Lwów na weekend

Lwów na weekend! Tak, to idealna destynacja na 2-3 dniowy wypad, szczególnie, że w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat jest tam dużo łatwiej i szybciej się dostać (autostrada do samej granicy, bezpośredni pociąg czy samolot skróciły dystans, ze Śląska na miejscu byliśmy w zasadzie po 7 godzinach jazdy, 5 do Przemyśla i 2 do Lwowa). Jadąc do Lwowa mieliśmy o mieście wiele wyobrażeń – że polskie miasto, że zaniedbany, wielokulturowy, smaczny i piękny. Czy to prawda?

Przy każdym stwierdzeniu możemy postawić wielkie TAK. Teraz, po powrocie zastanawiam się tylko co nas we Lwowie bardziej absorbowało – oglądanie zabytkowej zabudowy czy smakowanie miasta? Chyba po raz pierwszy będąc z dziećmi tak dużo czasu poświęciliśmy na życie kawiarniane. Co więc zobaczyliśmy pomiędzy kawą, strudlem a obiadem?

Trzy katedry

Skoro Lwów to prawdziwa kulturowa mieszanka, to i jego społeczeństwo powinno być wielowyznaniowe. I faktycznie tak jest. Najlepszy przykład? W prawosławnej Ukrainie w święta wielkanocne byliśmy na mszy w katedrze łacińskiej wypełnionej wiernymi, nie tylko Polakami. Kiedy pytałam znajomych co zobaczyć we Lwowie poza Cmentarzem Łyczakowskim najczęściej wskazywano mi właśnie 3 katedry. Nie było więc wyjścia, trzeba było do nich dotrzeć. Nie było to specjalnie trudne, bo Katedrę św. Jura codziennie mijaliśmy w drodze z naszego hotelu Irena na rynek, a Katedry Ormiańska i Łacińska znajdują się tuż przy głównym miejskim placu.

Mnie osobiście najbardziej podobała się ostatnia z odwiedzonych przez nas świątyń – Katedra Ormiańska. Skromne wejście nie napawa optymizmem, jednak wchodząc do wnętrza katedry człowiek przenosi się w inny, tajemniczy i mistyczny świat. By robić zdjęcia w katedrze, trzeba uiścić opłatę (5 hrywien).

Cała ulica przy której znajduje się katedra jest wyjątkowa – były na niej tłumy nie mniejsze niż na rynku, tylko tam można było posłuchać ulicznych grajków. Niedaleko katedry weszliśmy do knajpy, którą najmilej wspominam – Lampy Naftowej. Nazwa nie jest przypadkowa – związana jest oczywiście z Ignacym Łukasiewiczem (można sobie z nim zrobić zdjęcie przed wejściem). W pobliżu było też dużo miejsc stworzonych z myślą o dzieciach (manufaktura słodyczy, jakaś piernikarnia itp.), ale tym razem nasze dzieciaki musiały obejść się smakiem.

Katedra (sobór) św. Jura zawsze była pełna wiernych (w końcu okres świąteczny), nie zobaczyliśmy jej więc tak jak byśmy chcieli. Jest malowniczo usytuowana na wzgórzu, wieczorem efektownie podświetlona. Zawsze kiedy przechodziliśmy obok, z wnętrza dochodziły hipnotyczne śpiewy wiernych.

Ostatnią katedrą jest łacińska Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tam, wraz z tłumami lwowskich Polaków, uczestniczyliśmy w wielkanocnych obrzędach. Choć z zewnątrz kościół nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia (pewnie też dlatego że jest „wciśnięty” w jeden z placów wychodzących od rynku, a obok wiedzie linia tramwajowa), w środku znowu jest magicznie. Jedną z częściej odwiedzanych atrakcji Lwowa jest też sąsiadująca z katedrą Kaplica Boimów. Na pewno od razu ją zauważycie, bo wyróżnia się ciemną rzeźbioną fasadą. W środku jest niewielka, za to bogato zdobiona. Warto spojrzeć tam w górę, bo malowidła na sklepieniu kaplicy robią niesamowite wrażenie. Wstęp do kaplicy jest płatny (30 hrywien).

Okolice Opery

Idąc w stronę rynku od naszej najczęstszej miejscówki obiadowej, czyli Puzatej Chaty (ja się zakochałam w polecanej przez Wędrowne Motyle zupie solance (choć pływający w niej plasterek cytryny nieco mnie zastanawiał) i kwasie chlebowym, Kamil – wiadomo – w pierogach, a dzieciaki w naleśnikach z serem, tak więc byliśmy tam codziennie) przecinaliśmy Trakt Swobody, chyba najsłynniejszą lwowską ulicę.

Z jednej strony oglądaliśmy pomnik Szewczenki, z drugiej ogromny gmach Opery Lwowskiej (a właściwie Lwowskiego Narodowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej), przed którą odbywał się wielkanocny jarmark. O dziwo, w drewnianych domkach nie było tyle chińskiej szmiry co na naszych jarmarkach, naprawdę miło było więc chodzić pomiędzy straganami. Żałuję tylko, że nie udało nam się wejść do środku, jednego dnia było zamknięte, drugiego dzieci odmówiły już współpracy.

Rynek

Gdy w końcu doszliśmy na rynek (yyyy… trzeciego dnia przed południem), zostaliśmy tam na kilka godzin. Spory budynek ratusza obeszliśmy kilka razy, oglądając przepiękne lwowskie kamienice. Uwagę najbardziej przyciągała oczywiście ta z czarną elewacją, ale i inne były ciekawe.

Na rynku odwiedziliśmy też – a jakże – najsłynniejsze i najbardziej polecane w przewodnikach i na wielu blogach knajpki. Do Kopalni Kawy tylko weszliśmy, bo tłumy były tam przeogromne (chcieliśmy wejść do podziemnych korytarzy, ale Hubo się wystraszył i musieliśmy się ewakuować), podobnie zresztą jak w pobliskiej Manufakturze Czekolady. W końcu usiedliśmy w Kawiarni Atlas, a właściwie przed kawiarnią, bo w momencie naszego wejścia na rynek wyszło słońce i były to chyba najcieplejsze dwie godziny w ciągu całego naszego pobytu we Lwowie. Po kawie i deserze (strudel z jabłkami pierwsza klasa!) Kamil „zaliczył” jeszcze wiśniową nalewkę w Drunken Cherry (na rogu, tuż przy Kopalni Kawy – te dwie knajpy sprawiają, że ta część rynku jest zawsze najbardziej zatłoczona) i mogliśmy iść dalej.

Punkty widokowe

Uwielbiam punkty widokowe! Zawsze staramy się wejść na jakieś wzgórze, czy wierzę, z której widać nie tylko najbliższą okolicę, we Lwowie nie mogło więc być inaczej. Najpierw poszliśmy spalić miliony deserowych kalorii na wieżę Ratusza Miejskiego. Niemal 60 m i 350 wąskich krętych schodów prawie mnie zabiło, ale warto było się pomęczyć (wstęp płatny – 40 hrywien). Drug raz panoramę Lwowa oglądaliśmy ze szczytu Kopca Unii Lubelskiej. Usypano go w 1869 r., gdy Lwów znajdował się pod zaborem austriackim (!), na pamiątkę 300-lecia unii Polski i Litwy. Górka ma 400 m wysokości, też się trzeba było trochę namęczyć żeby na nią się wdrapać (szczególnie, że z drogi nie zauważyliśmy poprowadzonych schodków i część trasy zrobiliśmy na przełaj…).

Okolice Arsenału

Znowu za sprawą Wędrownych Motyli, okolice Arsenału zaczęliśmy zwiedzać od restauracji. Tym razem trafiony-zatopiony! Arsenal Ribs And Spirit przypadł do gustu i Kamilowi (w końcu porządne mięso, choć rybę też zamówiliśmy), i dzieciakom (jedzenie rękami! w dodatku rodzice w fartuszkach, a kelner zachęca do malowania po „obrusie”).

Po tak sycącym posiłku nie było mowy o odpoczynku, szczególnie, że tuż obok restauracji w górę wybijała się strzelista Wieża Korniakta i Cerkiew Wołoska (Cerkiew Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny). Tam trafiliśmy na kolejne w te święta święcenie pokarmów, tym razem prawosławne.

Gaj Szewczenki

Gaj Szewczenki to ogromny lwowski skansen, a ja skanseny uwielbiam. Niestety spędziliśmy tam zdecydowanie zbyt mało czasu (dotarliśmy godzinę przed zamknięciem, bilet 40 hrywien). Zobaczyliśmy tylko część drewnianych zabudowań reprezentujących wszystkie części ogromnej Ukrainy. Co ważne, część tych tradycyjnych zabudowań cały czas „żyje” za sprawą swoich „opiekunów”. W niektórych domach spotkaliśmy starsze osoby pokazujące jak kiedyś się pracowało, pichciło, czy szyło. Po raz kolejny trafiliśmy też na święcenie pokarmów (bardzo nas zdziwiło, że Ukraińcy chodzą ze święconką całą Wielką Sobotę, ludzi z koszyczkami w okolicach rynku widzieliśmy nawet wieczorem), tym razem w tradycyjnym i barwnym wydaniu – całe rodziny ubrane w ludowe ukraińskie stroje lub współczesne inspirowane ludowym dizajnem koszule czy suknie na tle zabytkowych zabudowań wyglądały zjawiskowo.

 

Cmentarz Łyczakowski

Nie uwierzycie, ale… nie poszliśmy na Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich. Jak to możliwe? Ano tak, że jadąc w korkach przeraźliwie wypchaną marszrutką (linia tramwajowa była w remoncie i w informacji turystycznej poradzono nam dojazd marszrutką lub spacer, na który już nie mieliśmy siły), dzieciaki stwierdziły, że na żadne groby nie idą… Tak więc poszliśmy do opisanego wyżej Gaju Szewczenki, a obowiązkową nekropolię zostawiliśmy sobie na kolejną wizytę, już w gronie dorosłych.

* * *

Place zabaw dla dzieciaków

Żeby nie było, że tylko chodziliśmy i jedliśmy. Dzieciom trochę rozrywki również zapewniono :) Masę zjedzonych deserów mogły spalić na dwóch fajnych placach zabaw. Pierwszy namierzyliśmy już przy okazji pierwszego wieczornego spaceru przez miasto (jak dobrze, że jest różnica czasu i o 21 jeszcze mogli pohasać), w Parku Iwana Franki (kiedyś Kościuszki), znajdującym się pomiędzy Soborem św. Jura a dojściem na rynek. Drugi odkryliśmy czekając na marszrutkę w stronę Cmentarza Łyczakowskiego, na skwerze pomiędzy Arsenałem a drogą prowadzącą na Kopiec Unii Lubelskiej. Oba fajne, polecamy :)