Cypr poza sezonem. Dzień po dniu

I już prawie jesteśmy w domu! Minęło bardzo szybko, mimo, że wiele osób mówiło nam, że 10 dni na Cyprze, i to w marcu, to zdecydowanie za dużo. Było w sam raz, szczególnie, że trafił się nam i beznadziejnie wietrzny i deszczowy dzień, i mały wirus, który nas zatrzymał w wynajmowanym mieszkaniu. Co więc robiliśmy? Zapraszamy na mały, telegraficzny skrót naszych wakacji w poszukiwaniu wiosny. Jak odsapniemy to będą dłuższe wpisy o poszczególnych atrakcjach/miastach.

Dzień pierwszy – lecimy!

Niby miała być spokojna niedziela i popołudniowy wylot, a było… jak zawsze. Poranne szybkie pakowanie, dokupienie bagażu i udało się! Na 10 dni udało się zapakować do jednej podręcznej walizki i jednego małego plecaka. Do tego obowiązkowo plecaczki dzieci z masą niezbędnych akcesoriów, którymi ani razu nie będą się bawić  w trakcie wyjazdu (za osobisty sukces uważam wyperswadowanie Hani zabrania szkatułki z biżuterią, a Hubowi największego auta-policji). Na lotnisku niespodzianka! Spotkaliśmy kolegę ze studiów, który od lat pracuje w Pyrzowicach.

SAM_2744 SAM_2750

Dzień drugi – Limassol

Dzień na rozruch. Lekko… nieudany. Pojechaliśmy do Limassol trochę pozwiedzać i dobrze zjeść w poleconej knajpce. Nie zobaczyliśmy nic, bo dzień wcześniej w mieście była wielka impreza i… wszystko było pozamykane. Knajpa też zamknięta na cztery spusty (i to cały czas, mieliśmy do niej jeszcze jedno podejście). Kulminacją wszystkiego była wielka ulewa, która skończyła się dopiero wieczorem. Na szczęście w krótkiej przerwie między jednym deszcze a drugim udało nam się zobaczyć pierwsze na wyspie wykopaliska – Amathus.

SAM_2772 SAM_2795

Dzień trzeci – Larnaka

Wiało tak, że głowy miało pourywać! Właśnie dlatego pojechaliśmy do najbliższego miasta, by zobaczyć… cokolwiek. Pojechaliśmy nad Słone Jezioro (brodzących ptaków nie było), przeszliśmy się portem, weszliśmy do fortu (forciku), przy okazji zaliczając degustacje i występy przygotowane dla jakiegoś study touru, doszliśmy do kościoła św. Łazarza. I to tyle. Hanka czuła się coraz gorzej i dzień zakończyliśmy u lekarza. Diagnoza niezbyt straszna – wirus. Trzeba przeczekać i liczyć, że Hubo nie złapie. Jedynym zmartwieniem jest zalecenie 2-3 dni w domu… hmmm… może być problem.

Dzień czwarty – Perivolia

No to siedzimy na miejscu. Dobrze, że mieszkanie mamy świetne, internet jest i można zrobić sobie dzień filmowy. Wieje nadal, 5-6 stopni w skali Boforta to całkiem sporo. Jednak poszliśmy na spacer na plażę. Byliśmy na niej całe 3 minuty, więcej się nie dało. To starczyło, żeby zrobić jedno z moich ulubionych zdjęć z wyjazdu. Jak uciekliśmy z plaży to znaleźliśmy… maki! Nie myślałam, że Cypr będzie mi się kojarzył z kwiatami.

SAM_2996 SAM_3001

Dzień piąty –  droga do Kurion

Nie ma co chorować, lepiej zwiedzać. W końcu ruszamy oglądać wyspę, Hania dokazuje jak przed przyjazdem, więc może będzie dobrze. Na początek Plaża Gubernatora, potem przydrożne kościółki, na koniec ruiny Kurion. I to tyle, bo na wykopaliskach znowu wiało, a my mamy w tyle głowy pogaduszki lekarza o dwóch-trzech dniach w domu. No i w sumie dalej nie chce nam się jechać, wracamy do „naszej” Perivolii.

Dzień szósty – droga do Paphos

Chyba najdłuższa trasa na Cyprze (z jazdy na Akamas nic nie wyszło, bo mając tak cudownych gospodarzy mieszkania w końcu zostaliśmy na miejscu i nie szukaliśmy kolejnej miejscówki, a jechać dalej niż 2 godziny w jedną stronę nie zamierzaliśmy), wyjechaliśmy więc bardzo wcześnie (ale co to dla nas, skoro Hubert radośnie wołając „wstajemy, już jest dzień!” witał nas o 6.30-7 rano). Zdecydowanie droga była najbardziej widowiskowa ze wszystkich. Jej finał i przystanki – Skała Afrodyty i Paphos, które jako miasto spodobało nam się najbardziej ze wszystkich na Cyprze zobaczonych, też.

Dzień siódmy – Perivolia

Kolejny dzień w malutkiej mieścinie pod Larnaką? Tak! Tym razem na szczęście nie z powodu choroby, a grilla organizowanego przez naszych gospodarzy. Było świetnie – gwarnie, międzynarodowo i smacznie. Wśród ludzi, których poznaliśmy był tylko jeden Cypryjczyk. W jego rodzinie i wśród przyjaciół byli Grecy, Rumuni, Angik, Rosjanie. No i my. Nie mogę nie napisać o jedzeniu – meze może się schować! Grillowane ośmiorniczki i ser halumni, bakłażany i oliwki, krewetki i ryby. Mniam. Aaaa, i jeszcze się przeprowadziliśmy… jeden budynek dalej.

SAM_3396 SAM_3371

Dzień ósmy – Agia Napa i Capo Greco

Najcieplejszy jak dotąd dzień, więc pojechaliśmy plażować! Dzieciaki – jak można było przypuszczać – zachwycone. My też, bo plaża była nie byle jaka. Nissi Beach w Agia Napie całkiem niedawno została uznana za najpopularniejszą plażę w Europie wg Trip Advizora. Domyślam się, że latem są tam dzikie tłumy. My mieliśmy ją (prawie) dla siebie. Poza nami było może z 10 turystów, takie plażowanie nawet ja przeżyję, szczególnie że widoki były naprawdę boskie.

Dzień dziewiąty – Nikozja i Kirenia

W końcu część turecka – zdecydowanie za późno, bo pięknie tam! Chwilkę byliśmy w Nikozji, w części tureckiej. Chyba zjawiliśmy się za wcześnie (ok. 10), bo tak sennego miasta dawno nie widzieliśmy. I targ był jeszcze prawie pusty… Po przejechaniu przez przejście graniczne było już tylko lepiej. Od niechcenia podjechaliśmy do zamku St. Hillarion. Ale był szał! Przepiękne, ogromne ruiny, chyba bym sobie nie wybaczyła, gdybyśmy tam nie dojechali (już nigdy nie będę oglądała zdjęć tylko na telefonie, nie widziałam ruin na skałach). Na koniec Kirenia i pierwsze w życiu dzieciaków prawdziwe kebaby.

Dzień dziesiąty – plażowanie

W planach była plaża, a potem ponowny przejazd na część turecką, do Salaminy. Ostatecznie… zostaliśmy na plaży. I to nie byle jakiej, bo najpiękniejszej, nie tylko w naszym prywatnym rankingu. Efekt – do mieszkania wkroczyliśmy czerwoni jak raki, ale i tak nie żałujemy. W końcu gdyby ktoś pierwszego, wietrznego i deszczowego dnia naszego pobytu na Cyprze powiedział nam, że ostatnie dni urlopu będą wręcz upalne, chyba byśmy go wyśmiali. Takie niespodzianki to ja lubię.

Dzień jedenasty – Lefkara i wyjazd

Ostatni dzień na Cyprze. Zakupy i… jeszcze troszeczkę zwiedzania. Pojechaliśmy do Lefkary, uroczego miasteczka znanego z koronek i złotnictwa. Taki cypryjski koniaków. Pierwotnie miał to być wstęp do Gór Troodos, ale pierwsze dni i brak przeprowadzki w inne miejsce trochę pokrzyżowały nam plany. Ja bardzo żałuję, Kamila i dzieciaki przekonała plaża (chyba wrócę kiedyś z jakąś koleżanką). Na koniec – zupełnie nieplanowane osiołki. Hania kupiła sobie mleko osła za… 6 euro za jakieś 200 ml. Bez kasy wróciliśmy do domu się pakować. Teraz czekamy na samolot do domu. Ależ było pięknie!

* * *

Przejechaliśmy jakieś 1 500 km. Warto było. Wkrótce napiszemy więcej, poczekacie?

 

 

 

Basia||Podróże Hani

Żona Kamila, mama Hani i Huberta. Zza biurka związana z turystyką, pisząc bloga stara się przekonać, że podróżowanie to chyba najlepszy sposób spędzania wolnego czasu. A podróżowanie z dziećmi to największa przygoda. Trzeba się tylko pozytywnie nastawić i... w drogę. Szczególnie, że przygoda czai się naprawdę za każdym rogiem!