Kraków z drugiej strony

Jeden z czerwcowych, upalnych weekendów – nieco szalenie – spędziliśmy w gościach w Kasai.eu w Krakowie. Było gorąco (w sumie chyba tak jak teraz ;)), ale nasze dzieci wstają wcześnie, więc trochę się poszwędaliśmy. Ba! W sobotę wyszliśmy tak wcześnie, że widząc chmury, zaradne matki zapakowały dzieciom swetry 😉 Plan był prosty – oglądamy Kraków bez turystów! Zaczęliśmy od Kazimierza, który jest już jednak bardzo modny. Może nie było tłumów, ale kilka wycieczek stanęło nam na drodze. Nie lubimy, więc czym prędzej poszliśmy dalej.
Kiedy kilka lat temu byłam na Kazimierzu pierwszy raz, pamiętam, że „życie” dzielnicy toczyło się przy odtworzonych żydowskich sklepikach. Teraz było tam najmniej osób.


Zdecydowanie więcej turystów kłębiło się synagodze i w zaułkach Kazimierza. My poszliśmy jeszcze dalej.
Minęliśmy zakątek z food truckami (oczywiście wróciliśmy tam na obiad ;p) i poszliśmy dalej, do starej zajezdni tramwajowej, w której obecnie mieści się Muzeum Inżynierii Miejskiej. Zajezdnia jest fajnym industrialnym miejscem na mapie królewskiego Krakowa, jako Ślązaczka lubię takie klimaty. Kamilowi też się podobało, więc warto było rano wstawać 😉
Niby mieliśmy Muzeum zwiedzić, ale gdy zaczęliśmy się rozglądać po terenie Zajezdni dzieciaki zobaczyły mały plac zabaw… Prosty, urządzony z pomysłem, lubimy takie. Trochę czasu tam spędziliśmy, szczególnie, że i my, rodzice, mieliśmy sporą frajdę 😉
Zabawa musiała się jednak skończyć, bo Muzeum nie było celem naszej wyprawy. Szliśmy więc dalej… Kasia mówiła, że w stronę kładki, a naszym oczom ukazał się całkiem sporawy most.

„Kładka” zaprowadziła nas wprost na coraz modniejsze, jednak jeszcze nieodkryte Podgórze. Byliśmy tam pierwszy raz i na pewno wrócimy (upał jednak dał nam lekko w kość i nie poszliśmy „w dzielnicę”, nie widziałam np. świetnych murali).  Zanim jednak rozsiedliśmy się nad Wisłą Hania zobaczyła chyba wszystkie zawieszone na moście kłódki, a przy okazji „jakieś tam” widoczki.

Naszą metą okazała się trawa pod Crikoteką, czyli Ośrodkiem Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora. Dlaczego? To niezwykle widowiskowy i świetnie wpisujący się w otoczenie budynek. I dawał cień 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na zwiedzanie po raz kolejny nie mieliśmy siły, ale co nieco zobaczyliśmy – dziewczynom zachciało się siku 😉 Hall wygląda zachęcająco, prędzej czy później sprawdzimy resztę.


Hubert zrobił sobie upragnioną przez wszystkich drzemkę (pewnie niektórzy z was wiedzą, że potrafi być, hmmmm, męczący), potem postanowiliśmy, że wracamy. Ale bez obiadu nie można 🙂 Tak więc po raz drugi trafiliśmy do wspomnianych food trucków. Było warto! Jedzenie pierwsza klasa, ludzi nie tak dużo (nie wiem, może dlatego, że było z 40 stopni? ;)).Od razu (jak się pewnie domyślacie) zaciekawił nas mural. Jak się okazało, przedstawiony na nim chłopak, to Dziecko Judah. Stworzony w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej przez Pil’a Peled’a z Izraela, ma symbolizować naród żydowski i jego siłę (stąd lew). Judah to też dziecko, które drzemie w każdym z nas, obrazuję walkę z własnymi lękami.

No i musieliśmy spróbować tak zachwalanej przez Kasię krakowskiej maczanki Były nawet dwie – pierwsza tradycyjna, druga już z bajerami (z mizerią, a więc śmietana, sałata, koperek i ogóry). Po jej zjedzeniu lepiej się wracało.

* * *
PS. Żeby nie było, na Wawelu też byliśmy 😉

Dodaj komentarz