Śladami rodziców – Ostrava

Już za niedługo cała nasza czwórka będzie miała dowody osobiste (klik), można więc zacząć planować pierwszy zagraniczny wyjazd Hubcia. W części będzie śladami rodziców, w części… Hani (klik)! W Ostravie głównym punktem programu jest zawsze zoo, warto jednak odwiedzić też tamtejszy park miniatur. Dla mnie jest on wyjątkowy, bo wśród przedstawionych w nim miniatur – oprócz światowych atrakcji turystycznych – są i charakterystyczne budynki ze Śląska. Jest więc i Biblioteka Śląska, i terminal pyrzowickiego lotniska. Przyznacie chyba, że to raczej niecodzienny wybór, prawda?


Uroku parkowi dodaje – oczywiście też miniaturowa – kolejka elektryczna, która jeździ pomiędzy misternymi budowlami. Hania jeszcze tam nie była, ale jestem pewna, że gdy już tam dojedziemy, będzie się jej podobało 😉

Oprócz parku miniatur w Ostravie polecam odwiedzenie starówki i – jeśli starczy wam czasu – spacer w stronę tamtejszego zamku (choć ten nie porywa ;)). Można kupić jeden wspólny bilet do tych wszystkich atrakcji.

Śladami rodziców – Walencja

Hania śladami rodziców, cz. IV. Znowu pozostajemy poza granicami Polski, w miejscu, w którym zazwyczaj jest dużo cieplej niż u nas (choć ostatnie tygodnie mogą podważać moją tezę) Walencję, bo o niej mowa, odwiedziłam dwa razy, raz z Kamilem, raz z… babcią. Obie wizyty były świetne, w mieście i okolicy jest multum rzeczy do zobaczenia. No i ta hiszpańska pogoda…

Walencja zachwyca bielą (jest zupełnie inna niż np. czerwona Barcelona). Jasne, piękne budynki, urokliwe centrum i niesamowite Miasto Sztuki i Nauki. Przede wszystkim „przez” tą atrakcję jest na liście miejsc, które musimy pokazać Hani i Hubertowi.

Walencja zachwyca już w momencie przyjazdu (my dojechaliśmy pociągiem) – ma chyba najładniejszy dworzec kolejowy jaki kiedykolwiek widziałam.

Śladami rodziców – Praga

Dziś  wracamy do serii Hania śladami rodziców (po raz pierwszy o Sztokholmie pisałam tu). Dziś przyszedł czas na stolicę Czech. Praga to jedno z najpiękniejszych miast jakie odwiedziłam. Ma jednak jedną, bardzo mi przeszkadzającą, wadę – ulice wprost zapchane turystami… Niestety nie ma miesiąca, w którym tłum byłby mniejszy (koleżanka akurat z Pragi wróciła…), więc trzeba było to jakoś przeżyć. Muszę nas jednak pochwalić – największą atrakcję czeskiej stolicy – Most Karola – udało nam się zobaczyć zupełnie pusty!!! Byliśmy tam… o 6 rano (jechaliśmy z czeskiego Bohumina nocnym pociągiem – bardzo taką opcję polecam). Już po 8 most był wypełniony ludźmi po brzegi.

Jak jest się w Pradze to trzeba zwiedzić Hradczany, Złotą Uliczkę (choć akurat ona jest wg mnie bardzo przereklamowana), katedrę św. Wita (baaaaardzo polecam), wspomniany Most Karola i Stare Miasto, czy Krzywy Domek (to do zobaczenia, nie zwiedzenia ;)). Co jest tam ciekawego dla najmłodszych? Ano nic… Jednak wystarczy odejść trochę dalej i maluchy będą już się czuły jak w raju. Gdzie? Na pewno na wzgórzu Petrin czy w ogromnym i przepięknie położonym na obrzeżach Pragi ogrodzie zoologicznym.


Wzgórze Petrin znajduje się tuż przy praskim centrum, doskonale widać z niego(w końcu,było, nie było, ma 327 m – można na nie wejść lub wjechać kolejką) i Hradczany, i panoramę całego miasta. Widać jeszcze lepiej jeśli się wejdzie na szczyt 60-metrowej mini wieży Eiffla (tak, to nie żart, Czesi postawili sobie takową z okazji Praskiej Jubileuszowej Wystawy w 1891 r.). Na nią tez można wejść – do pokonania jest kolejnych 209 stopni.
Gdy całą Praga jest już zobaczona, można iść się trochę pośmiać – tuż przy wieży jest mały labirynt krzywych luster (tzw. sala śmiechu). Nieźle się tam uśmialiśmy, a przecież nie byliśmy z dziećmi 😉 Latem, kiedy kwitną róże i inne posadzone tam kwiaty (są ich tysiące) na wzgórzu unosi się przepiękny zapach.

Kolejną idealną dla rodzin propozycją jest praskie zoo. Jest ono położone jest na obrzeżach miasta, w dzielnicy Troja. Wybraliśmy się tam w bardzo gorący dzień (było chyba ponad 30 stopni w cieniu!!!), ale mimo to spędziliśmy tam dobre kilka godzin. Zoo ogromne i przepięknie położone na wzgórzach, nie dziwi mnie więc to, że co roku odwiedza je grupo ponad… milion osób! Nie ma tam wielu klatek, zwierzęta mieszkają w przestronnych zagrodach (przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy laika). A jest ich tam całe mnóstwo (ponad 5 tysięcy gatunków! ciekawe ilu nie zobaczyliśmy ;)). Dodatkową atrakcją jest kolejka, którą można przejechać z jednej części zoo do drugiej – z tego rozwiązania korzysta naprawdę dużo osób.

Tuż przy zoo znajduje się zamek (pałac?) trojski. Wybudowany na wzór włoskich rezydencji na pewno zwraca na siebie uwagę. Oprócz zobaczenia dość monumentalnej budowli (do środka nie wchodziliśmy) można pochodzić po pięknych ogrodach, w których odnajdzie się święty spokój (my nie spotkaliśmy tam wielu innych turystów, to nie centrum Pragi).

Niestety zdjęcia z Pragi (i nie tylko) skradziono razem z naszym laptopem, więc za dużo wam nie pokażę 🙁 Na szczęście jest internet ;), a do tego Czechy mają bardzo fajną stronę prowadzoną przez Czech Tourism (odpowiednik Polskiej Organizacji Turystycznej), więc po zdjęcia (i pełno ciekawych informacji nie tylko o Pradze) zapraszam tam.

* * *
Informacje praktyczne:
Praski Ogród Zoologiczny (Zoologická zahrada hl. m. Prahy), U Trojského zámku 3/120, Praha 7, www.zoopraha.cz

Śladami rodziców – Sztokholm

Zaczynamy nową serię – Hania śladami rodziców to prezentacje miejsc idealnych na rodzinne wyprawy, choć przez nas odwiedzonych w jeszcze w „przeddzieciowych” czasach 🙂 Sami mieliście zdecydować, czy zaczynamy od Polski, czy zagranicy. Wasz wybór padł na te dalsze podróże. No to ZACZYNAMY! 😉

Sztokholm – to był naprawdę spontaniczny wyjazd. Jakimś cudem (pisałam już kiedyś, że ogólnie mam w życiu farta?) dostałam darmowe bilety na prom i z dnia na dzień się zdecydowaliśmy. Wyprawa spontaniczna, to i z założenia niskobudżetowa (jeśli tak można nazwać trasę Rybnik-Trójmiasto samochodem ;P).

Wypływaliśmy z Gdańska, przy okazji więc spędziliśmy trochę czasu w Trójmieście. Teraz te same miejsca odwiedzamy z Hanią. Podróż promem była długa, no ale darowanemu koniowi…

Do samego Sztokholmu dotarliśmy pociągiem. Od początku byliśmy mile zaskoczeni – serdecznością ludzi, tym, że wszyscy mówią po angielsku, w końcu (to bardziej ja, takie już zboczenie zawodowe ;p) – organizacją informacji turystycznej, której pracownik polecił nam tani nocleg (szkoda tylko, że ten „tani” nocleg stanowił połowę naszego budżetu, za to spaliśmy… na łodzi ;p).

 
Gamla Stan, czyli sztokholmskie Stare Miasto, jest małe i urokliwe. Wśród kolorowych kamieniczek spacerują tłumy turystów. Obowiązkowym punktem spaceru jest pomnik św. Jerzego, do którego i my oczywiście dotarliśmy (ale zdjęcia nie mamy ;p).

Zobaczyliśmy też pałac królewski Tre Kronor (Trzy Korony). Do dziś jest on wykorzystywany przez szwedzką rodzinę królewską.

No ale przecież miało być o atrakcjach dla dzieci (jak widać dorosły bez dziecka też się na nie skusi ;P)! Jak się okazuje stolica Szwecji ma ich całkiem sporo 😉 My najpierw poszliśmy do Sparvagsmuseet, czyli do Muzeum Transportu. Można tam zobaczyć stare wagony – kolejowe, tramwajowe, samochody, w tym np. strażackie. Co ważne, do wielu pojazdów można wejść (tego mi brakuje w naszych muzeach, m. in. w teoretycznie wprost stworzonym dla dzieci Centralnym Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach). Można też zmierzyć się z symulatorem jazdy autobusem ;p

Muzeum Transportu jest połączone z Muzeum Zabawek (jeden bilet, a właściwie zabawki w cenie biletu „transportowego”). W gablotach jest tam mnóstwo zabawek – od pluszaków, poprzez składane modele samolotów i statków, aż po setki Smerfów. Oj można tam sobie przypomnieć o swoich przyjaciołach z dzieciństwa 😉

Jednak prawdziwym rajem dla dzieci jest Wyspa Djurgarden – to dawne tereny łowieckie króla Szwecji, które dziś pełnią rolę wielkiego miejskiego parku narodowego. Już płynąc na nią promem (trochę kropiło, więc zrezygnowaliśmy ze spaceru, choć to blisko centrum Sztokholmu) zauważyliśmy wielki lunapark.

Nie planowaliśmy tam odwiedzin (szczególnie, gdy zobaczyliśmy ceny biletów wstępu), ale jednak się skusiliśmy (taaa… a potem 2 dni w Sztokholmie o chlebie i wodzie były ;)). Furorę robi tam wielki rollercoaster. Wjeżdża się tam na wysokość 80 m a potem… spada na dół (prawie w pionie) z prędkością nawet 100 km na godzinę! Bajer 😉 O tak sobie można upaść na głowę 😉

Na wyspę popłynęliśmy jednak nie z powodu lunaparku, a czegoś na pierwszy rzut oko mało dziecięcego – chcieliśmy zobaczyć Vasamuseet, który jest chyba największą muzealną atrakcją Sztokholmu. W muzeum tak naprawdę jest jeden „eksponat”. Ale za to jaki!!! Vasa to wielki okręt wojenny, który zatonął w XVII w. tuż po wypłynięciu z portu (płynął na wojnę z Polską!). Po ponad 300 latach został w całości wyciągnięty (w doskonałym stanie) i trafił do muzeum. Ogromny statek (62 m długości i 50 m wysokości) można oglądać z kilku poziomów. W muzealnej hali zobaczyć też można wiele wyjętych z galeonu przedmiotów oraz dokładny model statku. Jeśli ktoś ma więcej czasu (my tam spędziliśmy chyba z 3 godziny) to w osobnej salce do zobaczenia jest kilka filmów m. in. z akcji wydobywania galeonu z morza. Jestem przekonana, że w tym muzeum dzieciom bardzo się podoba (zresztą było to widać po minach najmniejszych turystów, Hanka byłaby zachwycona, mimo panującego tam półmroku).

Przepraszam za fatalną jakość zdjęć, ale były robione w ciemności i w dodatku baaaardzo starym telefonem ;p

Wspomniany model galeonu:

* * *
Jeśli wybierzemy się do Sztokholmu z Hanią i Hubertem to z pewnością na Djurgarden spędzimy sporo czasu. Oprócz wspomnianych wyżej atrakcji warte odwiedzenia są Skansen na świeżym powietrzu czy Junibacken – magiczny dom bajek, w którym można spotkać Pippi Langstrump (jest tam też teatr, w którym codziennie są przedstawienia dla dzieci).

Ale szopka! Wystawa szopek krakowskich

W końcu się udało! Wybraliśmy się do Krakowa! „Wybieranie się” trwało… równy rok. Tak, wystawa szopek krakowskich to była nasz plan na styczeń 2013 r.  Wtedy się nie udało. W ogóle zawsze, gdy już byliśmy prawie spakowani coś się działo. W końcu jednak krakowskie fatum zostało przełamane i zobaczyliśmy słynne szopki. I smoka, oczywiście.