w dziesiątkę, mieliśmy cudowne 15-17 stopni i słońce).

Ulice Barcelony były pięknie przyozdobione świetlnymi ozdobami, w wielu miejscach były już poustawiane stajenki, ale – o dziwo – nie było wielu choinek. Za to zza prawie każdego rogu wychylały się… pieńki. Po pierwszym spacerze (jeszcze w Gironie) wygooglaliśmy o co z tym wszystkim chodzi i – nie powiem – trochę się zdziwiliśmy. Jak się okazało, do hiszpańskich dzieci w święta nie przychodzi Mikołaj, czy Dzieciątko, tylko Caga Tio, czy Tio de Nadal.

 

Edynburg – TOP 10 atrakcji dla dzieci

Przyznaję się! Jestem maniaczką zwiedzania. W trakcie mojego idealnego urlopu mało jest czasu na nicnierobienie – trzeba zwiedzać (lub chodzić po górach). Ale od kiedy mamy dzieci, trzeba było trochę przystopować. W wakacyjnych planach pojawiły się woda (jakoś przed dzieciakami nad morze mnie nie ciągnęło), place zabaw i trochę słodkiego nicnierobienia. I też jest fajnie! Myślę (wiem), że dzieciom Edynburg bardzo się podobał. A co najbardziej? Kolejność przypadkowa, bo każdego dnia Hanka ma inne typy.

Londyn z drugiej strony, czyli uciekamy z turystycznego centrum

Pierwszą część naszego wyczekanego urlopu spędziliśmy w Londynie (DuoLook, jeszcze raz dziękujemy za gościnę). Powrotne bilety lotnicze wyszły nas drożej niż planowaliśmy (tak to jest jak człowiek za długo czeka z ich kupnem), dlatego plan był prosty – Londyn zwiedzamy za free. W stolicy Wielkiej Brytanii akurat darmowym atrakcji (i to wcale nie byle jakich) nie brakuje (o tych dla dzieci pisałam już tutaj o pozostałych pisać nie będę, bo i tak je znacie). Problemem nie było więc znalezienie czegoś ciekawego. Problemy zaczęły się, gdy trzeba było wybrać, gdzie idziemy najpierw. Piknik w parku? Jeśli tak, to w którym (mała podpowiedź)? Muzeum? Nauki, Historii Naturalnej, Dzieciństwa? A może galeria…. No i przecież mimo wszystko (Kamil był w Londynie pierwszy raz, ja wcześniej byłam tylko raz, na chwilkę) trzeba przespacerować się wzdłuż Tamizy. Bardzo szybko okazało się, że 3,5 dnia, które tam spędziliśmy to wcale nie za długo. Szczególnie, jeśli ma się szczęście do przewodników! Turystyczne centrum zobaczyliśmy (poprawniej będzie napisać, rzuciliśmy na nie okiem) sami. Z Jarkiem i Alicją pojechaliśmy gdzieś, gdzie turystów było jak na lekarstwo. To lubimy! Jak więc wyglądał nasz nieturystyczny dzień na londyńskich przedmieściach (w sumie nie aż takich, bo dojechaliśmy ledwie do 4 strefy metra).