Londyn. TOP 5 dla dzieci i to za darmo!

Tak, wiem. O Londynie wszyscy już wszystko wiedzą. Dlatego nie będę pisała o oczywistościach typu Big Ben, czy Tower (kurcze, nie byliśmy). Napiszę jakie atrakcje sprawdziły się nam z naszą rezolutną niemal 5-latką i prawie 2-letnim rozrabiaką (nie wszystkie się pokrywają). Ważne! Nasz pobyt w Londynie był bardzo niskobudżetowy, płatne atrakcje nas tym razem nie interesowały. Co nam (i dzieciom) się podobało?

Parki w Londynie

Absolutny numer 1. Tak, już widzę pełne politowania komentarze… Też takie usłyszeliśmy, gdy opowiadaliśmy o naszych wakacjach co niektórym znajomym. Tymczasem, gdyby parków nie zamykano na noc moglibyśmy tam zamieszkać. Serio. I nie chodzi tu tylko o samą zieleń w środku wielkiego miasta. W londyńskich parkach naprawdę jest z dziećmi co robić. Są place zabaw (choć przyznaję, że musieliśmy się ich naszukać, myślałam, że będzie ich więcej), stawy, na których można popływać rowerkami wodnymi lub pokarmić kaczki, podglądać zwierzęta (i to nie tylko słynne wiewiórki, ale nawet sarenki – przypominam, w samym środku Londynu) i rośliny. Ja wiem, że nie wszystkie dzieci takie obcowanie z naturą interesuje, moje – na szczęście – tak! Oj będzie o parkach naprawdę długaśny wpis, już niedługo, obiecuję.

* * *
O parkach w Londynie więcej pisałam tutaj.

 

Zmiana warty w Londynie

To miała być super atrakcja, ale… się spóźniliśmy. Pomimo tego, że zmiana wart zaczyna się o 11.30, bardzo wcześnie więc nie jest. Jak to teraz piszę to stwierdzam, że wcale mnie to nie dziwi. Tego dnia byłam jednak baaardzo zła. Gdy pojawiliśmy się przed Pałacem Buckingham ostatni gwardziści właśnie niknęli na horyzoncie. No to poszliśmy do parku. Niemniej nadal jestem przekonana, że szczególnie Hubertowi bardzo by się podobało.

Londyńskie autobusy

Nie taka całkiem za darmo atrakcja, bo musieliśmy przecież mieć kupioną miejską karę (ale z drugiej strony – dzieci do 12 roku życia (wow!) korzystają z komunikacji za darmo, więc dla Hani i Huba atrakcja była jak najbardziej za free). W zasadzie moim dzieciom jeżdżenie tymi busami wystarczyłoby, nie potrzebowali więcej atrakcji… I bardzo protestowali, gdy matka kazała im wysiadać żeby w końcu COŚ zobaczyc. Autobusy zostały wymienione na nowe, bardziej nowoczesne, od czasu do czasu jednak można spotkać ten kultowy, stary. Nam się udało w Wembley (no to teraz wiecie o czym pewnie jeszcze kiedyś napiszę).

Muzeum Historii Naturalnej w Londynie

Londyńskie muzea są niesamowite i tu nie ma dyskusji. Była za to, gdy wybieraliśmy to, do którego pójdziemy (muzeum nie jest miejscem, w którym  Kamil czuje się najlepiej). Padło na Muzeum Historii Naturalnej, w którym – tak mi się przynajmniej wydawało – było dla dzieci najwięcej atrakcji. Niestety trafiliśmy na sam środek sezonu i niewyobrażalne tłumy. Trochę się więc pokręciliśmy po głównym budynku i ustawiliśmy się w kolejkę prowadzącą do sali z wystawą dinozaurów. Staliśmy z 45 minut (na szczęście Hubo spał w nosidle). Ekspozycja naprawdę robi wrażenie, ale Kamilowi już wszystkiego się odechciało i nastąpił odwrót. W planach mieliśmy też chociaż wejście do Muzeum Nauki, ale ludzi było naprawdę zbyt wielu, to już nawet nie były tłumy… Wiecie co zrobiliśmy? Tak! Poszliśmy do parku 😉

Stacja Metra Paddington w Londynie

źródło: www.duolook.pl
Strasznie żałuję, że ominęła nas cala zabawa związana z wejściem do kin filmu o Misiu Paddintonie (więcej o całej kampanii tutaj). Spóźniliśmy się… jakieś 7 miesięcy 😉 Poszliśmy więc tylko na Stację Paddington (duża, myślałam, że to będzie gdzieś na uboczu, a tu niespodzianka) i do misiowego sklepu (tu skończyło się darmowe zwiedzanie). Później, już w Edynburgu puściliśmy Hani film. Nie powiem, zainteresował ją, ale gdy zła Pani Muzealniczka (a propos tematu – pracująca w Muzeum Historii Naturalnej) strzeliła w Misia środkiem usypiającym i Paddington padł, Hanka wpadła w taką histerię jakiej jeszcze u niej nie widziałam (- Ona go zabiła!!! Mamo, on umarł, oni o nie uratują…). Panika na całego, tego się nie spodziewaliśmy. Oglądanie filmu przerwano, Hani humor trochę poprawiła końcówka (wieczorem oglądałam dalej, mnie się film podobał), w której Misio został uratowany (znaczy jednak o nie zabiła… ufff!). Oczywiście mogliśmy jeszcze szukać śladów Harrego Potera, ale Hania jest na to zdecydowanie za mała.

W planach miałam oczywiście jeszcze kilka miejsc, ale zwyciężyła opcja szwędania się po oddalonych od turystycznego centrum dzielnicach. Ale o tym napiszę innym razem.

Dodaj komentarz