Hania na Dzikim Zachodzie!

Tak, tak… dobrze czytacie! Tak jak zapowiadałam, w weekend Hania pojawiła się w nowej atrakcji województwa śląskiego, czyli w parku rozrywki Miasteczko Twinpigs w Żorach. Ogólnie uważam, że jest to atrakcja dla dzieci co najmniej przedszkolnych (i to starszaków), ale ponieważ w jesienno-zimowe weekendy jest wstęp gratis, postanowiliśmy przekonać się jak to w tym westernowym miasteczku jest 🙂

Dla mnie puste uliczki miasteczka Twinpigs były plusem, w sezonie jest tam naprawdę tłoczno. Do miasteczka wchodzi się przez ogromną bramę. Za nią rozciąga się uliczka jak z Dzikiego Zachodu. W drewnianych zabudowaniach mieści się saloon, biuro szeryfa, sklepy z pamiątkami i stodoła, w której odbywają się różne pokazy. Jest kino 5D, są kucyki i plac zabaw dla najmniejszych dzieci. Dla większych jest ogromna ścianka wspinaczkowa.

W trakcie naszej krótkiej wizyty (była tylko po drodze, bo tego dnia jechaliśmy do katowickiej Nibylandii) Hania zobaczyła jak robi się wieeeelkie mydlane bańki i zwierzątka z długich baloników. Był też pokaz iluzji, ale to jest interesujące dla starszych dzieci.


Zaliczyła też standardową w takich miejscach „ściankę” 🙂

W sezonie takiej pustej uliczki raczej się w Twinpigs nie uświadczy;p My wrócimy tam z pewnością, ale za jakieś 3 lata – wtedy Hania skorzysta z większości oferowanych w parku atrakcji. Myślę, że na wizytę będzie trzeba zarezerwować cały dzień 😉

Informacje praktyczne:
Park Rozrywki Miasteczko Twinpigs, www.twinpigs.eu, ul. Katowicka 4, Żory (droga 81 z Katowic w Beskidy).
W tym momencie – przy okrojonym programie – w weekendy wstęp jest wolny (szczegóły tutaj). W sezonie bilety są dość drogie, bo kosztują ok. 40 zł, ale w zamian wszystkie atrakcje wewnątrz są już darmowe.

Kolejna kolejka Hani

Jutro wybieramy się do Katowic i Hania jest oburzona, że nie jedziemy pociągiem! Fakt, jest to środek transportu, który niezwykle ją interesuje 😉 Kilka razy już pociągiem jechała, zaliczyła nawet nocną podróż przez całą Polskę! Ale pociągiem można jeździć również bez konkretnego celu – w całym kraju do wyboru mamy kilka (albo kilkanaście?) wąskotorówek. My odwiedziliśmy dwie z nich – chyba najsłynniejszą kolejkę  bieszczadzką oraz tą, które wkrótce (mam nadzieję ;)) dorówna jej sławą – kolej w Rudach koło Rybnika.

W Bieszczadach Hania była w samym szczycie sezonu letniego – w sierpniu 2011 r. Z Cisnej, w której mieszkaliśmy, wybraliśmy się do Majdana pieszo… Tambylcy powiedzieli, że to nie jest daleko – kłamali! 😉 Szliśmy chyba z godzinę, prawie cały czas poboczem (Hanka w nosidle). Wyprawa była trochę mało przemyślana i dlatego przyszliśmy na miejsce w naprawdę ostatnim momencie – okazało się, że na najbliższy wyjazd kolejki nie ma już biletów, a następna dopiero za 2 czy 3 godziny. Ponieważ na miejscu infrastruktury dla turystów w zasadzie brak (jest tylko „polowa” knajpka i kilka sklepików, takich raczej odpustowych), przeprowadziliśmy skomplikowaną operację – mama z Hanią oglądała kolejkę, zjadła obiad a tata… pobiegł po auto;p

Wróciliśmy do naszej kwatery głównej, Hanka wykąpała się w swoim zakupionym specjalnie na ten wyjazd basenie i… zrobiliśmy drugie podejście do kolejki ;). Tym razem udane.

Ogólnie podróż była dość długa i chwilami naprawdę monotonna – szczerze mówiąc spodziewałam się, że wszystko to będzie wyglądało trochę inaczej… Kolejka jest naprawdę popularną atrakcją – jej kilkanaście wagoników było wypełnionych po brzegi. Zdecydowaną większość turystów stanowiły rodziny z dziećmi. Z tego co pamiętam jechaliśmy ponad godzinę. Szkoda, że część trasy przebiegała dość nieciekawą widokowo trasą – w moim wyobrażeniu ta trasa wyglądała zupełnie inaczej.

Druga kolejka – w Rudach koło Rybnika, jest na pewno mniej spektakularna, ale… ma potencjał 😉 Jest to obiekt Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego, nie byłabym więc sobą, gdyby moje dziecko tej atrakcji nie odwiedziło. Szczególnie, że z domu mamy do niej jakieś 25 km. Na miejscu do zobaczenia jest budynek stacji, kilka niestety (jeszcze) niechodzących lokomotyw. Fajną atrakcją jest też drezyna ;). Trasa kolejki jest dość krótka, ale przynajmniej najmłodsi się nie zdążą znudzić – trasę Rudy-Paproć-Rudy pokonuje się w niecałą godzinę.

Kolejka położona jest w okolicy, w której spokojnie i ciekawie można spędzić cały weekend. W samych Rudach oprócz wąskotorówki turyści mogą zwiedzić Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich, a tam klasztor i ogromny park, który jest idealnym miejscem dla spacerowiczów. Miejscowość leży na Szlaku Cysterskim i od kilku lat zaczyna inwestować w infrastrukturę (z pomocą unijnych środków oczywiście;p). Ostatnio przy klasztorze i wejściu do parku otworzono tam mały (ale fajny;p) plac zabaw i bazę odpoczynkową dla rowerzystów (w Rudach krzyżuje się kilka ścieżek rowerowych, którymi można dotrzeć np. nad rybnicki zalew i – choć tego nie jestem w 100% pewna – do Czech).

Nie wiem jak to możliwe, ale w moich podręcznych zbiorach zdjęciowych brakuje zdjęć z Rud! Muszę przejrzeć płyty ze zdjęciami i uzupełnię wpis. Tymczasem zdjęcia z rudzkiej wąskotorówki można zobaczyć na oficjalnej stronie atracji za Facebook’u – zapraszam!

Informacje praktyczne:
Bieszczadzka Kolejka Leśna, Cisna, Majdan 17, www.kolejkabieszczady.pl
Teraz doczytałam, że bilety można kupić już wcześniej (ale ułatwiłoby nam to wycieczkę!) – dystrybuowane są w kilku miejscach w Bieszczadach (przede wszystkim w informacjach turystycznych), w dniu odjazdu bilety można dostać tylko na stacji kolejki.

Stacja Kolejki Wąskotorowej w Rudach – obiekt należy do Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego (www.zabytkitechniki.pl), Rudy, ul. Szkolna 1, www.kolejkarudy.pl
UWAGA! na stronie internetowej jest rozkład jazdy, który obowiązuje w wakacje, poza sezonem najlepiej zadzwonić lub… przyjechać grupą 😉 (kolejka jedzie jeśli jest co najmniej 10 osób dorosłych).

Zamek Spiski – słowackie ruiny z listy UNESCO

Planując podróże staram się zawsze mieć w „okolicy” jakiś zamek. Nie zdziwicie się więc jeśli napiszę, że wracając z Bieszczad „przypadkiem” przejeżdżaliśmy obok ruin zamku spiskiego (tak, to ten sam powrót do domu, w ramach którego byliśmy w Tatrach). To jedyny tego typu obiekt na Słowacji, zarówno ruiny, jak i leżące u ich podnóża miasteczko w 1993 r. zostało wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. No nie mogło nas tam nie być.

O wyższości morza nad górami…

Tak, to ja napisałam ten tytuł! Pomimo tego, że jestem zadeklarowaną fanką turystyki górskiej i stojąc przed wyborem góry/morze zawsze wybiorę te pierwsze, jest jedna rzecz, którą woda wygrywa – to zachód słońca (wschód teoretycznie też, ale nigdy nie miałam siły wstać i samodzielnie się o tym przekonać :)). W Białogórze zachody słońca „zaliczyliśmy” dwa. Była też trzecia wyprawa, ale… się spóźniliśmy ;p
Nie będę dużo pisała (zauważyłam, że mam ku temu dość dużą tendencję), akurat w tym wpisie wystarczą zdjęcia 🙂
Tak było pięknie:

Wakacje nad morzem

To był najdłuższy wyjazd Hani – w sumie poza domem była aż 20 dni! Pomimo tego, nad samym morzem była dni 16… Jakim cudem? Oczywiście wszystko przez przystanki w podróży :). Tym razem czekał ją nocleg w Poznaniu (a właściwie w Komornikach pod Poznaniem), a w drodze powrotnej 2 dni pod Częstochową u dziadków. Nieskromnie powiem, że wyjazd był super. Pomimo tego, że nie jesteśmy wielbicielami morza, odpoczęliśmy jak nigdy.

Urlop spędziliśmy w miejscowości idealnej dla rodzin z małymi dziećmi. Gdybym miała określić ją jednym słowem, chyba byłoby to słowo „dziura”. I w pełni nam to odpowiadała. Napiszę wręcz więcej – do Białogóry na pewno jeszcze wrócimy. Spokój, brak tłumów turystów, najpiękniejsza i najszersza plaża jaką w życiu widziałam, mało wszechobecnej komercyjnej papki – dla mnie super. Był też jeden minus, który Hania zauważyła dopiero po czasie (a właściwie po 10 dniach – kiedy to pojechaliśmy do Sopotu) – brak muszelek na plaży.
Białogóra jest idealna dla małych dzieci – większe w przypadku braku pogody mogą się tam nudzić. My spędziliśmy tam sam koniec sezonu, który w Białogórze przypada na sierpień (nie wiem dlaczego nie przedłużają sezonu, ostatniego sierpnia nie było już czynnego żadnego lokalu, nie można było zjeść ani ryby, ani pysznych gofrów, ale o tym napiszę kiedy indziej ;p). Dobrze więc, że nie zdecydowaliśmy się na wrześniowy pobyt tak jak planowaliśmy na początku .

My mieszkaliśmy w domu znajomych, ale z kwaterami nie ma tam najmniejszego problemu. Są pokoje, kwatery w agroturystyce, miejsca w pensjonatach. Wiele z nich jest nastawionych na przyjmowanie właśnie rodzin z małymi dziećmi (mają łóżeczka, przewijaki, huśtawki w ogrodzie itp.). 
Z ogólnodostępnych atrakcji dla maluchów są plac zabaw i stadnina koni, w której zobaczyć można też inne zwierzęta. Wielkim przeżyciem są też podróże dorożką ciągniętą przez jednego lub dwa konie – chyba każda rodzina choć raz z tego skorzystała 🙂 Po pierwsze dlatego, że za 2 zł można dziecku sprawić naprawdę wielką frajdę, po drugie – do plaży jest jednak kawałek (pieszo idzie się jakieś 20 do 30 minut, w zależności ile gratów na plażę się ze sobą bierze;p). Do głównego wejścia na plażę idzie się asfaltem (i tam jeżdżą bryczki i riksze), ale my rzadko z niego korzystaliśmy (taaa, to zejście było bardziej komercyjne :)). Kilkaset metrów dalej było zejście przez las, dużo bardziej klimatyczne, ale w części szło się piaskiem, więc niepolecane dla osób z wózkami (my nosidłowi, więc problemu nie było). Choć oczywiście wielu było takich, którzy przez te wydmy ciągnęli wózki wypełnione plażowym sprzętem;p 

Sama plaża była boska – szeroka, z drobniutkim i czystym piaskiem i – to najważniejsze – prawie pusta! Zdarzyło się nam, że nie widzieliśmy na niej innych osób (fakt, że było to w dzień, w którym naprawdę wiało, ale przecież od czegoś są ciepłe bluzy i kaptur :)). 

Hania była nad morzem drugi raz, ale dopiero teraz miała z niego frajdę. Zresztą, zobaczcie sami 🙂