Dąbki po sezonie

Kurorty po sezonie… hmmm… no za dużo się tam nie dzieje. Nam to nie przeszkadzało, bo nie po atrakcje do Dąbek jechaliśmy, my raczej po jod. A jego (podobno, nie widziałam) było pod dostatkiem. Do tego ta pogoda. Przyznaję, że gdyby przed wyjazdem ktoś mi powiedział, że w listopadzie zdarzy mi się spacerować po plaży w… samym swetrze to bym go wyśmiała. A tu taka niespodzianka.

Pogoda była wspaniała (myślę, że turyści wypoczywający nad morzem pod koniec wakacji mogliby nam pozazdrościć). Dzięki super aurze aż tak bardzo nie odczuliśmy, że sezonu już się w Dąbkach nie pamięta (no dobra, ciemno było po 16). Na plaży byliśmy kilka razy dziennie, czuję się więc najodowana na cały rok. Niestety ze względu na Hubika, który rzadko daje się zachustować czy włożyć w nosidło, nie było wiele długich spacerów. Za to były piaskowe budowle, karmienie rybitw (jak się okazało nie były to mewy jak początkowo myśleliśmy), zbieranie muszelek (nie było ich zbyt dużo), spacery po lesie. Hubik, podobnie jak we wrześniu, próbował zjeść pół plaży. Z nowości – pełzał po piachu i… zaczął wstawać!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie dni były już zimniejsze, ale daliśmy radę.

 

Pomimo świetnej pogody mało było malowniczych zachodów słońca (przynajmniej wśród tych, na które zdążyliśmy). Kilka jednak zobaczyliśmy (pewnie byłoby ich więcej, gdybyśmy się na nie permanentnie nie spóźniali).

 

 

 

 

Gdyby pogoda była fatalna… częściej chodzilibyśmy na basen w sąsiednim ośrodku. Z atrakcji dla dzieci były jeszcze małe gokardy, które Hania wypróbowała dopiero z tatą (sama jeździć nie chciała, a ja z Hubim na rękach też nie chciałam do tych podwójnych wsiadać). Rewelacją dla mnie były gofry (jak zawsze z bitą śmietaną i wiśniami, mniam) i wędzone ryby (skoro po sezonie to dostępne nie od ręki, do odbioru 3 dni po zamówieniu), które były tak dobre, że prawie w każdy wtorek i piątek odbierałam z małej budki swój kawałek (matko, naprawdę wychodzi na to, że ja tam cały czas jadłam).
Od codziennej sanatoryjnej rutyny było kilka odstępstw. Ognisko, konie, krótka wycieczka, dziecięce karaoke i dyskoteka…

 

No i najważniejsze – URODZINY!!! Hania w sanatorium skończyła 4 lata, a Hubi roczek. Impreza odbyła się w kameralnym, ale doborowym gronie. Był tort, balony i kupa śmiechu J

 

 

 

Mimo, że do domu wróciłam padnięta (kto SAM był 3 tygodnie z 2 dzieci ten wie, o czym piszę…), pojechałabym znowu 😉 Może za 2 lata kiedy Hubi będzie już mógł korzystać z przysługujących dzieciom zabiegów.
* * *
Żeby nie było tak sielsko, napiszę też o czymś co mnie dobiło. Jak się okazuje, pomimo tego, że w Dąbkach i po sezonie jest dość sporo ludzi (sanatoria są cały czas obłożone), przede wszystkim matek z dziećmi i osób starszych, wybranie się na jakąkolwiek wycieczkę stanowi wyzwanie. Nie dotyczy to oczywiście osób zmotoryzowanych, ale ja do nich nie należałam 😉 Planów miałam wiele, w końcu niedziele były całkowicie wolne (żadnych zabiegów), I tu poniosłam totalną porażkę, bo busem można się było dostać do Koszalina i do Darłowa. A przepraszam, mogłam też zabrać dzieciaki do Jarosławca (z przesiadką, chciałam jechać), ale wrócić musiałabym już na piechotę, bo bus był tylko w jedną stronę 😉 Tak więc Muzeum Bursztynu czy Szlifiernia Bursztynów nadal pozostają na liście miejsc do zobaczenia „kiedyś”. A szkoda 😉

2 Comments

  1. Gratuluje wyjazdu! Wiem co to znaczy sama z dwójką więc tym bardziej gratuluje 🙂 Mama na medal! Zazdroszczę tego morza po sezonie.

  2. Anonimowysays:

    Planujecie jechać z pociechami na jakieś zimowe wyprawy?
    My w tym roku po raz pierwszy jedziemy z 7 latkiem na narty. Pod choinkę dostenie cały sprzet. Trochę było z tym zamieszania, ale panowie w adventure sports doradzili sprawdzonego rossignola. Mam nadzieję że młody złapie bakcyla 😀

Dodaj komentarz