Apartamenty Fulinowo w Kuźnicy – recenzja

Apartamenty Fulinowo  – jak tu bajecznie! Takie było nasze pierwsze skojarzenie, kiedy po całonocnej jeździe samochodem o świcie podjechaliśmy pod wskazany adres w Kuźnicy. I faktycznie, malutkie domki, w których urządzono niezwykle klimatyczne pokoiki miały w sobie coś z bajki. Dbałość o detale, gustowne i przytulne wnętrza, bliskość plaży i to czego szukaliśmy w przypadku naszego bardzo spontanicznego wyjazdu – cisza i spokój. Pewnie w sezonie z tymi ostatnimi można się i tu pożegnać, dla nas Fulinowo jest idealne właśnie na leniwe krótkie pobyty tuż po lub tuż przed najazdem letnich bałtyckich turystów. Na pewno wrócimy tu jesienią, wydaje mi się, że wtedy jest tu najpiękniej.

Półwysep Helski zimą

Półwysep Helski zimą? W styczniu? Przecież tam wtedy wszystko jest pozamykane. Hula wiatr. Pustka. Tak! Właśnie dlatego tam pojechaliśmy w naszą pierwszą podróż w 2017 r. Wyjazd był mega spontaniczny. Wszystko przez rybnicko-katowicki smog, o  którym jest ostatnio głośno. Kiedy siedząc w pracy, w biurze na 18 piętrze, widziałam… właśnie nic nie widziałam, kompletnie nic, miarka się przebrała. To był poniedziałek, a my we wtorek późnym wieczorem wyruszaliśmy w drogę do Kuźnicy. Po czyste powietrze i spokój. Znaleźliśmy tam i jedno, i drugie. I jeszcze piękne widoki.

I po 2016. Jaki był?

No właśnie, jaki był miniony rok? Blogowe, a raczej rodzinne doświadczenie podpowiada mi, że nie ma sensu publikować moich planów na 2017 r. I tak, podobnie jak te na 2015 i 2016, pewnie się nie sprawdzą. Z dzieciakami na pokładzie nie ma chyba sensu planować wyjazdów z dużym wyprzedzeniem (choć pomysłów mam multum i już ich spisywanie sprawia mi radość). Więc tym razem nie napiszę, gdzie marzy mi się spędzić pierwsze dni wiosny, Wielkanoc czy urodziny dzieciaków (choć wiem to doskonale i to od dość dawna). Napiszę więc, co dobrego było w roku, który właśnie minął. Choć dobrych chwil było naprawdę wiele, ograniczę się do 3 momentów. Za to takich, których życzę każdemu z was.

Masz wolny dzień? Jedź na adwentowy jarmark!

Jarmark adwentowy w Budapeszcie, Wiedniu czy Pradze? Kojarzycie te wszystkie oferowane przez biura podróży i na wszelakich gruponach jednodniowe wycieczki na jarmarki adwentowe organizowane w europejskich stolicach? Przyznaję, nigdy nie rozumiałam tego fenomenu. Aż sama zapakowałam się z rodziną w nocnego busa i… pojechałam na jarmark do Budapesztu. Oczywiście jarmark był „przy okazji”, od dawna marzył nam się wieczorny spacer po tym chyba najpiękniej oświetlonym europejskim mieście. Nawet nie byłam pewna, czy jarmark zaczyna się w „nasz”, czy w następny piątek. Jednak skoro już był to poszliśmy… I wróciliśmy następnego dnia, rezygnując z dalszego szwędania się po budapesztańskich atrakcjach. Po tym krótkim pobycie w Budapeszcie jestem przekonana, że za rok wyjazd powtórzymy, może nawet w wersji z podwójnym noclegiem w busie. Naprawdę, by poczuć świąteczną atmosferę warto wybrać się tylko na jarmark. Magia!

Prezenty w sam raz dla małych podróżników

Właśnie zaczął się najgorszy czas w roku. Nie, nie jesień, nie przetaczające się przez nasz dom choróbska. Listopad to początek zasypywania dzieciaków prezentami. Do października jest w miarę ok, tu jakaś drobnostka od wpadającego na kawę znajomego, tam co nieco od Zajączka (Wielkanoc), jeszcze dzień dziecka i spokój. A z nastaniem listopada, buuuuuum! Urodziny Hani, urodziny Huba (dzień po dniu!), moje urodziny (ale jak to, przecież do dzieci się z pustymi rękami nie przychodzi, prawda?), Mikołajki (w domu, szkole, przedszkolu, na tańcach…), spotkania wigilijne, w końcu święta… Grudzień to już jedno wielkie apogeum rozpieszczenia. Prezenty dla małych podróżników pojawiają się z każdej strony. Co zrobić żeby nie zwariować? U nas odpowiedzią na podarkowy boom są rodzinne prezenty składkowe. Dzięki nim przynajmniej urodziny mamy załatwione – zamiast miliona małych upominków dzieci dostają jedną porządną rzecz (rolki, ogromny zabawkowy garaż, wymarzone klocki). Gorzej z resztą okazji, bo przecież i Mikołaj, i Gwiazda są w każdym domu… Tu więc stosujemy taktykę podpowiadania, bądź wyręczania rodziny w kupnie prezentów (babcie od lat przed mikołajkami dostają zestawy prezentów wraz z rachunkami do pokrycia). Może i wam przyda się kilka, nie zawsze standardowych,  pomysłów na upominki dla waszych małych podróżników.

Bergamo na talerzu

Bergamo miało być naszym przystankiem na jeden dzień, jednak pogoda spłatała nam małego figla. Zamiast słonecznej pogody dzień przywitał nas szarówką, która przerodziła się w ulewę. Tak więc zamiast jechać nad malownicze jezioro Como, zaczęliśmy jeść (a właściwie kontynuowaliśmy włoską ucztę rozpoczętą już poprzedniego wieczora). Lombardzkie smaki baaardzo przypadły nam do gustu. Co zjeść w Bergamo?

Bergamo w jeden dzień

Bergamo, kolejne miasto przy lotnisku (pamiętacie nasz wpis o Gironie?), kolejne super miejsce na miły dzień bez tłumów turystów. Ledwie półtorej godziny lotu z Pyrzowic, potem z lotniska do zabytkowego centrum maks. pół godziny. Większość ludzi mija Bergamo i od razu jedzie do Mediolanu, nad jezioro Como, czy dalej w stronę innych miast Lombardii. My pewnie też tak byśmy zrobili, ale nasz ostatni wyjazd był  inny. Pierwszy weekend bez dzieci! Totalny reset, slow travel, odprężenie i niemyślenie o codzienności. Właśnie dlatego w mieście, które spokojnie jest do zobaczenia w kilka godzin, zostaliśmy na pełne dwa dni. Stare miasto przeszliśmy wzdłuż i wszerz, słynnymi kolejkami jeździliśmy w jedną i drugą stronę nie wiem ile razy. Odpoczęliśmy za wsze czasy i naprawdę naładowaliśmy akumulatory na kolejne tygodnie rodzinnej egzystencji. I mamy postanowienie, że taki slow weekend będziemy powtarzać regularnie, tak dla psychicznego zdrowia siebie jako rodziców. Co więc polecamy w Bergamo?