Sanatoryjna wyprawa

Życie w sanatorium jest dość monotonne. Szczególnie po sezonie. Nawet gdybym chciała na potęgę wydawać pieniądze to nie miałam gdzie 😉 W wolną od zabiegów Hani niedzielę wybraliśmy się „do miasta”. 

Darłowo – bo o nim mowa – jest od Dąbek oddalone o niecałe 10 km. W zasadzie poza sezonem i tam nie ma nic ciekawego (oprócz plaży i jodu oczywiście). Naszym celem była latarnia morska. Miałyśmy z Hanią nadzieję na piękny widok na całą okolicę (prognozy pogody jak na listopad były bardzo optymistyczne). No cóż, prognozy pogody się nie sprawdziły, a latarnia była zamknięta 😉 Ale wycieczka i tak była udana, szczególnie, że sanatoryjna koleżanka Hani przeżyła swój autobusowy debiut 😉

Najpierw lokalnym PKS-em (pozdrawiamy niezwykle miłego i pomocnego Pana Kierowcę, szkoda, że jego kolega po fachu z prywatnej linii był już zupełnie inny…) dojechałyśmy do Darłowa. Z dworca ruszyliśmy w stronę centrum. Przeszliśmy obok (oczywiście zamkniętego ;p) Muzeum Książąt Pomorskich, minęliśmy rzekę, przy której cumowały stateczki, którymi w sezonie popłynęlibyśmy do latarni. Tym razem musieliśmy się przejechać busem.

W drodze na przystanek minęliśmy darłowski rynek.

Po krótkim spacerze do kolejnego przystanku (w zasadzie do sygnalizującego go znaku, prawie go minęliśmy), skąd busik (kursował co godzinę, to jakiś ewenement, bo w końcu było po sezonie ;p) zabrał nas już do samego Darłówka (swoją drogą nie wiedziałam, że Darłówko jest dzielnicą Darłowa). Po przejściu przez bulwar (zgadnijcie – czy coś było tam otwarte? ;p). Przez zwodzony most (matko, ile było pytań…) przeszliśmy do latarni.

Niepozornej,  niskiej (jedna z najniższych na polskim wybrzeżu, ma 22 metry wysokości i zasięg 15 mil morskich), w końcu… zamkniętej 😉

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć (i zjedzeniu pierwszej porcji wycieczkowych owoców) poszliśmy „w morze”. 


Po drodze zobaczyliśmy Xavera, czyli… 5-tonowy (!) betonowy blok, który w 2013 r., w trakcie grudniowego sztormu, morze wyrzuciło na falochron. Niesamowite!

Spacer był krótki – było dość chłodno i wietrznie, Hubi zasnął, busik czekał. Z Dąbek wyjechaliśmy po śniadaniu, wróciliśmy dokładnie na obiad. Wycieczka krótka, ale wrażeń było sporo. Powtórzymy ją jeszcze kiedyś, w sezonie, jak będzie cieplej 😉

Dodaj komentarz