Sanatorium z dziećmi – czy to jest do przeżycia?

Nie napiszę, że trzy tygodnie w sanatorium Cegielski w Dąbkach minęły jak z bicza strzelił. Kto sam był gdziekolwiek z dwójką dzieci i tak by mi nie uwierzył 😉 Nie napiszę też, że pogoda nas rozpieszczała, bo tak nie było. Początek był bardzo obiecujący, jak się rozochociliśmy to zaczęło padać… Na szczęście częściej padało przed południem, kiedy akurat mieliśmy sporo zajęć. Po obiedzie było już zazwyczaj lepiej. Jak już wychodziło słońce to plaża była po prostu boska (to co, że wiatr urywał głowy, w sumie przy wietrze jest więcej jodu w powietrzu, a po niego przyjechaliśmy). Do tego w samym sanatorium dzieci miały naprawdę dużo zajęć, nawet kiedy padało nie było więc tragedii. Patrząc z perspektywy naszego poprzedniego pobytu w sanatorium, w sanatorium Susmed, w Cegielskim animacje były dużo lepiej zorganizowane. Dzieci nie miały prawa się nudzić. Po publikacji artykułu o sanatorium dostałam wiele pytań o nasz pobyt i warunki w sanatorium. No to teraz czas na odpowiedzi.

O tym jak załatwić turnus w sanatorium w Narodowym Funduszu Zdrowia wpis już był. Mam nadzieję, że tam rozwiałam wszelkie wątpliwości i że już szykujecie swoje wnioski. Ja za jakiś czas znowu złożę, tym razem tylko dla Huberta, bo Hania będzie już… za stara 😉 Tak, z rodzicami dzieci przebywają w sanatorium tylko do 7 roku życia, potem jeżdżą już same. Ważne, że wnioski można składać do NFZ raz w roku. Czas ich rozpatrywania różni się w poszczególnych województwach (z rozmów w sanatorium wyszło, że na naszym turnusie były dzieci, których wnioski złożone były zarówno 8 miesięcy, jak i miesiąc wcześniej), zależy też od pory roku (najdłużej czeka się przed sezonem letnim, wielu rodziców traktuje wciąż sanatorium jako wakacje). To już było, teraz odpowiedzi na wasze pytania, które pojawiły się po pierwszym artykule na blogu.

Jak dojechać do Dąbek?

Oczywiście najprostszym i najpopularniejszym sposobem dostania się do Dąbek jest przyjazd samochodem. I tak zrobiła większość. Dąbki może nie leżą na końcu świata, jednak trochę trzeba jechać, im bliżej miejscowości tym drogi są gorsze, a same Dąbki są obecnie totalnie rozkopane. W zasadzie z kimkolwiek mówiłam, okazywało się, ze droga do sanatorium zajmowała jakieś 7 godzin (i nie ważne, czy ten ktoś był ze Śląska, z Łodzi, Warszawy czy Krakowa…). Część osób miała samochód do dyspozycji w trakcie turnusu, dla nich parking był bezpłatny (nie w każdym ośrodku tak jest).

Bez większych problemów można też dojechać pociągiem. My przy pierwszym naszym pobycie jechaliśmy do Koszalina nocnym pociągiem. To zdecydowanie najdłuższa trasa, ale zdecydowałam się na nią całkowicie świadomie – rano wysiedliśmy z pociągu w miarę wyspani. Dworzec PKP w Koszalinie znajduje się tuż przy przystanku autobusowym, z którego odjeżdżają też busy do Dąbek (nawet poza sezonem jeżdżą dość często). Oczywiście minusem takiego rozwiązania jest konieczność tarabanienia się do ośrodka z dużym bagażem, zawsze można jednak przesłać kurierem. Wycieczka pociągiem ma jeszcze jedną zaletę – to dla dzieci niesamowita przygoda 🙂

Warunki w Sanatorium Cegielski

Najwięcej waszych pytań dotyczyło samego ośrodka, w którym przyszło nam mieszkać, czyli HCP Cegielski. Napiszę tak – jeśli ktoś jadąc do sanatorium spodziewa się luksusów to może być lekko zaskoczony. Nie jest jednak też tak źle jak mogłoby wynikać z zamieszczanych w internecie opiniach niezadowolonych kuracjuszy (sama się na nie natknęłam i nie powiem, lekko przeraziłam). Faktem jest, że ośrodek jest, podobnie jak wszystkie inne w Dąbkach, wiekowy. Widać to też w pokojach. Wyposażenie trąci myszką, ale jest czysto i schludnie. Pokoje są malutkie, jest też jedno skrzydło, w którym pokoje są większe – tak naprawdę to łączone dwa. Ja z dzieciakami taki miałam i uważam, że jak ktoś jedzie z dwójką to jest to najlepsze wyjście (na tej samej zasadzie były kwaterowane dzieci, które przyjechały do sanatorium z dwoma opiekunami, bo i takie „rodzinne” pobyty się zdarzają).

Dzieci (i ich sanatoryjni znajomi zresztą też) bawiły się w jednym pokoiku, a ja w spokoju mogłam poczytać w drugim. Ideał. Minusem jest brak w pokojach pryszniców (pisze o tych małych, standardowych, mnie się udało i miałam w pełni wyposażoną łazienkę). Standardowo w pokojach są umywalki i toalety, prysznice znajdują się na korytarzu. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych to spory problem, dla mnie akurat nie.

Jak może pamiętacie, dwa lata temu też byliśmy w sanatorium, też w Dąbkach, ale w innym ośrodku – Susmed. Tam w równie malutkich pokojach były w pełni wyposażone łazienki. Ale mimo wszystko gdybym znowu miała jechać, wolałabym do Cegielskiego. Dlaczego? Bo tam pokoje i wszystkie inne potrzebne do codziennej egzystencji pomieszczenia (stołówka, gabinety lekarskie, sala edukacyjna, salka gimnastyczna) były w jednym budynku. W Susmedzie przede wszystkim na posiłki przechodziło się do osobnego budynku. Latem – żaden problem. Tylko ja tam byłam z dwójką dzieci, w tym z jeszcze niechodzącym Hubem, na przełomie października i listopada… Do tego jak dziecko było chore/spało itp. to podejście po posiłek stawało się niezłym wyzwaniem (wtedy nie posłałabym samej Hanki 4-latki na kolację, teraz nie byłoby z tym problemu).  W Cegielskim to wszystko było pod jednym dachem, dlatego pomimo braku tej łazienki, ja stawiałabym na niego.

Tak samo było z pralnią – w Cegielskim w budynku, w Susmedzie – w budynku stołówki (do tego pranie trzeba było wieszać w swoim pokoju, a nie w suszarni). W obu ośrodkach jedno prawie to 5 zł, ale ja wolałam w to zainwestować, dzięki temu na 3 tygodnie pobytu miałam jedną walizkę (dużą, ale jedną).

Do tego, dla co niektórych jest bardzo ważne, w obu ośrodkach jest wifi. W Susmedzie (ale zaznaczam, że jest to wiedza na października 2014 r.) zasięg był w kawiarni przy stołówce (a więc budynek obok ośrodka z pokojami), w Cegielskim na korytarzach i w niektórych pokojach (znów miałam szczęście, w moim zasięg pięknie łapał).

Zabiegi

Zabiegów niestety jest jak na lekarstwo, dlatego dla mnie ważne było, żeby pojechać na turnus w okresie, kiedy jest dużo jodu. Same zabiegi dla wszystkich dzieci są prawie takie same – każdy kuracjusz codziennie ma gimnastykę i inhalacje solankowe. Trzeci zabieg zależy już od tego co przepisze lekarz – są maty i „światełka”, czyli naświetlania pleców czy gardła. Wszystkie zabiegi odbywają się w zwartych blokach, jeden o drugim, pomiędzy śniadaniem a obiadem. Wszystko przebiega dość sprawnie, trwa w sumie niecałą godzinę. W każdym z ośrodków dokładnie to samo.

20170319_210309

Zajęcia dla dzieci

Tu znowu wygrywa Cegielski, choć może od naszego pobytu w Susmedzie się coś zmieniło na lepsze. Tym razem oferta zajęć dla dzieci było naprawdę duża. Czasem miałam problem żeby wyciągnąć dzieci na plażę, tak były zajęte.

6 dni w tygodniu funkcjonowała „świetlica”, której pracowała animatorka. To miejsce było przeznaczone dla młodszych dzieci, ale tak naprawdę bawili się tam wszyscy kuracjusze. Można było być tam z dzieckiem, można było malucha zostawić na godzinę czy dwie pod dobrą opieką. Dla starszych dzieci była sala edukacyjna, w której również organizowano warsztaty czy zajęcia plastyczne. Było nawet pieczenie ciasteczek 😉 Do tego oczywiście – jak w każdym sanatorium – dyskoteka, bal karnawałowy, ognisko z kiełbaskami, wspólne spacery po Dąbkach. Codziennie po kolacji wspólna dobranocka (tja, teraz muszę dzieci oduczać ślęczenia przed telewizorem). Poza zajęciami bezpłatnymi (wszystkie powyższe) organizowano też kilka imprez płatnych (raczej symbolicznie, 10-20 zł, ale jak się we wszystkim brało udział to jednak trochę się nazbierało) – spotkanie z klaunem, teatrzyk, wycieczka poza ośrodek (polecamy tą do stadniny koni – przejażdżka na koniku to chyba jedyne kilka minut w trakcie turnusu, gdy Hubert nie mówił ;P).

20170319_205805

Gdzie jest plaża?

Wszystkie ośrodki sanatoryjne w Dąbkach  wybudowano wzdłuż jednego, głównego deptaka, który – tak podejrzewam – w sezonie jest zapełniony turystami. Poza sezonem kursują po nim mniej lub bardziej liczni kuracjusze. Z ośrodków wychodzi się wprost na deptak, a z niego, po przejściu dosłownie kilkudziesięciu  metrów – na plażę. Piękną, dość szeroką i ciągnącą się po horyzont. Przy jednym z zejść stoją kutry. Jedno wejście na plażę jest przystosowane do wózków – zamiast schodków jest tam podejście z płyt (choć jazda wózkiem po plaży to jakaś makabra jest).

20170319_210107

Dzikie koty

Pytanie pojawiło się kilka razy, czyi już w Dąbkach byliście. Faktycznie, wzdłuż deptaka w Dąbkach „grasowały” swego czasu prawdziwe hordy kotów. Ogromnych, raczej dzikich i bardzo wypasionych, bo stale dokarmianych przez kuracjuszy. Pamiętamy je z naszego pierwszego pobytu w sanatorium. Obecnie sytuacja jest nieco opanowana – kotów wciąż jest sporo, ale jak nas poinformowano w ośrodku, są zaszczepione i wysterylizowane.

Sanatorium dla ucznia

Jak wiecie Hania chodzi już do szkoły. Co niektórzy naprawdę niepotrzebnie martwili się o jej naukę i „wyrwanie” na 3 tygodnie z trybu szkolnego. W sanatorium zapewniona jest nauka na poziomie podstawowym. Codziennie po zabiegach Hania maszerowała do sali edukacyjnej i przerabiała z Panią materiał z jej podręczników. W zasadzie miała lekcje indywidualne, bo inne dzieci miały materiał zerówki. Nauka trwała godzinkę-dwie, akurat żeby odpocząć po zabiegach.

Wyżywienie

Wiadomo, że smak to bardzo indywidualna sprawa i coś co jednemu smakuje, drugiemu niekoniecznie może „podejść”. Ogólnie jednak większość osób z naszego turnusu z wyżywienia była zadowolona. Jedzenie nie było jakoś specjalnie dietetyczne, było typowo domowe, takie jak u babci. Moje dzieciaki raczej jadły, nie miałam potrzeby dokupowania czegokolwiek poza owocami w sklepie. A stałe godziny posiłków sprawiły, że ja 3 tygodnie grafik dnia przebiegał nam od posiłku do posiłku. Nie napiszę, ile kg mi przybyło 😉

Czy w Dąbkach coś się dzieje?

W sezonie pewnie sporo, w końcu z Dąbki żyją z turystyki. Poza sezonem – kompletnie nic. I dla mnie mimo wszystko to był plus, bo ciarki mnie przechodzą na myśl o tych wszystkich kramach, obok których trzeba przejść, by w sezonie w większości miejscowości. Wydarzeniem dnia mniej więcej w połowie naszego turnusu było otwarcie budki z goframi, tuż przy „naszym” zejściu na plażę. Od tego dnia dramatycznie wzrósł poziom moich sanatoryjnych wydatków 😉 W lutym/marcu otwarta była jedna czy dwie knajpki, w październiku/listopadzie działało ich więcej.

Co robić w wolnym czasie?

Oczywiście być na plaży! To był najważniejszy powód naszego wyjazdu do sanatorium. Starałam się, o ile pogoda na to pozwalała, chodzić na plażę i przed, i po obiedzie. W grę wchodziły wszystkie konfiguracje – przejście lasem i powrót do ośrodka plażą, wyjście na plażę zakończone zabawą na placu zabaw/siłowni na wolnym powietrzu, jodowanie z przerwą na gofra/rurkę z kremem zakończone zachodem słońca. Ważne było, żeby dzieci jak najwięcej czasu spędzały na powietrzu. Chyba się udało, bo w trakcie 3 tygodni nie ruszyliśmy się z pokojów tylko jednego dnia. Spacery poza właściwościami zdrowotnymi miały jeszcze jedną zaletę – sprawiały, że dzieci najpóźniej o 20.30 już spały (ja zresztą niewiele później ;p).

Urozmaiceniem dla dzieciaków i odpoczynkiem dla mnie był basen. W samych Dąbkach były 2 możliwości – pierwsza, bardziej efektowna, w ośrodku GeoVita, druga – kameralna – w ośrodku sanatoryjnym Dukat. Wybierając pomiędzy basenem ze zjeżdżalniami a mikro besenikiem i jacuzzi wybierałam to drugie. Z dwójką dzieci to było bezpieczniejsze, a przy odrobinie szczęścia (raz tak mieliśmy) można być tam tylko z ratownikiem.

20170319_204923

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybyśmy cały czas siedzieli tylko i wyłącznie w Dąbkach. Jeszcze z Kamilem pojechaliśmy do Jarosławca (oboje za młodu byliśmy tam w sanatorium, do tego mniej więcej w tym samym czasie) do Muzeum Bursztynu. Hani wystawa bardzo się podobała – było trochę historii bursztynu, ogromny prawie 3-kilogramowy okaz znaleziony na Litwie, przykłady rożnych kształtów i kolorów tego kamienia i – to co zainteresowało nas chyba najbardziej – chyba kilkanaście przykładów inkluzji, czyli zatopionych w bursztynie żyjątek czy roślin. Ekspozycja jest malutka, maks. na pół godzinne przejście, bilety drogie (15 i 12 zł). Mimo wszystko polecam, bo w okolicy Dąbek poza sezonem trudno znaleźć coś fajnego do zobaczenia. Oczywiście trzeba mieć swój samochód, bo pks czy busik tam z Dąbek nie dojeżdża (a nawet mnie nie chciałoby się jechać tych niecałych 30 km z przesiadką). My po chwili w muzeum i jeszcze krótszym czasie na tamtejszej plaży (poszłyśmy tylko do kutrów, bo było brzydko, potem zaczęło też padać) wróciliśmy do Dąbek. Planowanego przystanku w Darłowie nie było, bo padało, do tego Hubo spał. Do Darłowa miałam pojechać z dziećmi już sama, ale pogoda była na tyle zmienna, że z tego zrezygnowałam (i chodziłam na basen, też fajnie).

20170319_205341

7 Comments

  1. Witam. Jeśli chodzi o hcp czy ma Pani jakieś foto pokoi? Jadę z 2 dzieci i chcemy jechać z Babcia na 1 tydzień o mąż na 2 ale niestety podobno nie ma większych pokoi niż 2 osobowe i ewentualnie możemy mieć dwa obok siebie.

    • Właśnie nie mam zdjęcia pokoju… chce Pani jechać z dwójką dzieci i jedną osobą dorosłą jako towarzyszącą? dobrze rozumiem? to faktycznie będą potrzebne 2 pokoje, bo chyba maksymalnie 3 łóżka są w pokojach (ja miałam ten podwójny i właśnie były dwa łóżka i rozkładana kanapa).

      • W którym segmencie są większe pokoje? Ja byłam tam z córką 2lata temu (wtedy segment D był w remoncie). W tym roku również jedziemy do Cegielskiego, 3 października zaczynamy turnus i chciałbym prosić o wiekszy pokój.

    • Ja poprosiłam o pokój z dwiema wersalkami. Spokojnie się zamieściliśmy we 4. Dzieci i rodzice. Dostępne są również łóżeczka turystyczne w recepcji.

  2. My uciekliśmy z Dąbek jak poczuliśmy smród asfaltu i turkot koparek, jakiś koszmar kompletny, właściciele ośrodka w którym zarezerwowaliśmy pobyt nie raczyli poinformować o braku dojazdu pod ośrodek z powodu remontu…Rozczarowaliśmy się kompletnie jednak trafiliśmy zupełnie przez przypadek do Jarosławca…może to i lepiej bo wypoczęliśmy z dzieckiem i nie musieliśmy oglądać rozkopanych i cuchnących ulic.

Dodaj komentarz