Sanatorium dla dzieci, czyli nasza kolejna ucieczka od smogu

Sanatorium dla dzieci, czy to w ogóle ma sens? Jak to załatwić? Czy dzieci muszą być bardzo chore, by z takiego pobytu w ogóle móc skorzystać? W końcu – ile to wszystko kosztuje. Od kiedy napisałam na Facebooku, że jedziemy do Dąbek się jodować, w dodatku już po raz drugi, zostałam wręcz zasypana pytaniami. Stąd ten wpis, teraz już wszystko będzie jasne.

Sanatorium dla dzieci – formalności

Przede wszystkim, trzeba wiedzieć, że by pojechać z dziećmi do sanatorium wcale nie trzeba spełnić tysięcy formalności i mieć ciężko chore dzieci. W naszym przypadku wystarcza to, że dzieciaki mieszkają w Rybniku, oddychają tym czym oddychają i z tego powodu niestety dość często mają infekcje górnych dróg oddechowych. U Hani już w miarę łagodne (sytuacja bardzo się poprawiła po usunięciu trzeciego migdała), u Huba momentalnie przeradzające się w zapalenie oskrzeli. Niestety cały sezon grzewczy to czas harlania, kaszlu i jakiś infekcji. Właście ten stan nasza Pani pediatra, dopasowując go do ministerialnej listy schorzeń, opisała w dość krótkim skierowaniu do sanatorium. My w formularzu zaznaczyliśmy też, że chcemy pojechać nad morze (nie wyobrażam sobie w sezonie grzewczym wybrać się w góry dla podratowania zdrowia, równie dobrze możemy się inhalować w warunkach domowych, co innego latem).

Uzupełnione skierowanie musieliśmy wysłać do NFZ (może to zrobić lekarz lub rodzic) i czekać. W międzyczasie okazało się, że lekarz-orzecznik wymaga jeszcze aktualnych podstawowych badań (OB, morfologia, mocz, badanie kału na obecność jaj pasożytów), więc musieliśmy jeszcze raz iść do przychodni i uzupełnić dokumentację (ponad dwa lata temu, kiedy Hania pierwszy raz jechała do Dąbek, takich badań od nas albo nie wymagano, albo o nich nie pamiętam). Tak czy siak, wszystkie formalności są do załatwienia w dwa dni (pierwszego dnia wypisujemy wniosek i dajemy próbki do badań, drugiego odbieramy wyniki i składamy wniosek). Ważny jest wiek dzieci. By pojechać do sanatorium maluch musi mieć skończone 3 lata. Pobyt z rodzicem przysługuje dzieciom do 6 roku życia. Nasza trójka wpasowała się więc idealnie – Hubo 3, Hania 6, mama – odpowiednio więcej lat.

Oczekiwanie na sanatorium

Gdy ostatecznie uzupełniliśmy dokumenty (a trochę to trwało, bo w międzyczasie były jakieś przeziębienia, święta i wolne dni) pozostało czekanie. Mieliśmy nadzieję, że wszystko potoczy się dość szybko, bo zależało nam na wyjeździe nie później niż w marcu. Tymczasem decyzję o terminie wyjazdu otrzymaliśmy po niecałych 2 tygodniach, kilka tygodni przed zaplanowanym dniem stawienia się w sanatorium. W porównaniu z dorosłymi, którzy na sanatorium czekają jakieś 2-3 lata, niewyobrażalne tempo (ostatnio, gdy składaliśmy wniosek w okolicy maja/czerwca, jechaliśmy na przełomie października i listopada i wtedy już byłam zaskoczona szybkością odpowiedzi). Jak się okazuje, nawet w NFZ coś można bardzo sprawnie załatwić.

Ważne! Opiekun w trakcie pobytu musi być na urlopie wypoczynkowym lub bezpłatnym, w grę nie wchodzi L4 na dziecko (na siebie tym bardziej). Sanatorium zżera więc sporą część urlopu.

Sanatorium – oferta ośrodków

IMG_20170220_104512W piśmie z NFZ (dumnie zaadresowanym na Huberta!) wskazano nam konkretny termin turnusu (21 dni, początek turnusu w środę) i ośrodek, w którym miałby się on odbywać. Do tego dołączono cennik, bo choć dzieci cały pobyt mają za darmo (noclegi, wyżywienie, zabiegi, animacje na miejscu), to już ich opiekun musi zapłacić (w naszym przypadku wyszło niecałe 1600 zł + opłaty klimatyczne za całą trójkę, łącznie jakieś 1700 zł, ceny w sezonie są oczywiście wyższe). W ośrodku zapewnione było wszystko co było nam potrzebne – wyżywienie, zabiegi dla dzieci (3 dziennie – inhalacje, gimnastyka, naświetlanie), zajęcia w świetlicy i szkolne (przecież Hania to już uczniak), przy budynku jest plac zabaw. No i najważniejsze – kilkadziesiąt metrów od ośrodka jest zejście na plażę. Dla niej tam jechaliśmy.

Co do samych zabiegów – teraz już byłam na to przygotowana, ale przy naszym pierwszym turnusie byłam w niemałym szoku. Dlaczego? Ano dlatego, że całe szumnie opisane zabiegi zamykają się w mniej więcej 30-45 minutach dziennie. Dużo więcej pożytku przynosi z pewnością przebywanie na plaży i wdychanie czystego powietrza i jodu. My po to jeździmy do sanatorium, dlatego też staramy się zawsze „celować” w terminy tuż przed lub tuż po sezonie. Wtedy jodu jest na pewno więcej niż w lecie, nie ma tłumu turystów, a pobyt w sanatorium (w praktyce odpłatność za dorosłego opiekuna) wychodzi i tak taniej niż samodzielnie organizowany wyjazd.

* * *

My w Dąbkach jesteśmy po raz drugi. Na przełomie października i listopada 2014 r. mieszkaliśmy w ośrodku Susmed, teraz (przełom lutego i marca 2017 r.) w Centrum Medycznym HCP (tzw. Cegielski). Jak będziemy wracać to napiszę jeszcze jeden wpis o samej ofercie dla małych kuracjuszy – już mogę zdradzić, że  porównaniu z tym co zastaliśmy w 2014, teraz jest dużo lepiej.