Turystyka w 2020 r. Może mijający rok jednak nie był taki zły?

Kto się cieszy, że 2020 już za nami? Ja bardzo… Miniony rok dał popalić wszystkim. Myślę, że rodzice, pracujący w domu z dziećmi (albo trójką) na karku zasłużyli nie tylko na medal z ziemniaka. Obiecałam sobie jednak, że wyłuskam z roku 2020 choć 10 pozytywów. Tu – oczywiście – turystycznych. To co, jakie były wasze pandemiczne wyjazdy? Jaka była turystyka 2020 w rodzinnym wydaniu? Zaczynamy!

Ferie inne niż dotąd

Zanim wszystko się zepsuło, styczniowe ferie spędziliśmy na Majorce. Ledwie kilka dni, ale wyspa, co do której nie miałam żadnych wymagań (po prostu tam były najtańsze bilety, dla całej naszej piątki za niecałe 200 zł. Co z tego, że z Berlina). Było cudnie i całkiem ciepło, dzieci zaliczyły nawet morskie kąpiele. Mnie i Kamila za to zachwyciły tamtejsze góry (i serpentyny, na których dzieci były dziwnie zielono-blade i – tu sensacja – milczące). Co nieco o Majorce (w planach było więcej artykułów, ale cóż… jeździłam na rowerze).

Ulubiona atrakcja okolicy doceniona

Pobiliśmy rekord w ilości odwiedzin w tym samym miejscu. Mowa oczywiście i Rudach i Rudzkich Lasach. Do Rud uciekaliśmy, gdy tylko w lasach można było w miarę swobodnie się poruszać, potem jeździliśmy tam na rowerach (czasem parkując samochód przy lesie, czasem jadąc z Rybnika), szukaliśmy grzybów i najpiękniejszych jesiennych liści, tam wąchaliśmy czosnek niedźwiedzi i piknikowaliśmy latem. Dzień dziecka spędziliśmy w Zabytkowa Stacja Kolei Wąskotorowej w Rudach, dzieci tak się cieszyły, że jest możliwość przejechania się wąskotorówką, że dojechały tam na rowerach w nieco ponad godzinę (a to jakieś 15 km!) Nie wiem ile razy się wybraliśmy, może 20, może 30 razy… Rudy uzależniają.

Paralotnie na Żarze!

Przygodą roku był mój i Kamila lot paralotnią nad górą Żar. Było cudownie! Widokowo i ekscytująco. Na pewno jeszcze raz sobie taki lot zafundujemy. Może tym razem jesienią.

Beskidy kiedy tylko to możliwe

Kiedy tylko wypuszczono nas z domów, pojechaliśmy w Beskidy. Z lekkim przerażeniem, w maseczkach i odpowiednim dystansie ruszyliśmy do Brennej. Tam mamy najbliżej i nie mijamy zakorkowanej Wisły. Zdarzało się, że w górach byliśmy co weekend, szczególnie późną wiosną i jesienią. Odkryliśmy nie tylko Brenną, ale przede wszystkim niezwykle urokliwy kamieniołom w Kozach i Chrobaczą Łąkę (lub Hrobaczą, obie pisownie podobno są prawidłowe). Ta ostatnia tak się nam spodobała, że byliśmy tam dwa weekendy pod rząd.

Opolszczyzna pełna atrakcji

W wakacje poznawaliśmy uroki województwa opolskiego. Niby je świetnie znamy, bo przecież byliśmy w Krasiejowie, Mosznej, na górze św. Anny czy w Opolu nieraz (ba, mieszkaliśmy tam z Kamilem kilka lat), a jednak wiele było niespodzianek. Do tego jest to tak blisko, że wszystkie te atrakcje mamy w zasięgu jednodniowych wyjazdów (a takich w tym roku było przecież najwięcej). I tam pierwszy raz płynęliśmy kajakami!

Bałtyk bez tłumów!

Byliśmy nad Bałtykiem, BEZ tłumów. I było ciepło (a na Śląsku wtedy padało). W czerwcu wygospodarowaliśmy kilka dni i uciekliśmy do Białogóry. Mała mieścinka z długim dojściem do plaży, dzięki czemu sporo jeździliśmy na rowerach. Kawałeczek R10, szlak rowerowy prowadzący dawną trasą kolejową z Krokowej do Swarzewa, trasa rowerowa wzdłuż Półwyspu Helskiego i trasa do ujścia Piaśnicy. Jak na 5 czy 6 dni to całkiem sporo. No i spotkaliśmy się z dziewczynami z bloga Wszędobylscy.

Wyjazd Hani

Pomimo restrykcji Hania jednak pojechała na obóz koszykarski. Była w Kołobrzegu i na pewno będzie naszym przewodnikiem po tym mieście, bo mamy je w planach na… kiedyś. Jej ten wyjazd bardzo dobrze zrobił, pomimo tego, że na początku było trochę łez (dla całej drużyny był to ciężki obóz). Wróciła szczęśliwa, wytrenowana i zadowolona, ze w końcu mogła do woli przebywać ze swoimi rówieśniczkami. To najważniejsze.

Ekspresowy Toruń

Kiedy Hania była na obozie, my z chłopakami odwiedziliśmy Toruń. Spokojnym tempem robiliśmy kilkanaście kilometrów dziennie i zajadaliśmy pierniki. I znów była piękna pogoda!

Magiczny Dolny Śląsk

W wakacje odwiedziliśmy Zamek Kliczków (zwany przez Antka Zamkiem Króliczków, to jego ulubione – oczywiście obok Krasiejowa – miejsce odwiedzone w 2020 r.), Bolesławiec (też rowerowo) i okolice. Zawsze wiedziałam, że Dolny Śląsk jest cudownie malowniczy i pełen tajemnic, ale ten wyjazd sprawił, że musimy tam jeszcze wrócić, najlepiej kilkanaście razy.

Aktywnie jak nigdy dotąd…

Rok 2020 był najaktywniejszy w moim życiu… Kto mnie zna ten wie, że ze sportem niespecjalnie mi po drodze. Tymczasem w zasadzie pół wiosny, lata i jesieni spędziłam z dzieciakami na rowerze. Zdarzało nam się przejeżdżać ponad 40 km dziennie (przypominam, że Hubo jest drobnym 7-latkiem). Było rowerowanie po Rybniku, po różnych zakątkach województwa śląskiego, opolskiego, dolnośląskiego i pomorskiego. Dosłownie na chwilę byliśmy też rowerami w Czechach (i to była nasza jedyna pandemiczna wyprawa za granicę, a raczej za graniczny most w Bohuminie).

Bardzo żałuję, że nie liczyłam tych wszystkich kilometrów. Wyszłaby z tego niezła suma. Największym zaskoczeniem było to, że ostatnią dłuższą przejażdżkę (jakieś 25 km) zrobiliśmy sobie w listopadzie! Rok temu nie do pomyślenia…

Drugie zaskoczenie? Zostaliśmy morsami! Na razie ostrożnie, na małym rybnickim akwenie. Za to morsujemy regularnie, co tydzień. Zaczęliśmy pod koniec listopada 2020 i do tej pory byliśmy morsować 7 razy!

10 pozytywnych turystycznych skojarzeń z 2020. W zasadzie wymieniłam je jednym tchem. Nie miałam najmniejszego problemu z przypomnieniem sobie tych dobrych chwil. Oczywiście złe też były, ale kto by rozpamiętywał Wielkanoc we Włoszech, która przepadła. Albo majówkę w Wiedniu czy listopadowe urodziny dzieci w Londynie… Atrakcje poczekają. A 2020 r. zapamiętamy jako ten, w którym nauczyliśmy się cieszyć nawet z najmniejszych wypadów. W zasadzie zawsze je doceniałam. Na każdym spotkaniu czy w przewodniku „Dzieci odkrywają Śląskie” przekonywałam przecież, że „przygoda czai się nawet za najbliższym rogiem”. W 2020 chyba wszyscy przekonali się, że to prawda. Co nie oznacza, że chciałoby się czasem pojechać też gdzieś dalej…

* * *
W tym całym szaleństwie bardzo zaniedbałam bloga. Co prawda ukazało się 18 artykułów (co i tak mnie zdziwiło, myślałam, że opublikowałam ich mniej), jednak dotyczyły tak naprawdę ledwie kilku wyjazdów. Nie zmusiłam się do dokończenia zalegających w odmętach wordpressa kilkudziesięciu szkiców artykułów. Nie opisałam dziesiątek tras rowerowych. Chyba już mniej mi się chce pisać… Nie obiecuję, że 2021 będzie lepszy. Na pewno na bieżąco fotki będą się pojawiały tutaj. Szczególnie te rowerowe, bo tych wycieczek po okolicy nie zniweczy żaden wirus, nie pozwolimy na to… Dobrego 2021 r.! Zdrowego, pełnego przygód, NORMALNEGO 🙂

Leave a Reply