Bergamo na talerzu

Bergamo miało być naszym przystankiem na jeden dzień, jednak pogoda spłatała nam małego figla. Zamiast słonecznej pogody dzień przywitał nas szarówką, która przerodziła się w ulewę. Tak więc zamiast jechać nad malownicze jezioro Como, zaczęliśmy jeść (a właściwie kontynuowaliśmy włoską ucztę rozpoczętą już poprzedniego wieczora). Lombardzkie smaki baaardzo przypadły nam do gustu. Co zjeść w Bergamo?

Jak Włochy to oczywiście pizza. Przyznaję, zjadłam jej więcej niż w ciągu ostatniego roku, bo jakoś w Polsce nie wpadnie mi do głowy, by pizzę zamówić, czy zrobić w domu. Pizzę, sprzedawaną w kawałkach, próbowaliśmy w kilku miejscach, by  w końcu wracać do jednego z nich, w którym włoski przysmak był najlepszy i w dodatku w największym wyborze. To, jak później doczytałam, polecane przez wielu blogerów miejsce, czyli il Fornaio mieszczące się przy Via Colleoni. Nie da się go przeoczyć.. Po pierwsze, przez zapach, po drugie – tłumy klientów.

Pizza to jednak ogólnowłoska specjalność. Czy w Bergamo jest do posmakowania coś bardzo lokalnego? Okazało się, że tak, choć lombardzka duma nie do końca przypadła nam do gustu. Chodzi o polentę, a dokładnie polenta e osei. Już przed wylotem do Bergamo czytałam o polencie, czyli słodkim (aż za słodkim jak się okazało) deserze przyrządzanym z mąki kukurydzianej i ozdobionej czekoladką w formie ptaszka. Ciastko zjadłam, bo zawsze próbuję lokalnych smakołyków, ale drugiego bym już z przyjemnością nie pochłonęła. Zdecydowanie za słodkie, do tego pokryte warstwą cukru. No nie…

Okazało się jednak, że polenta była i w wersji wytrawnej, która mi już dużo bardziej przypadła do gustu. Zamówiona przeze mnie na kolację polenta z serem była na tyle smaczna (zaznaczam, że lubię kasze i wszelkiego rodzaju grysiki, których pełnie pół ludzkości z Kamilem na czele nienawidzi), że nie zrobiłam jej zdjęcia. Gdybyśmy w Bergamo byli dłużej na pewno spróbowałabym i wersji polenty z mięsem, ale w trakcie tego weekendu naprawdę nie umiałam już więcej zjeść. Szczególnie, że… Bergamo to światowa stolica lodów straciatella! Jak się okazało, wymyślono je – oczywiście przypadkowo – w kawiarni La Marianna. Musiałam więc też i na nie zostawić sobie co nieco miejsca w moim i tak już bardzo rozciągniętym żołądku.

PS. Wszystko zapijaliśmy oczywiście winem, którego nazw niestety nie zanotowałam.

PS 2. Jeśli chodzi o ceny to najwyższe były oczywiście w turystycznym centrum Bergamo, czyli w Citta Alta. Im dalej od niego, tym było taniej. Nawet na starówce ceny jednak były akceptowalne, kolacja z butelką wina wyszła nas niecałe 50 euro. W Dolnym Mieście wyszłoby pewnie połowę taniej. Dla przykładu karafka wina kilkaset metrów od turystycznego centrum kosztowało 4 euro, a dwie (różne kawy) 2 euro.

Dodaj komentarz