Wielkanoc na Śląsku

Grudniowy wpis o prawdziwej śląskiej Wigilii bardzo się wam spodobał. Będziemy więc świąteczny wątek na blogu kontynuować. I choć Wielkanoc na Śląsku zdecydowanie mniej wyróżnia się na tle polskich zwyczajów i tym razem jakaś „innność” się znajdzie. Dla mnie od zawsze ważniejsze od samego niedzielnego, odświętnego śniadania były przygotowania (zresztą podobnie mam z Wigilią).

Od dziecka niesamowitą frajdę sprawiało mi przede wszystkim malowanie jajek. Na Śląsku tradycja ich ozdabiania jest nadal żywa. I nie chodzi tu o jakieś tam oklejenie gotowymi naklejkami, czy pomalowanie mazakiem. Najczęściej jajka się farbuje w wywarze z łupin cebuli, a po wyschnięciu ryje się wzorki specjalnym dłutkiem lub maluje się jajka woskiem i dopiero potem farbuje. U nas od zawsze panuje ten drugi zwyczaj. Od kiedy pamiętam, w wielki piątek siadałam z babcią i  malowałam. Mama była odpowiedzialna za farbowanie i… szkrobanie, czyli usuwanie wosku z już ufarbowanych kroszonek (dopóki nie poszłyśmy po rozum do głowy i nie zaczęłyśmy używać przezroczystego wosku,czyli po prostu roztopionej białej świeczki). Hania miała już swoje pierwsze próby malowania jajek, oczywiście niezwykle udane! W tym roku przewiduję domową wojnę, bo przecież zgodnie z tradycją jajka malują tylko kobiety, a Hubo musi przecież robić wszystko to, co starsza siostra (z drugiej strony, malować mają też panny, a ja i babcia już od jakiegoś czasu tego kryterium nie spełniamy…). Zgodnie z tradycją malowane jajka są prezentem do młodzieńców, przychodzących polać panny w śmigus dyngus. Ja też zawsze kroszonki dawałam, ale jakoś zawsze większy entuzjazm kolegów wywoływały dodawane do jajek słodycze.

Kroszonki były wkładane do wielkanocnej święconki i święcone w Wielką Sobotę. W koszyczku były też zawsze małe babeczki pieczone przez moją babcię. Najczęściej z bratem i kuzynostwem zjadaliśmy je już na schodach kościoła. W zeszłym roku Hania i Hubo tą tradycję przejęli.

W Wielkanoc na stole ląduje przede wszystkim to, co było poświęcone w sobotę (nasz koszyk jest naprawdę duży). Tak jest jednak w całej Polsce. To, co wyróżnia Śląsk, to Zajączek. Ten miły zwierzak w niedzielę podrzuca dzieciom prezenty. By je dostać, trzeba się ruszyć od wielkanocnego stołu, bo upominki (z założenia drobne, tak jak na Mikołajki, w praktyce niestety coraz większe i droższe…) są najczęściej ukryte w ogrodzie. No, chyba, że akurat spadł śnieg.

Osobiście strasznie żałuję, że w mojej rodzinie nie przygotowywało się jakiś specjalnych i wyjątkowych potraw wielkanocnych. Dlatego sama staram się coś na nasz stół wprowadzić. W zeszłym roku były to jajka w kminku, w tym może będzie… murzin. Wszystko z bliska, bo ze Śląska Cieszyńskiego.

A jak u was wygląda Wielkanoc?

3 Comments

  1. Ana Beuthensays:

    Jajka w kiminku mnia
    ? i slodkie chlebki wielkanocne.swietnie pasuja do szynki i chrzanu.

  2. Monikasays:

    Dziś byłam u sąsiadów rano (młode małżeństwo z 3 dzieci) nie zgodniesz co gospodyni gotowała MAKÓWKI, i mówi że odkąd sprowadzili się na Śląsk to i na wigilię i na Wielkanoc robią zamiast makowca,bo im bardzo smakują.

Leave a Reply