Malta poza sezonem. Dzień po dniu

Zaczynamy upragniony urlop, podobnie jak w przypadku Cypru, na Maltę wybraliśmy się poza sezonem. Na razie widzimy same plusy – jest taniej niż w sezonie, jest mniej turystów, a pogoda – oczywiście jak dla nas – idealna (ok 25 stopni, wieczorem boskie 18-19). Czego chcieć więcej? Tak jak ostatnio na bieżąco powstaje więc wpis Malta poza sezonem, możecie sprawdzać na bieżąco czy Malta poza sezonem była dobrym wyborem.

Niedziela – lecimy!

Znacie przysłowie kto rano wstaje…? Tym razem byliśmy to my. Dzięki temu, krótko po 9 wyszliśmy z samolotu na maltańskim lotnisku. Oślepiły nas promienie słońca, owiał dość mocny wiatr. Po odczekaniu swego przed lotniskowym punkcie informacji turystycznej  (otwarty od 10 i mimo że Pani była już w nim o 9.45 staliśmy sobie przed szklanymi drzwiami i patrzyliśmy na Panią przy biurku). Gdy już mieliśmy potrzebne ulotki pojechaliśmy szalonym busem (matko, jak oni tu jeżdżą!!!) do naszego mieszkanka wynajętego jak zwykle przez Airbnb. Dzięki wam mieliśmy je kilkaset złotych taniej – rejestrowaliście się w tym serwisie z tego linku i dzięki temu i my, i wy otrzymywaliście zniżkę na wyjazd (około 100 zł!). Kogo jeszcze nie ma w serwisie, temu się polecamy. Po dotarciu do Melliehy, w której stacjonujemy, wybraliśmy się na plażę. Mnie osobiście Mellieha Bay, reklamowana jako najlepsza piaszczysta plaża na Malcie, lekko zawiodła, ale dzieciaki były przeszczęśliwe, październikowa kąpiel w morzu zaliczona. Można było iść spać (hehe, o 20…).

Poniedziałek – ambitne plany…

…a życie życiem. Wstaliśmy raniutko (przecież poszliśmy spać o 20), wybraliśmy się ju nie tak wcześnie, dojechaliśmy do Valetty, w której planowaliśmy spędzić z 2 godziny i ruszyć dalej. I tyle było planów. Szwędaliśmy się po maltańskiej stolicy z 5 godzin, na szczęście bez wózka (ile tam wszędzie schodów!). Po tym czasie dzieci były na tyle padnięte, że wróciliśmy do mieszkania. Drugi raz złotą godzinę spędziliśmy w busie, musimy popracować nad rozkładem kolejnego dnia.
Hitem Valetty okazały się okolice Fortu św. Elma i Narodowego Muzeum Wojny, kolorowe wykusze i… lody w kształcie kwiatków. Dla każdego coś miłego.

Wtorek – chill na Gozo

Rano obudziło nas słońce (tzn. najpierw dzieci, padają o 20 to wstać o 6 potrafią bez problemu), postanowiliśmy więc popłynąć na Gozo. Plany były wielkie, skończyło się na Ramla Bay, przepięknej plaży z charakterystycznym i wszędzie rozpoznawalnym piaskiem o pomarańczowym odcieniu. Starszaki kąpały się aż usta były fioletowe, Antek plażę w zasadzie przespał. Później była stolicy wysepki – Victoria (Rabat). Klimatyczne uliczki, obwieszone wizerunkami świętych, kolejna porcja ozdobnych wykuszy i – największe wow – Cytadela. Planowaliśmy złotą godzinę na promie, dojechaliśmy na niego w ciemnościach. W dodatku okazało się, że dla 5-osobowej rodziny (+ wózek!) nie było już miejsca i pomimo posiadania biletów musieliśmy czekać na kolejny kurs. Nawet sobie nie wyobrażam co tam się wyprawia w pełni sezonu.

 

Środa – maltańska jesień

Plany wzięły w łeb, gdy obudziła nas ulewa. Do tego pękła dętka w wózku… postanowiliśmy więc jechać do akwarium,  taki ukłon w stronę dzieci. I to był błąd!  Akwarium marne,  lepiej jechać do Wrocławia  lub gliwickiej palmiarni.  Albo jechać i zostać przed akwarium,  gdzie jest naprawdę przyjemnie  – świetny plac zabaw, dobra kawa i widok na miłą zatoczkę.  Tam byliśmy do godzin popołudniowych. W końcu zachód słońca był na plaży. Pomimo zmiennej pogody cały czas ok. 20 stopni.

Czwartek – cały dzień dzieci

Dziś przyszedł czas na wioskę Popeye’a. Dzieci bajki nie znały, ale od dnia przylotu na Maltę codziennie oglądały ja na dobranoc. I wyszło, że od lat marzyły, by zobaczyć miejsce, w którym kręcony był film. Pojechaliśmy więc… Pierwszy raz pomyliliśmy autobusy (a raczej strony, bo linia była dobra). Przekonaliśmy się więc jak daleko od Melliehy jest plaża, na którą też się wybieramy i do celu dojechaliśmy godzinę później (czyli jakieś 3 godziny po tym jak dzień wcześniej zaplanowaliśmy). Bawiliśmy się aż… zaczęło lać. Po deszczu, kiedy czekaliśmy na busa, wyszło słońce i zachód zastał nas w wiosce, znowu inaczej niż było w planach, może jutro się uda zrobić to co miało być dziś (i wczoraj, i przedwczoraj w sumie też).

 

Piątek – wyprawa na drugi koniec wyspy

Dzień,  w którym poznaliśmy maltańskie korki, które sprawiły, że nie dotarliśmy do wszystkich miejsc, które chcieliśmy odwiedzić (to taki standard na tym urlopie). Wyjazd do chyba najbardziej znanej maltańskiej atrakcji czyli rybackiej wioski Marsaxlokk. Kolorowe łódki w porcie faktycznie tworzą malowniczy krajobraz, jak się jest z dziećmi to jednak nie wystarcza. Dlatego pojechaliśmy jeszcze na plażę, tym razem Pretty Bay. Nazwa trafna.

Sobota – mamy problem!

Hubo w nocy miał gorączkę, na wspólny wypad nie było więc szans. Nie ta sobie wyobrażaliśmy jego urodziny! Cały dzień był więc podzielony. Najpierw Antek z Kamilem zaliczyli spacer po naszym miasteczku, aż wstyd, że Melliehę zaczęliśmy poznawać ostatniego dnia pobytu. Potem Hania była na kolejnej plaży, tym razem Tuffieha Bay. Skusiliśmy się jeszcze na popołudniowy spacer, ale – tradycyjnie – nie zdążyliśmy na zachód słońca, wygrały z nim urodzinowe ciastka… Wieczór upłynął pod znakiem opowieści z Malty i pakowania.

Niedziela – wracamy

 

Dodaj komentarz